Japonia 8 lat pózniej
Nasze dzieci od kilku lat regularnie dopytują: „Kieeedy w końcu pójdziemy do Japonii?” (tłumacząc dosłownie na polski francuskie aller, które odnosi się zarówno do przemieszczania się pieszo, jak i środkami transportu). Mila skarży się, że to niesprawiedliwe, że mimo że jest “najbardziej japońska” z całej rodziny, to nie ma z tego kraju żadnych wspomnień. Janek zna Japonię głównie ze zdjęć Wiktora. Zostało mu raptem kilka obrazów (stopa uszkodzona ciężkimi wejściowymi drzwiami, wizyta Babki i Dziadka, zabawa w zrzucanie ze schodów pieska Hecka). Ignacy, jako jedyny, zachował żywe wspomnienia i marzy o powrocie do “raju utraconego”.
Mikołaj wsłuchał się w te błagania i pod choinkę sprezentował całej rodzinie 2-tygodniowy wypad do Japonii. I to nie byle kiedy, a na przełomie marca i kwietnia - to apogeum kwitnienia wiśni.
Zawirowania spowodowane wojną w Iranie nie krzyżują nam na szczęście planów, bo lecimy Finnairem. Trochę naokoło świata (2,5 godziny do Helsinek, a potem 13 do Tokio), ale za to dostajemy zaświadczenie, że przelecieliśmy nad Biegunem Północnym.
Dzień 1-5
Pierwsze dni spędzamy w Tokio, odwiedzając bliskie sercu miejsca i osoby
Chcemy pokazać dzieciom nasze tokijskie “top picks”, ale nie da się wejść dwukrotnie do tej samej rzeki. Na skrzyżowaniu Shibuya, gdzie jedziemy zaraz po przylocie, stanowczo mniej ludzi niż w naszych wspomnieniach (i na zdjęciach Wiktora). Wpadające do wody różową kaskadą wiśnie nad rzeką Meguro zostały w czasie naszej nieobecności drastycznie przycięte. Na placu przed parkiem Yoyogi bezskutecznie wypatrujemy tańczących Elvisów, a na pobliskiej uliczce Takeshita Dori - cosplayerów. Po namyśle przypominamy sobie, że zawsze zjawiali się tam głównie w niedzielę, a nie w ciągu tygodnia. Po prostu stworzyliśmy sobie w głowie wyidealizowany obraz tych miejsc i jesteśmy zawiedzeni, że rzeczywistość nie przystaje do naszych wspomnień.
Oczywiście mamy masę miłych i wzruszających momentów: spotkania z byłą nianią Winnie i dawnymi znajomymi, wizyta w starym domu, kolacja w naszej ulubionej izakayi w Roppongi. Ale nic już nie przywróci nam tego uczucia fascynacji i niedowierzania rodem z “Lost in Translation”, które towarzyszyło nam przy pierwszym przyjeździe do Tokio.
W dodatku jesteśmy wszyscy zjetlagigowani, a w naszym (poza tym bardzo trafionym hotelem) spać akurat się nie da, bo gorąco jak w saunie, a klimatyzacja nieczynna do połowy kwietnia. Zdarza nam się kilka spinek, głównie o to, gdzie i co jeść. Specjalizacja japońskich restauracji oznacza, że albo chłopaki zjedzą swoje ukochane tonkatsu (rodzaj kotleta schabowego), albo ja dostanę potrzebną mi do szczęścia porcję warzyw.
Miłą niespodzianką są natomiast ceny, zwłaszcza jedzenia. W Japonii zawsze można było tanio zjeść (czasem zastanawialiśmy się, czy cena posiłku nie jest niższa niż cena jego składników). W dodatku od naszego wyjazdu jen prawie dwukrotnie stracił wartość względem euro, więc wszystko stało się znacząco tańsze.
Dzień 6. - W drodze na nieodkryte Shikoku
W samolocie do Kochi, stolicy Shikoku, jesteśmy jedynymi gaijinami. Najmniejsza i najuboższa z czterech głównych japońskich wysp nie jest oczywistym kierunkiem turystycznym wśród cudzoziemców. My nastawiamy się na piękne krajobrazy, dziewiczą naturę i lokalną kuchnię. Już na lotnisku witają nas makiety katsuo no tataki, czyli opalanego na słomie tuńczyka bonito, będącego przysmakiem regionu. Po nowoczesnym Tokio tutaj wszystko wydaje się zminiaturyzowane i spowolnione. Poletka ryżowe z dopiero co zasadzonym ryżem, malutkie domki z tradycyjnie dekorowanymi dachami, pocieszne, pudełkowate kei cary – czyli kompaktowe wersje regularnych samochodów, znacznie łatwiejsze w parkowaniu i podlegające niższym opłatom.
My pożyczamy pełnowymiarową Toyotę, do której mieścimy się „na dopych” i jedziemy na wieczorny spacer na plaży Katsurahama. Oprócz malowniczych widoków na Pacyfik znajduje się tu także pomnik ku czci „japońskiego Che Guevary” – Sakamoto Ryoma. Zanim został zamordowany w wieku 33 lat, ten XIX-wieczny samuraj znacząco przyczynił się do obalenia feudalnego rządu szogunatu Tokugawa i wprowadzenia demokracji w Japonii. Do dziś jest czczony przez Japończyków jako bohater narodowy, a koszulki z jego podobizną przypominają te z argentyńskim rewolucjonistą.
Na kolację obowiązkowy opalany tuńczyk i tempura z wodorostów aonori na targu Hirome. Po 10 minutach oczekiwania na wolny stolik, postanawiamy się wycofać. Wtedy w pościg za nami rusza blondwłosa Japonka, która mimo bardzo podstawowego angielskiego zapewnia, że z chęcią przygarnie nas wraz z mężem do swojego stolika. To najlepszy przykład kultury okyaku (wspólnego ucztowania), z której słynie Kochi.
Dzień 7. - Wodne przygody
Poranek wita nas ścianą deszczu, który według prognozy ma trwać do późnego popołudnia. Skoro i tak leje, postanawiamy postawić na „wodne przygody”. Najpierw spacer wzdłuż rwącej rzeki Nakatsu. Do pobliskich wodospadów idziemy dosłownie w potoku, co jakiś czas przechodząc pod formacjami skalnymi i pokonując mostki bez barierek, co mnie przyprawia o zawroty głowy.
Namaczanie kontynuujemy w pobliskim onsenie. Zgodnie z etykietą, dzielimy się na grupę męską i żeńską i - po dokładnym wyszorowaniu całego ciała - wskakujemy do wrzących basenów. Szczególny urok ma ten na zewnątrz — wylegujemy się w gorącej wodzie, wsłuchując się w dźwięk deszczu. To niezwykle relaksujące doświadczenie. Szkoda tylko, że zaraz po naszym przybyciu następuje exodus lokalsów i zostajemy z Milą same.
Wieczorem logujemy się w naszym nowym lokum w prefekturze Tokushima. W domku, który wynajmujemy od Megumi-san, wszystko jest miniaturowe, ale doskonale pomyślane. Cieszy zwłaszcza tradycyjna japońska łazienka – cała z plastiku, więc można do woli chlapać. Tak jak w łaźni, najpierw siada się na stołeczku, żeby porządnie wypucować się pod prysznicem, a następnie można zanurzyć się w głębokiej wannie z gorącą wodą. Na kolację ruszamy do polecanej przez Megumi-san suszarni. Gdy widzimy maleńkie wnętrze z dwoma pustymi stołami i menu w kanji bez zdjęć, mamy ochotę się wycofać. Ostatecznie spędzamy tu przeuroczy wieczór, konwersując z właścicielem i jego leciwą mamą przy użyciu 50 japońskich słów zapamiętanych przez Wiktora (ja zapomniałam wszystko). Na pożegnanie dostajemy kieliszek sake i purezento w postaci małych ręczniczków, mając poczucie głębokiej więzi z naszymi gospodarzami, mimo że dzieli nas wszystko.
Dzień 8. - Odkrywamy Dolinę Ilya
Po wczorajszej ścianie deszczu dzisiaj wita nas bezchmurne niebo. Ruszamy na odkrywanie krajobrazów Tokushimy w dolinie Iya. Zaczynamy od hiku w okolicach przepięknego wąwozu Oboke. Seledynowa rzeka kłębiąca się w dole głębokiego kanionu wygląda iście zjawiskowo. Wzdłuż trasy mijamy też gaje bambusowe, wodospady i pola herbaty. Jest cudnie.
Kolejny przystanek to Kazurabashi – 45-metrowy most linowy zawieszony nad rwącą rzeką. Most jest przeplatany na nowo co trzy lata przy użyciu świeżych pnączy z okolicy, zachowując technikę niezmienioną od wieków. Stare pnącza sprzedawane są jako talizmany w pobliskiej świątyni. Cieszę się, że (jako jedyna z rodziny) nie zdecydowałam się na przeprawę, bo szczeliny między deskami okazują się większe niż stopa. Dalej wąską, krętą drogą wśród stromych zboczy górskich jedziemy do Manneken Pis - chłopca siusiającego z 200-metrowego klifu. To jeden z kilku japońskich sikających łobuzów zainspirowanych belgijskim pierwowzorem.
W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o miejscowy supermarket. Oprócz egzotycznego asortymentu, zaskakują nas również porcje znanych produktów – pakowane pojedynczo ziemniaki czy sprzedawane w połówkach papryki i brokuły. Na kolację maszerujemy 2 km do polecanej przez Megumi-san izakayi (japońskiego odpowiednika pubu). Ciekawe doświadczenie, choć połączenie pomidorów z katsuobushi (suszone wiórki tuńczyka) czy sałaty, sosu ponzu i prażonej skóry kurczaka (specjał Shikoku) nie do końca do nas przemawia. Długo nie zapomnimy minki Janka, który po ponad godzinie oczekiwania na swoje danie (w Japonii potrawy nie są serwowane jednocześnie) w upragnionej carbonarze (makaronie z boczkiem) odkrył głównie grzybki shimeji i wodorosty nori.
Dzień 9. - Coś dla ducha
Oprócz dzikiej natury Shikoku słynie także z licznych sanktuariów. My decydujemy się na Kompira-san i Zentsū-ji – odpowiednio najpopularniejsze miejsca kultu szinto i buddyzmu (dwóch głównych religii japońskich) na wyspie.
Podejście do Kompira-san to nie lada wyzwanie. Podobnie jak Fushimi Inari, chram położony jest na stoku góry. Po niewinnym początku wśród sklepów z pamiątkami i restauracji udon zaczynają się schody: 785 do głównej świątyni (na której poprzestaje większość odwiedzających) i kolejne 583 do „wewnętrznego” sanktuarium. Japończycy robią zdjęcia chłopcom pokonującym ostatnie stopnie sprintem.
Kompira-san jest głównym wśród wielu japońskich chramów poświęconych bezpieczeństwu podróży morskich, ale także pomyślności w interesach, o czym świadczą liczne kamienne tablice z nazwami firm, które przekazały darowizny na rzecz świątyni. Chram ten od wieków należy do miejsc, które należy odwiedzić choć raz w życiu. Co ciekawe, ci, którzy nie mogli udać się na pielgrzymkę, wysyłali w swoim imieniu psa, wyposażonego w plakietkę z imieniem właściciela i miejscem zamieszkania, a także w woreczek z wystarczającą ilością pieniędzy na amulet ze świątyni oraz na jedzenie, noclegi lub inne niezbędne rzeczy w drodze. W ten sposób psy podążały w ślad za innymi pielgrzymami, którzy troszczyli się o nie podczas podróży.
Widok z głównej świątyni. Góra Iino do złudzenia przypomina Fuji-san.
Po kolejnym lunchu składającym się w 100% z węglowodanów (makaron udon w bulionie plus miska ryżu) ruszamy do kompleksu świątynnego Zentsū-ji. To miejsce narodzin Kōbō Daishi, założyciela buddyzmu Shingon (więcej na ten temat za 3 dni). To również najważniejsza z 88 buddyjskich świątyń Shikoku, będących częścią 1200-kilometrowego szlaku pielgrzymkowego - japońskiego odpowiednika Santiago de Compostela.
Nad ogromnym terenem dominuje pięciopiętrowa pagoda. Przy wejściu znajduje się też imponujące drzewo kamforowe, które ponoć pamięta jeszcze dziecięce lata Kōbō Daishi (VIII wiek). W jednym z dwóch głównych pawilonów znajduje się ogromny złoty posąg Buddy, natomiast w drugim można przejść w ciemności stumetrową podziemną ścieżką, w rytuale oczyszczenia. Spotykamy kilku pielgrzymów w tradycyjnych białych strojach, trzcinowych kapeluszach i z książeczkami, w których zbierają stemple z każdej z 88 odwiedzonych świątyń. Panuje podniosła atmosfera, która robi wrażenie nawet na naszej zupełnie niereligijnej rodzinie.
Dzień kończymy relaksem w domowym ofuro i „naszym” makaronem tuńczykowym.
Lunch Mili - kawaii, ale umiarkowanie odżywczy
Dzień 10. - trochę japońskiej historii
Przez 13-kilometrowy most na Morzu Wewnętrznym Seto przeprawiamy się z Shikoku z powrotem na główną wyspę Japonii – Honshu.
Ignacy nalega, żeby odwiedzić zamek Himeji, który kojarzy z mang (czyżby miały one jednak jakąś wartość edukacyjną?). To największy i najczęściej odwiedzany z 12 zachowanych japońskich zamków z okresu feudalnego. Co więcej, jako jedyny nigdy nie został zniszczony przez wojnę, trzęsienie ziemi ani pożar, choć przetrwał nie lada zagrożenia. Pod koniec XIX wieku, podczas demontażu feudalizmu w okresie Meiji, twierdza została sprzedana na aukcji za 23 jeny (odpowiednik dzisiejszych 2000 euro!). Nabywca planował jej zburzenie, ale na szczęście koszty okazały się zbyt wysokie. Kolejny raz zamek o mały włos uniknął zniszczenia podczas amerykańskich bombardowań miasta w 1945 roku; bomba zrzucona na główną wieżę cudem nie eksplodowała. W 1993 roku zamek Himeji stał się pierwszym obiektem dziedzictwa światowego UNESCO w Japonii, co przypieczętowało jego status jako skarbu narodowego.
W odróżnieniu od masywnych twierdz obronnych znanych nam z Europy, zamek Himeji urzeka lekkością i elegancją. Śnieżnobiałe ściany, przypominające skrzydła szykującego się do lotu ptaka, nadały mu przydomek „zamku białej czapli”. Dodatkowego uroku miejscu nadają setki kwitnących wiśni. Gdy zdejmujemy buty, żeby wejść do środka, pod podeszwami zamiast błota mamy różowe płatki.
Wieczorem odwiedzamy jeszcze Kurashiki, czyli japońską Wenecję. Historyczna dzielnica miasta pełna jest dawnych magazynów, zwanych kura (stąd nazwa miasta), usytuowanych wzdłuż malowniczego kanału. W okresie Edo (1603-1868). Kurashiki było ważnym centrum handlowym dla kluczowego towaru Japonii, jakim był ryż. Ryż z okolicy przechowywano w tutejszych magazynach przed wysłaniem do Osaki czy Edo (Tokio). Dzisiaj byłe magazyny mieszczą kawiarnie, sklepy z pamiątkami i butiki z jeansem, który dzisiaj jest głównym towarem eksportowym miasta.
Śpimy w stolicy prefektury Okayamie. Spodziewamy się małego miasteczka, a odkrywamy tętniącą życiem aglomerację z populacją porównywalną z Trójmiastem.
Dzień 11. - Na wyspie sztuki
Z portu Uno wyruszamy promem na japońską „wyspę sztuki” Naoshimę. Jeszcze pod koniec lat 80. ta rybacka wysepka o powierzchni zaledwie 8 km² była jednym z najszybciej wyludniających się rejonów Japonii. Wtedy to narodził się pomysł przekształcenia jej w świątynię sztuki współczesnej. Do projektu zaproszono m.in. najsłynniejszego japońskiego architekta Tadao Ando i królową kropek, Yayoi Kusamę.
Na pewno jest to miejsce, które warto choć raz odwiedzić, choć chwilami wydaje nam się lekko pretensjonalne. Gdy na wiejskiej drodze prowadzącej z portu Honmura do głównych atrakcji wyspy mijamy grupki elegancko ubranych koneserów sztuki, czujemy się trochę jak w „Dyskretnym uroku burżuazji” Buñuela. Straszne z nas prostaki, ale od większości artystycznych instalacji bardziej zachwycają nas dzikie pejzaże wyspy i widok na iskrzące się Morze Wewnętrzne Seto.
Największe wrażenie robi na nas zaprojektowane przez Tadao Ando Chichu (dosłownie podziemne) Art Musem. Minimalistyczna betonowa konstrukcja jest rzeczywiście zakopana w ziemi, żeby nie zakłócać otaczającego krajobrazu. Jednocześnie naturalne światło wpada do podziemnych sal przez precyzyjnie wycięte otwory w sufitach, współtworząc artystyczne doświadczenie. Byłoby to przeżycie prawdziwie medytacyjne, gdyby nie stały nadzór odzianych w białe laboratoryjne stroje pracowników muzeum i powtarzane w kółko zakazy (nie wchodzić w butach, nie rozmawiać, nie robić zdjęć). Pod czujnym okiem laborantów, śledzących każdy nasz krok, czujemy się bardziej jak w eksperymencie społecznym.
Dzień 12. - Z Okayamy do Wakayamy
Przed dalszą podróżą odwiedzamy jeszce dwie chluby Okayamy: ogród Korakuen, uznawany za jeden z trzech najpiękniejszych ogrodów w Japonii, oraz czarny “zamek kruka" - mniej imponujący niż ten w Himeji, ale również bardzo wytworny. Po drodze mijamy liczne statuetki Momotarō („chłopca z brzoskwini”), gdyż to właśnie stąd pochodził słynna legenda o dzielnym chłopcu, który narodził się z ogromnej brzoskwini i jako nastolatek stanął do walki z bandą demonów nękających okoliczne ziemie.
Przed wyjazdem kupujemy jeszcze dwie siaty warzyw i owoców. Po prawie dwóch tygodniach japońskiej diety nawet nasze dzieci zaczynają marzyć o błonniku. W domku, który wynajęliśmy na półwyspie Wakayama, mamy nadzieję przygotować dzisiaj prawdziwą witaminową ucztę. Niestety, po przyjeździe okazuje się, że obiecana kuchnia to odrapany kąt o powierzchni metra kwadratowego, wyposażony w czajnik, pałeczki, pięć miseczek i pięć kubków. Za to w piwnicy pełen wypas - drewniana balia dla całej rodziny i dwie podgrzewane kamienne leżanki!
Pracownik recepcji zawczasu przygotował całą rozmowę powitalną
Kierowani głodem, jedziemy do najbliższego miasteczka. W tamtejszym ryokanie nie tylko załapujemy się na wykwintną, tradycyjną kolacją, ale również decydujemy się na wizytę w obszernym onsenie. Ku naszemu zdziwieniu, obok przestrzeni iście medytacyjnych, z szemrzącą wodą i leżankami do relaksu, znajduje się też basen z ogromnymi ekranem, nadającym talkshow z piekła rodem. Doskonałe ilustruje to japońskie kontrasty - z jednej strony wyciszenie i kontemplacja, z drugiej nieustanny zalew dzięków i obrazów. Z jednej ceremonia herbaty i estetyka zen, z drugiej karaoke i pachinko.
Dzień 13 - Na świętej górze buddyjskiej
Na Kōyasan byliśmy już z Wiktorem 10 lat temu w ramach wygranej wycieczki (o czym piszemy tutaj). Ponieważ jest to najbardziej magiczne miejsce, jakie dotychczas odwiedziliśmy w Japonii, bardzo chcieliśmy wrócić tu z dziećmi. Poza tym po ostatniej wizycie pozostał nam ogromny niedosyt, bo dotarliśmy do celu dosłownie w momencie, gdy zamykano świątynie.
Tym razem czasu mamy aż nadto. Jak ostatnim razem, leje jak z cebra, a 800-metrowa góra spowita jest tajemniczym oparem. Gdy wjeżdżamy krętą drogą, czujemy się, jakbyśmy wkraczali do jakiejś mistycznej krainy.
Spośród 117 świątyń znajdujących się na górze, dzieci przystają na odwiedzenie dwóch najważniejszych. Zaczynamy od kompleksu świątynnego Kongobuji, głównej świątyni buddyzmu Shingon, sekty wprowadzonej do Japonii przez Kobo Daishi na początku IX wieku. Długim korytarzem przechodzimy przez szereg sal z podłogami z mat tatami i przesuwanymi drzwiami ozdobionymi zachwycającymi malowidłami ptaków i kwitnących drzew. Intrygują nas też współczesne malowidła przedstawiające historię Kobo Daishi, jego dwuletni pobyt w Chinach oraz powrót do Japonii w celu propagowania buddyzmu Shingon. Japończycy z reguły skrzętnie przemilczają chińskie wpływy w swojej kulturze, a tu wprost mówi się o wyższości cywilizacyjnej ówczesnych Chin! W świątyni znajduje się też największy ogród kamienny w Japonii. Minimalistyczny krajobraz zachęca do kontemplacji i daje poczucie wewnętrznego spokoju. A w dodatku nie trzeba ścinać trawy - a nuż to jakiś pomysł na nasz ogród?
Po lunchu kontynuujemy zwiedzanie w kompleksie świątynnym Danjo Garan, pierwszej świątyni wzniesionej w Kōyasan. To na stojącej tu do dziś sośnie wylądowało rzucone przez Kobo Daishi z Chin sankosho (ceremonialne narzędzie buddyjskie), wskazując mu tym samym miejsce na założenie nowej religii. Największe wrażenie robi 45-metrowa czerwona pagoda, mieszcząca złoty posąg Buddy, otoczony czterema mniejszymi figurami. Żałujemy, że nie wiemy wystarczająco dużo o buddyzmie, żeby w pełni zrozumieć symbolikę tych wizerunków. Co ciekawe, wejście do pagody jest płatne, ale zamiast tradycyjnej kasy, należy wrzucić wymaganą kwotę do stojącego przy wejściu pojemnika. Cały system opiera się na poszanowaniu reguł, niezależnie od tego, czy są one bezpośrednio nadzorowane, co odzwierciedla japoński nacisk na zachowanie społecznej harmonii.
Po części świątynnej planowaliśmy mały hike w okolicznych lasach, ale przy wejściu na szlak wita nas tabliczka ostrzegającą o obecności niedźwiedzi. Obawiam się że po zimowej hibernacji pociągać ich może zwłaszcza moja jaskrawożółta kurtka (żółty to podobno ulubiony kolor niedźwiadków). Po przejściu kilkuset metrów zawracamy jak niepyszni i zabijamy czas w sklepikach z pamiątkami.
I w końcu wyczekiwany klucz programu - nocny spacer po cmentarzu Okunoin z miejscowym mnichem. 10 lat temu było nas na takim spacerze czworo, tym razem maszerujemy w 20-osobowej grupie. Ale sam cmentarz nie stracił nic ze swojego czaru, a uroczo zawodzący po angielsku przewodnik (chwilami mamy wrażenie, że śpiewa) dzieli się z nami kolejnymi fascynującymi ciekawostkami na temat tej największej nekropolii w Japonii i buddyzmu Shingon.
Okunoin otwarty jest dla każdego, kto zechce być tam pochowany, również cudzoziemców i przedstawicieli innych wyznań. Przypuszczamy jednak, że ten przywilej musi mieć swoją (słoną) cenę.
Oprócz osób prywatnych, na cmentarzu znajdują się też groby firm, takich jak Panasonic czy Kubota, które w ten sposób pragną uhonorować swoich najbardziej zasłużonych pracowników.
Kamienne nagrobki reprezentują pięć żywiołów, które tworzą wszechświat oraz ciało ludzkie. Ułożone od dołu do góry symbolizują ziemię (sześcian), wodę (kula), ogień (piramida), wiatr/powietrze (półkula) oraz przestrzeń/pustkę (kształt przypominający kwiat lotosu).
W sześcianie u podstawy nagrobka znajduje się mały kwadratowy pojemnik mieszczący kość gnykową zmarłego, która kształtem przypomina medytującego Buddę. Żeby nie spalić ciała na drobny proch, w japońskiej kremacji stosuje się niższe temperatury niż na Zachodzie. Następnie rodzina osobiście przenosi kości do urny specjalnymi pałeczkami. Jest to ważny rytuał pożegnania, pozwalający bliskim uczestniczyć w procesie przeniesienia zmarłego do następnego świata.
Kamienne latarnie oświetlające główną alejkę mają po bokach małe otwory przedstawiające różne fazy księżyca. Formy te symbolizują zmieniającą się naturę ludzkiego umysłu, który początkowo zawsze znajduje się w pełni (stanie oświecenia). Codzienne troski i zmartwienia, powodują, że się kurczy i ciemnieje, jak księżyc w nowiu. Zawsze jednak ma możliwość powrotu do pierwotnego, jasnego stanu. Muszę przyznać, że przemawia to do mnie dużo bardziej niż chrześcijańska koncepcja grzechu pierworodnego i odkupienia….
Innym ważnym w buddyzmie symbolem jest lotos. Roślina ta rośnie w błotnistej wodzie, ale jej kwiaty są czyste i nieskalane. Symbolizuje to naszą zdolność do osiągnięcia oświecenia i bycia dobrymi niezależnie od trudnych okoliczności.
Wizyta kończy się sutrą w intencji gości. Pojedyncze słowa, które jesteśmy w stanie zrozumieć - w tym o dziwo Ginza i Shinjuku (dzielnice Tokio) - oraz załamujący się co jakiś czas jak zepsuty motor głos mnicha sprawiają, że nasze dzieci duszą się ze śmiechu w tej podniosłej chwili.
Żegnamy się z naszym przewodnikiem i ruszamy na poszukiwanie kolacji. Nieliczne obecne w Kōyasan restauracje o 21 są już dawno zamknięte. Ale nawet na najświętszej z gór nie mogłoby się obyć bez wszechobecnych w Japonii kombini. Ku przerażeniu sprzedawcy, wykupujemy pół asortymentu sklepu, który pożeramy w domu na podgrzewanych leżankach.
Dzień 14 - W brzuchu Japonii
Dla równowagi, po uniesieniach duchowych na Koyasan, zmierzamy do hedonistycznej stolicy Japonii - Osaki, trzeciego co do wielkości miasta Japonii (po Tokio i Yokohamie).
Dla niepoznaki odwiedzamy tutejszy park, zamek i świątynię Shitenno-ji, ale tak naprawdę ciągnie nas do jedzenia, zgiełku i blichtru.
W hali targowej Kuromon Ichiba zadziwia różnorodność stworów morskich oraz kraby o mackach długości kości podudzia. Niestety wydaje się, że miejsce to stało się w ostatnich latach pułapką turystyczną, a egzotyczne rarytasy lepiej oglądać niż degustować. Trzy kawałki sushi zamówione przez Wiktora kosztują więcej niż cały mistrzowski “zestaw szefa” na Shikoku, a smakiem nie różnią się od tych z kombini.
Z Kuromon ruszamy w okolice słynnego deptaku Dotonbori - tętniącej 24 godziny na dobę arterii kiczu i fast-foodu. Gigantyczne makiety jedzenia, wszechobecne neony i zgiełk jednocześnie fascynują i przytłaczają. Chłopcy mówią, że to miejsce robi na nich większe wrażenie niż tokijskie skrzyżowanie Shibuya. Decydujemy się nawet na surrealistyczny półgodzinny rejs stateczkiem, w trakcie którego nasz przewodnik miota się po pokładzie w stroju ninjy i zachęca do wykrzykiwania "konnichiwa" na widok przepływających łódek.
Potem kręcimy się jeszcze po bocznych uliczkach, gdzie jak zawsze jest najciekawiej i bardziej autentycznie. Zaglądamy do mikro-świątynki, przycupniętej na uboczu, podglądamy ucztujących lokalsów Sami też pałaszujemy takoyaki (klopsiki z ośmiornicą) i okonomiyaki - rodzaj gigantycznego racucha z kapustą i dowolnymi dodatkami, posypany tańczącymi od ciepła płatkami katsuobushi. W pełni wczuwamy się w osakijskie podejście kuidaore (w wolnym tłumaczeniu "jedz, aż padniesz”), jakże odmienne od japońskiego kanonu, zgodnie z którym należy jeść tylko do 80% sytości.
Najbardziej podoba nam się w Osace tutejszy luzik. Mamy wrażenie, że obcowanie z gaijinami wzbudza tu mniejszy popłoch niż gdzie indziej w Japonii, przez co i my czujemy się mniej intruzami. Obiecujemy sobie, że jeszcze tu wrócimy. Celowo nie wybraliśmy się na wieżę widokową Umeda Sky, “żeby zostawić sobie coś na kolejny raz”.
Dzień 15 - Wśród świętych jelonków
Żeby zachować rytm sacrum-profanum, dzisiaj jedziemy do japońskiego Gniezna, czyli pierwszej japońskiej stolicy, Nary.
Dzień 16 - Sayonara Nihon, mata kondo!
Z Osaki jedziemy do Nagoi, gdzie po szybkim lunchu i ostatnich zakupach upominkowych, ruszamy na lotnisko.
O dziwo, mimo braku warzyw (ale pewnie dzięki 20–30 tysiącom kroków dziennie), wracamy nieco lżejsi, za to bogatsi w cudowne wspomnienia. Top highlights według dzieci:
- Mila: spotkanie z jelonkami w Narze
- Janek: wędrówka w deszczu na Shikoku
- Ignacy: Onsen po deszczowej wędrówce6
Mnie i Wiktora najbardziej ujmuje japońska delikatność i umiejętność celebrowania chwili.
Już planujemy kolejny wyjazd do Japonii, tym razem na wyspę Kyushu :)
Ostatnie japońskie wakacje
Długo zastanawialiśmy się, dokąd wybrać się w naszą ostatnią (przynajmniej w najbliższej przyszłości) japońską podróż. Poza Okinawą cały czas nie wyściubiliśmy nosa poza główną japońską wyspę Honshu. Tymczasem pozostałe trzy wyspy – północna Hokkaido oraz Kyushu i Shikoku na południu – zachwalane są jako istne cuda natury. Nic to – będziemy mieli, po co wracać. Wszak nie możemy wyjechać z Japonii bez pożegnania się z Kioto.
Długo zastanawialiśmy się, dokąd wybrać się w naszą ostatnią (przynajmniej w najbliższej przyszłości) japońską podróż. Poza Okinawą cały czas nie wyściubiliśmy nosa poza główną japońską wyspę Honshu. Tymczasem pozostałe trzy wyspy – północna Hokkaido oraz Kyushu i Shikoku na południu – zachwalane są jako istne cuda natury. Nic to – będziemy mieli, po co wracać. Wszak nie możemy wyjechać z Japonii bez pożegnania się z Kioto.
Ponieważ przy piątce uczestników bilety na shinkansen to już spory wydatek (w Japonii zniżkowe bilety przysługują z jakiegoś powodu tylko zagranicznym turystom), tym razem decydujemy się na podróż samochodem. Ma to tę zaletę, że po drodze możemy zahaczyć o półwysep Izu, gdzie kusi nas niedawno otwarte "obserwatorium sztuki", stworzone przez fotografa i architekta Hiroshi Sugimoto. Bilety kupiliśmy z ponad miesięcznym wyprzedzeniem (jak do wielu japońskich atrakcji, również i tu nie da się wejść z marszu). Pech chce, że akurat w dniu wizyty leje jak z cebra, a dzieci nie są w środku mile widziane. Zamiast planowanego spaceru w pięknych okolicznościach przyrody, kisimy się więc na zmianę w samochodzie z całą trójką. Samo miejsce jest za to absolutnie magiczne. Na porośniętym cytrusowym gajem wzgórzu porozrzucane są „od niechcenia” minimalistyczne konstrukcje z drewna, szkła i metalu. W tle majestatyczny Pacyfik. Do „zwiedzania” nie ma tu wiele. „Unosząca się” na falach szklana scena teatru Noh. Prowadząca prosto do morza galeria w formie tunelu. Kilka morskich pejzaży Sugimoto. Całość sprzyja wyciszeniu i kontemplacji.
Dla równowagi bezpośrednio po świątyni piękna odwiedzamy świątynię kiczu i brzydoty, czyli upiorkowy dyskont Don Quijote. W Donki (jak pieszczotliwie zwą ten przybytek Japończycy) dostać można wszystko - od jedzenia i kosmetyków po ubrania, zabawki i elektronikę. Sęk w tym, że znalezienie akurat tego, po co się przyszło graniczy z cudem, no bo jak tu odgadnąć, że klocki lego będą akurat przy zabawkach sado-maso.
Nadal leje, więc popołudnie spędzamy, taplając się w hotelowym „basienie” i „onsienie”, obiecując sobie ambitniejszy grafik na kolejny dzień. Niestesty nazajutrz deszczowi towarzyszy dodatkowo wichura i ziąb. Na plażę Shirahama – znaną z przycupniętej na skale bramy torii – wypuszcza się więc wyłącznie ekspedycja męska. Dla surferów raj, ale chłopcy ledwo trzymają pion.
No nic, może zabierzemy dzieci do oceanarium? Niestey okazuje się, że pokazy odbywają się na swieżym powietrzu. Odpuszczamy również groty, klify i kolejkę linową. Tak naprawdę chcemy tylko coś zjeść (na śniadanie były mini-porcyjki płatków w filiżankach do herbaty). Ruszamy w kierunku najbliższego miasta - położonej na samym krańcu półwyspu Izu Shimody. To tutaj w 1854 r. przybyła amerykańska „czarna flota” pod dowództwem Matthew Perry’ego, zmuszając Japończyków do zakończenia ponad dwustuletniej izolacji i otwarcia się na kontakty handlowe z Zachodem. To tu również zainstalował się pierwszy amerykański konsul, a historia jego związku z lokalną gejszą stanowiła inspirację dla opery „Madame Butterfly”. Przymuszona do romansu dziewczyna po wyjeździe kochanka była podobno dotkliwie prześladowana przez miejscowych, co ostatecznie doprowadziło ją do samobójczej śmierci.
Na zdjęciach znajomych miasteczko zachwycało reklamowymi obrazkami: lazurowa woda, bielusieńkie plaże, tradycyjne elewacje w stylu namako (biała gipsowa „kratka” na czarnym tynku), urocze knajpki przy historycznej uliczce Perry Road. W deszczu wszystko to wygląda szaro i smętnie, a urocze knajpki - mimo lunchowej pory – okazują się zamknięte na cztery spusty. Gdy w końcu, ociekający deszczem, znajdujemy jedyny chyba otwarty przybytek, okazuje się, że kręcą tam akurat materiał do jakiegoś japońskiego programu rozrywkowego. I tak to jako rodzina debiutujemy w japońskiej telewizji. (Ja mam już na koncie występ w dokumencie na temat mieszkających w Japonii obcokrajowców, gdzie zostałam przedstawiona jako gaijinka-dziwaczka, preferujaca pierożki gyoza w wersji wege).
Nasz telewizyjny debiut
Bez większego żalu opuszczamy deszczowy Półwysep Izu i ruszamy w kierunku Kioto. Z każdym kilometrem robi się coraz jaśniej i cieplej. Za to panna Mila wyraźnie daje nam do zrozumienia, że długa jazda samochodem to nie jest coś, co tygrysy lubią najbardziej. Ostatnią godzinę spędza, wijąc się jak piskorz, na moich kolanach. Do Kioto docieramy mocno wymęczeni i z duszą na ramieniu zmierzamy do wynajętego przez Airbnb lokum. Tym razem jesteśmy jednak zaskoczeni in plus – wszystko jak w opisie, a do tego bonus w postaci samonapełniającej się i utrzymającej temperaturę wody wanny.
W Kioto byliśmy już dwa lata temu i zaliczyliśmy większość żelaznych atrakcji, przedzierając się z jednego krańca miasta na drugi zatłoczonymi autobusami (sieć metra jest tu rozwinięta dużo słabiej niż w Tokio). Tym razem przyjeżdzamy więc bez konkretnego planu, nastawiając się na niespieszne chłonięcie atmosfery a nie na odhaczanie kolejnych „must-sees”.
Kioto ma zupełnie inny klimat od Tokio. Miasta te są trochę jak Kraków i Warszawa. To Kioto – które przez ponad tysiąc lat było stolicą Japonii – do dziś uznawane jest przez Japończykow za kulturowo-historyczne serce kraju. To tu ciągną wycieczki szkolne i poszukujący „autentycznej Japonii” turyści. Co ciekawe, Kioto przez zupełny przypadek uniknęło losu Hiroszimy u schyłku II wojny światowej. Choć było celem numer jeden na amerykańskiej liście miast do likwidacji, zostało ocalone dzięki wstawiennictwu … amerykańskiego ministra wojny, który darzył miasto (ponoć miejsce swojej podroży poślubnej) szczególnym sentymentem. Z nową, zaledwie 150-letnią stolicą Japonii los obszedł się mniej litościwie. W samym XX wieku Tokio dwukrotnie powstawało jak feniks z popiołów - najpierw po wielkim trzęsieniu ziemi i pożarze z 1923 roku, potem po amerykańskich nalotach z 1945 roku – by pod koniec lat siedemdziesiątych stać się największą metropolią świata. Pisarz Junichiro Tanizaki - apologeta Kioto, do którego przeprowadził się po tokijskim trzęsieniu ziemi z 1923 r. – w powieści „Makioka Sisters” zestawia coroczny rytuał podziwiania kwitnących wiśni w kiotyjskiej świątyni Heian miejskiej dżungli Tokio, gdzie jedyną atrakcję stanowią zakupy w nowoczesnych centrach handlowych Ginzy. Tokio to nowoczesność, pieniądz, pędzący salarymani i wyalienowani otaku. Kioto to tradycja, elegancja, stare świątynie (jest ich tu ponad 2 tysiące) i eteryczne gejsze (zwane geiko). Oczywiście to uproszczenia – bo i w Tokio zdarzają się miejsca (np. nasza ukochana dzielnica Yanaka), gdzie czas jakby zatrzymał się w miejscu, zaś w Kioto poza ścisłą starówką również można trafić na zalew betonu – ale oddają istotę rzeczy.
Poniżej przedstawiamy nasz subiektywny przedwodnik po kiotyjskich must-sees:
Najbardziej klimatyczne
Historyczne dzielnice Higashiyama i Gion
To tu – błądząc bez celu wieczorną porą - najłatwiej poczuć ducha dawnej Japonii. Stara zabudowa w obu dzielnicach przetrwała w niemal nienaruszonym stanie. Labirynt wąskich uliczek. Piękne, drewniane herbaciarnie. Wysmakowane restauracje serwujące japońską haute cuisine, czyli wielodniowe posiłki kaiseki. Jako cudzoziemcy i w dodatku posiadacze trójki dzieci, podglądamy jedynie, co dzieje się wewnątrz przez wiszące w wejściach zasłony noren. Pocieszamy się, że do większości tych przybytków i tak trzeba być wprowadzonym przez stałych bywalców. W czasie poprzedniego pobytu nawet w zupełnie niepozornie wygladajacej „susharni” trafiliśmy na tabliczkę o treści „Foreigners visiting ban – you guys are not so welcome”. Trafia nam się za to kilka ulotnych spotkań „oko w oko” z maiko (gejszami praktykantkami), przemykającymi jak spłoszone łanie w wysokich drewnianych sandałach.
Scieżka filozofów
Dwukilometrowa ścieżka wzdłuż obsadzonego wiśniami kanału była podobno ulubionym miejscem rozmyślań XIX-wiecznego filozofa Kitarō Nishidy, który właśnie tędy zmierzał codziennie do pracy na Uniwesytecie Kiotyjskim. W czasie kwitnienia wiśni miejsce to przeżywa prawdziwe oblężenie, ale poza sezonem jest tu błogo i spokojnie. Gdyby nie trójka milusińskich, można by się faktycznie zadumać nad sensem tego wszystkiego. Więcej turystów odwiedza świątynie znajdujące się na obu krańcach scieżki. Od strony północnej: Srebrny Pawilon – młodszy i skromniejszy (nigdy zresztą nie pokryty srebrem) kuzyn Złotego Pawilonu (o którym poniżej). Od strony południowej: monumentalną świątynię Nanzen-ji, z pozostałościami (zdawałoby się rzymskiego, a w istocie XIX-wiecznego) akweduktu. Ale warto zajrzeć też do mniejszych swiątynek rozsianych wzdłuż trasy. Często to właśnie te pomijane przez tyrystów miejsca mają najwięcej uroku.
Najbardziej oblegane
Złoty Pawilon
Gdybyśmy ze wszystkich kiotyjskich świątyń mieli wybrać tę jedną, byłby to chyba właśnie Złoty Pawilon. Pyszna złota elewacja skrzy się w słońcu i malowniczo odbija w otaczającym budynek stawie. Nad brzegiem niespiesznie przechadzają się czaple. Wokół rozpościera się idealnie wypielęgnowany ogród, w którym żaden kamyk nie jest pozostawiony przypadkowi. Całość zachwyca nie tyle skalą co perfekcyjną harmonią i atmosferą spokoju. I to mimo ścisku tak straszliwego, że po ogrodowych ścieżkach tupta się gęsiego pod okiem specjalnych „kierowniczych ruchu”. Powstały pod koniec XIV wieku budynek wielokrotnie trawiły pożary, po raz ostatni w 1950 roku, kiedy to został celowo podpalony przez niezrównoważonego psychicznie mnicha. W czasie procesu nie grzeszący podobno urodą, jąkający się młodzieniec wyznał, że nie był w stanie znieść piękna świątyni. Wydarzenie to stało się inspiracja dla głośnej powieści „Złoty Pawilon” Yukio Mishimy.
Jeszcze bez Mili
Kiyomizu-dera
Królujaca nad dzielnicą Higashiyama świątynia jest podobno najbardziej zatłoczoną kiotyjską atrakcją. Prowadzące do niej uliczki pełne są kramów z lokalnym rękodziełem i ratytasami. Nas najbardziej zafrapowały intensywnie złote lody i czarki do herbaty w cenie małego samochodu. W tłumie turystów przeważają wycieczki szkolne (od zabytków zdecydowanie bardziej zainteresowane panną Mila) oraz Chinki i Koreanki w wypożyczonych kimonach (stylizacja na gejszę to jedna z głównych kiotyjskich atrakcji turystycznych). Monumentalna świątynia z „zawieszonym” w powietrzu tarasem widokowym faktycznie zapiera dech, mimo że trafiamy akurat na remont. Aż trudno uwierzyć, że ta kolosalna konstrukcja powstala bez użycia nawet jednego gwoździa. Rozposcierajacy się stąd widok na miasto jest niezwykły, a musi robić jeszcze większe wrażenie wiosną i jesienią, gdy porastające wzgórze wiśnie i klony wybuchają kolorem.
Fushimi Inari
Największy z ponad 30 tysięcy japońskich chramów poświęconych shintoistycznemu bóstwu ryżu Inari, położony u podnóża świętego wzgórza. Na szczyt prowadzi sieć ścieżek okolonych 10 tysięcami (!) intensywnie czerwonych bramami torii. Co ciekawe, każdy może taką bramę ufundować, tym samym zapewniając sobie pomyślność w interesach (Inari to również bóstwo płodności, biznesu i ogólnie pojętej pomyślności). Enigmatyczne czarne napisy z tyłu bram to - wbrew pozorom - żadne mądre sentencje, a nazwy fundatorów właśnie. Dwa lata temu polegliśmy już na początku trasy, zniechęceni tłumami turystów i koniecznością wciągania jaśkowego wózka po niekończących się schodach. Tym razem niemal czteroletni Jasiek jest już zaprawionym piechurem, a i turystów wieczorem jak na lekarstwo. Bez dzikich hord, miejsce jest jeszcze bardziej magiczne. Suniemy niemal pustymi korytarzami z bram torii, wsłuchując się w odgłosy otaczającego lasu: poruszane wiatrem drzewa, szemrzące strumyki, pohukiwania sowy. Atmosfery dodaje jeszcze przenikające przez szczeliny miedzy bramami światło latarń. Co jakiś czas mijamy mniejsze świątynki, z figurkami lisów (będących wysłannikami bóstwa Inari) i zostawionymi przez pielgrzymów miniaturowymi torii, przypominającymi trochę krzyże wotywne z góry Grabarki czy litewskiej Góry Krzyży. Gdy zatrzymujemy się przy punkcie widokowym, z popłochem stwierdzamy jednak, że to dopiero połowa drogi. Komary tną bez litości, a od taszczenia panny Mili (ja) i 20 kg sprzętu fotograficznego (Wiktor) odpadają nam plecy. W dodatku jest już niemal całkowicie ciemno, a tabliczki wzdłuż trasy ostrzegają przed grasującymi po zmroku dzikami. Strzelamy fotkę i zawracamy – zarządzamy z Wiktorem. Tymczasem nasze chłopaki jednogłośnie odmawiają zejścia. „My chcemy wejść, my chcemy wejść” skandują nie znoszącym sprzeciwu głosem. Nie przekonuje ich nawet obietnica lodów. Radzi nieradzi pniemy się więc za Jaśkiem-latarnikiem (jak zawsze przezorny, zabrał ze sobą latarkę) i Ignasiem-przewodnikiem (na tej trasie ma największe doświadczenie, bo rok temu był tu dodatkowo z Babką i Dziadkiem). Szczyt nie robi wprawdzie większego wrażenia (ot, kolejna świątynka), ale sam spacer jest absolutnie czarowny. W drodze powrotnej mijamy jakąś międzynarodową grupę turystów. Z politowaniem przyglądają się chłopcom i nie bardzo chcą wierzyć naszym tłumaczeniom, że ta nocna przechadzka to nie do końca nasza inicjatywa.
Z dala od zgiełku miasta
Arashiyama
Położona na zachodnim krańcu Kioto Arashiyama to zielone płuca miasta. Główną atrakcją – przyciagajacą zwłaszcza amatorów fotografii - jest tutejszy bambusowy las. Las czy też raczej gaj jest wprawdzie niewielki, ale mimo to sprawia niemal surrealistycznie wrażenie. Zielone łodygi zdają się zrobione z plastiku, a falując na wietrze, wydają specyficzny szumiąco-skrzypiący dźwięk, który został zresztą wpisany przez japońskie ministerstwo środowiska na listę „stu dźwięków Japonii” (obok letnich koncertów cykad czy bicia buddyjskich dzwonów). W Japonii bambus uważany jest za symbol siły i żywotności (jest to ponoć najszybciej rosnąca roślina na świecie, odporna na złamania i trzęsienia ziemi). Dlatego też przy bambusowych gajach często zakłada się świątynie. Również w Arashiyamie bambusy sąsiadują z buddyjską świątynią. Tenryuji to jedna z pięciu kiotyjskich „wielkich świątyń zen”, szczycaca się bajkowym wprost ogrodem. Ale będac w Arashiyamie warto też zapuścić się w mniej oblegane przez turystów rejony. Nas najbardziej urzekł spacer na północ od głównych turystycznych atrakcji. Trzykilometrowa trasa wiedzie przez wiejskie krajobrazy, upstrzone a to senną świątynką a to rodzinną knajpką. Właśnie w takim mikroskopijnym przybytku – w którym jesteśmy zresztą jedynymi klientami - trafiamy na godny trzygwiazdkowej restauracji lunch z tofu w roli głównej. Jest też doskonale zachowana drewniana uliczka z zabudową z końca XIX wieku. Najwieksza perełka – świątynia Otagi Nenbutsu-ji - znajduje się na samym końcu trasy. Błądzimy urzeczeni – i zupełnie sami – wśród 1200 kamiennych uczniów Buddy. Trudno znaleźć dwie takie same postaci: jeden zamyślony, drugi – roześmiany z czarka sake, trzeci - rozgniewany. A to dlatego, że każdą figurkę wykonał inny rzeźbiarz-amator. W latach osiemdziesiątych główny kapłan świątyni – sam będący profesjonalnym rzeźbiarzem – poprosil wiernych o taki właśnie oryginalny wkład w odbudowę swiątyni po niszczycielskim tajfunie z 1950 roku. I pomyśleć, że trafiliśmy tu niemal przez przypadek. Przewodniki wypowiadają się o tym miejscu bez większych zachwytów, a toć to najbardziej pojechana z 2 tysięcy kiotyjskich światyń.
Trasa Kurama-Kibune
Trafiamy ty dzięki chłopcom, którzy wobec wyboru zamek czy kolejny (zaledwie dzień po Fushimi Inari) „hike”, ku naszemu zaskoczeniu, wybierają to drugie. I wybór ten okazuje się strzałem w dziesiątkę. Startujemy w miasteczku Kurama, kilkanaście kilometrów na północ od Kioto. To maleńka senna mieścina, gdzie czas zdaje się stać w miejscu. Przy parkingu wita nas gigantyczny posąg o czerwonej twarzy i dłlugaśnym nosie. To niejaki tengu – mityczna istota zamieszkująca góry i lasy, którego król urzęduje właśnie na górze Kurama (Kurama-yama). Sama zaś góra czczona jest przez Japończyków jako obdarzona szczególną energią. To nie przypadek, że właśnie tu narodziła się holistyczna metoda leczenia reiki, mająca usuwać zaburzenia energii Za namową chłopców, pierwszy etap trasy pokonujemy przedpotopową kolejką. Przyzwyczajeni do towarszystwa turystów, ze zdumieniem stwierdzamy, że jesteśmy jedynymi niejapońskimi pasażerami. Dalej pniemy się już na własnych nogach wśród soczyście zielonego lasu. Mijamy buddyjską świątynię Kurama-dera (zaliczaną podobno do skarbów narodowych Japonii) i jakieś mniejsze świątynki i pagody. Na szczycie odpoczywamy chwilę wśród plątaniny ogromnych cedrowych korzeni i ruszamy w dół, w kierunku położonej po przeciwnej stronie góry wioski Kibune. Ostatnie kilkaset metrów jest dość strome, ale widoki zapierają dech. Gigantyczne powalone cedry, piękna panorama okolicznych wzgórz.
Jakby atrakcji było mało, w wiosce trafiamy na japoński letni specjał, czyli „pływajacy” makaron somen. Sadowimy się wygodnie na drewnianej platformie zawieszonej dosłownie kilka centymetrów nad przepływajacą poniżej rzeką i wyławiamy płynące w przeciętej łodydze bambusa cienkie nitki makaronu. Po 15 minutach kolor makaronu zmienia się na różowy – to znak, że uczta zbliża się ku końcowi. Świetna zabawa, a i makaron – mimo że zimy – okazuje się zadziwiająco pyszny.
Dla smakoszy
Targ Nishiki
Zwany kiotyjską spiżarnią, choć wśród odwiedzających przeważają turyści. Dostać tu można wszystko. Stwory morskie o najdziwniejszych formach. Twarde jak drewno kawałki suszonego tuńczyka bonito. Pikle warzywne we wszystkich możliwych kolorach. Tofu świeże, suszone i smażone. Chłopcy po 3 latach w Japonii bezbłędnie rozpoznają większość produktów i chętnie kosztują japońskich specjałów, a to świeżo przygotowanego sushi, a to słodkiego omletu tamagoyaki.
Kurs gotowania u Emi-sensei
Emi-sensei poznaliśmy przy okazji poprzedniej wizyty w Tokio i od tego czasu stała się ona po trosze naszą „japońską babcią”. Zgodnie z japońską tradycją, dwukrotnie w ciągu roku wysyłamy sobie życzenia i drobne upominki, a w czasie letnich upałow i zimowych mrozów dopytujemy o zdrowie domowników. Z przyjemnością wracamy do jej przytulnego, drewnianego domu niedaleko ścieżki filozofów. To tu Emi przyjmuje przedstawicieli wszystkich chyba nacji chcących dowiedzieć się więcej o kiotyjskiej kuchni i zwyczajach. Zaczęło się niewinnie. Pewnego dnia 13 lat temu została poproszona o przedstawienie japońskiej kuchni studiującym w Kioto cudzoziemcom. Dwa lata później o jej lekcjach gotowania napisał przewodnik „Lonely Planet”. Dzisiaj Uzuki cooking class jest według Tripadvisor jedną z największych atrakcji w Kioto, a kartki od byłych uczniów zdobią kuchenne ściany. Mimo drobnej postury i nie pierwszej już młodości, energii i optymizmu mogłaby Emi pozazdrościć niejedna nastolatka. Uwija się w kuchni, co jakiś czas wybuchając perlistym śmiechem, a angielskie wypowiedzi ubarwia sobie tylko zrozumiałymi japońskimi wstawkami. Choć na półkach leży masa albumów o europejskiej sztuce i historii, Emi większość życia spędziła w swoim ukochanym Kioto. Z pasją opowiada o wyższosci kuchni kiotyjskiej nad tokijską. Gdy z dumą pokazuję jej zdjęcie - przygotowanych wedle jej przepisu – roladek z yuby (skórki tofu), deliktanie zwraca mi uwagę, że zgodnie z „estetyką kiotyjską” dekoracje z marchewkowych kwiatków powinny być nieco bardziej subtelne. Nasze dzieci stają na wysokości zadania i nie demolują niczego w mikroskopijnym salonie. Chłopcy przygotowują dla Emi-san laurki i bez słowa sprzeciwu pałaszują wegański sorbet z truskawek i pasty ze sfermentowanego ryżu.
Pięć dni w Kioto mija w okamgnieniu. Obiecujemy sobie, że jeszcze wrócimy do tego czarownego miasta. W dniu wyjazdu GPS pokazuje, że przed nami ponad 6 godzin jazdy. Chłopaki – chcąc uniknąć towarzystwa panny Mili – jednogłośnie przegłosowują, ze dziewczyny mają wracać pociągiem. Zrobimy wyścig jak w Top Gear! – zarządzają. Decydujemy, że dla wyrównania szans, my z Milą pójdziemy sobie jeszcze na ostatni spacer po mieście. Na odchodne Wiktor – mimo moich protestów, że przecież mam dwie karty kredytowe – wciska mi „na wszelki” wypadek dwa banknoty po 10 tys. jenów. Jedno szczęście! Gdy po dwugodzinnej przechadzce lądujemy w końcu na dworcu, okazuje się, że w plecaku nie mam portfela. „Nic to, w Japonii nigdy nic nie ginie” – myślę sobie bez większej paniki. Wszystkie nasze dotychczasowe zguby zawsze się znajdowały. Gdy zaraz po przyjeździe do Japonii porzuciłam przez nieuwagę pod Starbucksem nowiusieńki rower elektryczny, ten przez trzy dni nie tylko stał sobie spokojnie w tym samym miejscu, ale w dodatku ktoś życzliwy założył mu na przednie koło łańcuch, który miałam w koszyku. Wracamy więc (40 minut) do mieszkania, ale po portfelu ani śladu. Nie widzieli go też w restauracji, gdzie poprzedniego dnia wysypałam całą zawartość plecaka w poszukiwaniu łyżeczki Mili. Nie chcę przegrać wyścigu, więc blokuję czym prędzej karty kredytowe i gnam ponownie na dworzec. 450 km dzielące Kioto od Tokio pokonujemy w niecałe 2,5 godziny i do mieszkania wpadamy jakieś 30 … sekund przed resztą rodziny. Yuppi! W dodatku kolejnego dnia okazuje się, że mój portfel z absolutnie wszystkimi – polskimi, belgijskimi i japońskimi – dokumentami i kartami został oddany na policję. Znalazca prosił o poinformowanie, czy zguba trafiła do właściciela, ale odmówił przyjęcia jakiejkolwiek rekompensaty. To Japonia właśnie!
Kasza w ofuro, czyli mini-wakacje na japońskich Hawajach
Trzy godziny lotu i z zimy przenosimy się nagle do 25 stopni. Z miejskiej dżungli Tokio na zupełne odludzie. Lądujemy na wysepce Ishigaki, na samym południu Japonii. Jesteśmy 2000 km od Tokio i zaledwie 300 km od Tajwanu, a kulturowo gdzieś pomiędzy Japonią a Chinami. Ishigaki jest częścią – rozciągającego się na długości 1300 km – archipelagu Ryukyu, który do końca XIX wieku stanowił odrębne Królestwo Ryukyu, korzystające z protektoratu Chin.
Trzy godziny lotu i z zimy przenosimy się nagle do 25 stopni. Z miejskiej dżungli Tokio na zupełne odludzie. Lądujemy na wysepce Ishigaki, na samym południu Japonii. Jesteśmy 2000 km od Tokio i zaledwie 300 km od Tajwanu, a kulturowo gdzieś pomiędzy Japonią a Chinami. Ishigaki jest częścią – rozciągającego się na długości 1300 km – archipelagu Ryukyu, który do końca XIX wieku stanowił odrębne Królestwo Ryukyu, korzystające z protektoratu Chin.
Po wyjściu z samolotu uderza nas lekko wilgotne, podzwrotnikowe powietrze. Tubylcy ogorzali, uśmiechnięci i – na oko – zdecydowanie bardziej wyluzowani od „właściwych Japończyków”. Nikt się nie kłania ani nie przeprasza. W drodze do pensjonatu z niedowierzaniem przypatrujemy się pocztówkowym krajobrazom. Soczysta zieleń palm przeplata się z idealną bielą plaż i turkusem oceanu. Nie na darmo Wyspy Ryukyu nazywa się japońskimi Hawajami.
A co najcudowniejsze, raj ten mamy niemal do własnej dyspozycji. „A co was ciągnie na takie odludzie? – wypytuje zdumiony kierowca w drodze na lotnisko w Tokio – będziecie nurkować?”. Wśród naszych japońskich znajomych najbardziej popularną „tropikalną” destynacją zdają się być Hawaje, a jeśli już ktoś zapuszcza się na wyspy Ryukyu, to zazwyczaj wybiera największą wyspę archipelagu - Okinawę. W naszym pensjonacie jesteśmy więc jedynymi gośćmi, a na przyległej plaży – oprócz (martwego zresztą) żółwia oraz oprawiającego swoją kolację lokalnego rybaka – nie spotykamy żywej duszy.
Ruszamy na rekonesans po okolicy. Ludzi i sklepów brak. Zabudowania szare i brzydkie. Chodniki zarośnięte mchem. Trafiamy za to na motyle wielkości wróbli, liście o średnicy metra oraz całą armię strzegących domostw pół-lwów-pół-psów. Te przybyłe z Chin stwory - zwane shīsā – często ustawia się parami. Osobnik z otwartą paszczą ma ponoć odganiać złe moce, a z zamkniętą – zatrzymywać dobre.
Na szczęście okazuje się, że kolację możemy zjeść w pensjonacie (Gorzej będzie ze śniadaniem, którego – dla nas zbyt wczesna - godzina nie podlega negocjacji, mimo że jesteśmy jedynymi gośćmi). Tutejsza kuchnia uważana jest za najzdrowszą na świecie (a mieszkańcy za najbardziej długowiecznych). Na lokalny przysmak chińskiej proweniencji, czyli smażone świńskie uszy, nie starcza nam odwagi. Próbujemy za to „morskich winogron” czyli przypominających zielony kawior glonów, „gorzkiego melona” goya o wyglądzie pomarszczonego ogórka, lokalnego makaronu soba (w rzeczywistości bliższego udonowi), „tofu” z orzeszków ziemnych oraz wyjątkowo pysznej tempury z tutejszych wodorostów mozuku.
Dzień kończymy zbiorową kąpielą w ofuro, jednym z naszych ukochanych japońskich wynalazków. Główna przewaga ofuro nad zachodnią łazienką wynika z faktu, że całe pomieszczenie jest wyłożone kafelkami i zaopatrzone w odpływ. Ku uciesze naszych dzieci, można więc pluskać do woli, bez obawy o zachlapanie podłogi. Przewaga druga – przed wejściem do wanny ciało dokładnie szorujemy i spłukujemy pod prysznicem, siedząc sobie wygodnie na niskim stołeczku (baterie prysznicowe zamontowane są na wysokości pasa). Wanna właściwa jest głębsza niż zachodnia i służy wyłącznie do relaksu, a nie do mycia. Co to za pomysł, żeby moczyć się w brudnych mydlinach! I w końcu, jako że woda w ofuro jest czysta, może z niej skorzystać cała rodzina. W japońskich domach zazwyczaj pierwszy kąpie się mąż, następnie dzieci i ewentualni dziadkowie, a na końcu żona. Na szczęście nasza wanna jest na tyle duża, że wskakujemy do niej wszyscy razem. To chyba pierwszy moment w ciągu dnia, kiedy możemy po prostu pobyć ze sobą, bez komórek, zabawek i innych rozpraszaczy uwagi. Po powrocie do Brukseli przerabiamy naszą łazienkę na ofuro!
Gdy wracamy do pokoju, na matach tatami rozłożone są już futony (czyli cienkie materace, w ciągu dnia chowane do szafy) i cudownie twarde japońskie poduszki, wypełnione ziarnami fasoli. Niepokoi nas tylko tabliczka informująca, że pokój możemy dzielić z mrówkami (zwłaszcza jeśli zostawimy resztki jedzenia) i polującymi na nie jaszczurkami. Żeby nie zwabić nieproszonych gości, wieczorną kaszkę podaliśmy Mili jeszcze w ofuro.
Kolejnego dnia objeżdżamy naszą wysepkę wzdłuż i wszerz. Na widok mieniącej się tysiącem odcieni błękitu Zatoki Kabira, nawet – zwykle dość oszczędny w zachwytach – Ignaś wydaje z siebie okrzyk niedowierzania. Dużą atrakcją dla obu chłopców jest też rejs łódką ze szklanym dnem, przez które widać imponujące korale, ryby i całą masę groźnie wyglądających stworów, skutecznie zniechęcających do morskich kąpieli. Według hotelowej broszury, oprócz rekinów zabić mogą też jadowite meduzy, węże morskie, a nawet zupełnie niewinnie wyglądające ślimaczki, po których ukąszeniu na przyjęcie odtrutki pozostaje zaledwie pół godziny.
Równie nieokiełznana jak fauna jest tutejsza flora: gigantyczne paprocie, ogromne (endemiczne dla tego regionu) palmy o cętkowanych pniach, wyrastające z morskiej wody drzewa mangrowe, stanowiące podobno świetną tamę dla fal tsunami. Chłopcy z zafascynowaniem odkrywają, jak rosną banany.
Z pięknem natury boleśnie kontrastuje brzydota wytworów ludzkich. Smętne, zapuszczone budynki, zapyziałe sklepiki à la PGR. Czujemy, że jesteśmy w najbiedniejszym regionie Japonii. Ishigaki – jedyne miasto na wyspie, do którego docieramy trzeciego dnia – to betonowy potworek. Zahaczamy o uliczkę z pamiątkami (większość - o ironio - „made in China”) i zmykamy do nieodległego parku Banna, gdzie niespodziewanie odkrywamy ogromny (i zupełnie pusty!) plac zabaw.
Odwiedzamy też (rekonstrukcję) tradycyjnej wioski ryukyuańskiej, gdzie trafiamy m.in. na lokalne tańce i śpiewy przy akompaniamencie trzystrunowej gitarki obitej w skórę węża. Jak się dowiadujemy, instrument ten, zwany sanshinem, przywędrował na wyspy Ryukyu z Chin, dając następnie początek japońskiemu shamisenowi (dla odmiany pokrytemu skórą kota). Chłopcy najbardziej zadowoleni z bliskiego spotkania z ciekawskimi małpkami, które próbują wedrzeć się Wiktorowi do kieszeni.
Po powrocie do hotelu w łazience znajdujemy szorstką gąbkę podpisaną おふろ (ofuro). O… o… czyżbyśmy niedostatecznie dokładnie szorowali się pod prysznicem? A może wydały się nasze wieczorne kombinacje z kaszą? Na szczęście okazuje się, że gąbkę (do mycia ofuro, nie ciała) porzucono w naszej łazience przez przypadek.
Highlightem naszych mini-wakacji na Ishigaki miała być wycieczka na porośniętą dżunglą wyspę Iriomote. Przedostatniego dnia zrywamy się więc – z dużą pomocą Mili - skoro świt. Wieje jednak silny wiatr i trochę niepokoi nas wizja spędzenia ponad godziny na otwartym morzu lub – co gorsza – ugrzęźnięcia w dżungli, gdyby rejs powrotny został odwołany. Decydujemy się więc na dużo krótszą, bo zaledwie 15-miutową, przeprawę na maleńką wysepkę Taketomi, uważaną za żywy skansen kultury ryukuyańskiej. Czas faktycznie jakby zatrzymał się co najmniej kilkadziesiąt lat temu. Cała wyspa to zaledwie jedna wioska, licząca około 320 mieszkańców. Uliczki są z białego piasku - podobno, żeby łatwiej dostrzec jadowite żmije. Domy, drewniane, parterowe, otoczone murkami z misternie ułożonych kamieni. Na każdym kroku szczerzą zęby shīsā. Żadnych bankomatów, kombini czy samochodów. Głównym środkiem transportu są rowery i zapełnione turystami bawole wozy. W jedynym, miniaturowym sklepie spożywczym leciwa właścicielka sprzedaje własnej roboty lody na patyku.
Zamiast trekkingu po dżungli przechadzamy się niespiesznie wąskimi uliczkami, przyjmujemy pyszny lunch i zalegamy na plaży. Tu nasza uwagę zwracają przeczesujący piasek turyści. Dopiero po fakcie doczytujemy, że to, co wygląda jak „ziarenka piasku” to w istocie pancerzyki maleńkich otwornic w kształcie gwiazdek.
Duże wrażenie robią też na nas ogromne grobowce w kształcie skorupy żółwia – kolejny import z Chin. Do dziś Wyspy Ryukyu szczycą się własnymi wierzeniami, bliskimi animizmowi i szamanizmowi. Inaczej niż w pozostałych częściach Japonii, święte miejsca są niedostępne dla turystów, a najważniejsze funkcje „kapłańskie” pełnią kobiety.
Ot, sielski dzień, bez większych wydarzeń. Tylko Wiktor rozgląda się cały czas nerwowo i naciska na wcześniejszy powrót do Ishigaki. Jak się później okaże, stresuje go brak jakiegokolwiek wzniesienia na wyspie. Przy kolacji śmiejemy się z tego jego niemal obsesyjnego strachu przed żywiołami. Ja przy okazji relacjonuję mu właśnie przeczytaną książkę o wielkim tsunami z 2011 roku. Jakbyśmy sprowokowali los, bo dosłownie 2 godziny później – akurat w momencie, gdy już wszyscy ułożyliśmy się do snu – z futonów wyrzuca nas seria pionowych wstrząsów. Roztrzęsionych chłopców uspokajamy kłamstewkiem, że to tylko taki trening zorganizowany przez hotel, a sami z nie mniejszym przerażeniem debatujemy, czy powinniśmy ewakuować się gdzieś wyżej (nasz pokój jest na parterze, dosłownie 20 metrów od plaży). Niby nie ma zagrożenia tsunami, ale śpi nam się średnio, a rano z mniejszym niż zwykle żalem wracamy do Tokio.
Dyskretny urok jesiennych listków
w końcu przychodzi jesień - wspaniała nagroda od natury za przetrwanie japońskiego lata. Nie obyło się wprawdzie bez tajfunów, ale po nich nadchodzi słońce i oszałamiająca eksplozja koloru. W połowie listopada zaczyna się szał koyo, czyli podziwiania jesiennych kolorowych liści - rozrywka niemal tak popularna jak wiosenne pikniki pod kwitnącymi wiśniami.
I w końcu przychodzi jesień - wspaniała nagroda od natury za przetrwanie japońskiego lata. Nie obyło się wprawdzie bez tajfunów, ale po nich nadchodzi słońce i oszałamiająca eksplozja koloru. W połowie listopada zaczyna się szał koyo, czyli podziwiania jesiennych kolorowych liści - rozrywka niemal tak popularna jak wiosenne pikniki pod kwitnącymi wiśniami. Odwrotnie do sezonu wiśniowego, czerwone klony i żółte miłorzęby najpierw pojawiają się na północnej wyspie Hokkaido, a następnie powoli postępują na południe. W mediach pojawiają się codzienne aktualizacje na temat frontu koyo, a poniedziałkowe rozmowy zaczynają się od debriefingu na temat najlepszych miejsc do podziwiania kolorowych listków.
A listki faktycznie obłędne! Nie mogę się zdecydować, czy bardziej zachwycają mnie jaskrawoczerwone momiji (kloniki) w kształcie łapek Mili, czy też złote wachlarzyki ginkgo (prastarych miłorzębów). Jedne i drugie delikatne jak najszlachetniejsza koronka. Nie pierwszy już raz nachodzi mnie spostrzeżenie, że japońska natura jest zminiaturyzowana, ale też bardziej „skondensowana”. Kwintesencja piękna i witalności. Podobnie ma się rzecz z warzywami (ogórkami, bakłażanami) – znacznie mniejszymi, ale też bardziej intensywnymi w smaku od swoich zachodnich odpowiedników – a nawet z samymi ludźmi – drobnymi, niepozornymi, a żyjącymi dłużej niż jakakolwiek inna nacja.
Snując się po parkach i świątyniach, jeszcze bardziej niż drzewami zachwycamy się japońską umiejętnością celebrowania ich piękna. Ta rzadka umiejętność zatrzymania się na chwilę w szaleńczym pędzie, dostrzeżenia małych codziennych cudów czyni Japończyków prawdziwymi smakoszami życia. Choć koyo - podobnie jak wiosenne hanami - ma też swoje ciemniejsze strony.
Do podświetlanego wieczorem parku Rikugien wybieramy się (w dodatku z wózkiem!) w sobotnie popołudnie. Na miejscu okazuje się, że na podobny pomysł wpadło pół Tokio. Mrowiem tym dyrygują - wyposażeni w megafony i „miecze świetlne” (jak nasi chłopcy określają podłużne latarki) - zawiadowcy ruchu. Posuwamy się więc w żółwim tempie w jedynym dozwolonym kierunku. Co chwila z przerażeniem sprawdzamy, czy któreś z pięciorga „naszych” dzieci (towarzyszą nam dwie koleżanki Jasia i Ignasia) nie zostało porwane przez ludzką masę albo nie wpadło do stawu. Okoliczności umiarkowanie sprzyjające kontemplacji…
W kolejny weekend decydujemy się na znacznie rozleglejszy Shinjuku Gyoen – tokijski odpowiednik Central Parku i jedno z naszych ulubionych miejsc w Tokio. Chłopcy jak szczeniaki tarzają się po równo przystrzyżonych trawnikach, a my z rozczuleniem przyglądamy się idealnym japońskim rodzinkom pozującym do zdjęć pod kolorowymi drzewami. Ona najczęściej w płaszczyku w stonowanym kolorze, on w stylowym kaszkiecie, dzidzio w kamizelce (chłopcy) lub gustownej sukience (dziewczynki). Po 15 minutach robi nam się jednak szkoda maluchów, które zamiast biegać, przekazywane są z rąk do rąk i zmuszane do ciągłego uśmiechu. Sweet focia na Instagramie okazuje się ważniejsza od samego doświadczenia…
Mimo to na myśl, że to nasza ostatnia jesień w Japonii (tak, tak, latem wracamy do Europy) nachodzi mnie iście japońska melancholia przemijania.
Już jesień czy to wszystko jest życiem małej cykady
Buson (1755)
Uciekając przed tajfunami, czyli wypad na półwysep Izu
Dopiero co były wakacje, a tu chłopaki znowu mają 2 tygodnie wolnego (tak, tak - ku naszej rozpaczy, w szkole francuskiej jest więcej dni wolnych niż szkolnych). Żeby się nie pozabijać w domu, postanawiamy spędzić tydzień na malowniczym półwyspie Izu, jakieś 100 km na południe od Tokio.
Dopiero co były wakacje, a tu chłopaki znowu mają 2 tygodnie wolnego (tak, tak - ku naszej rozpaczy, w szkole francuskiej jest więcej dni wolnych niż szkolnych). Żeby się nie pozabijać w domu, postanawiamy spędzić tydzień na malowniczym półwyspie Izu, jakieś 100 km na południe od Tokio. Wyruszamy z jednodniowym opóźnieniem, czekając aż nad Tokio przewali się tajfun. Sceneria zapiera dech w piersiach: wijąca się nad samym oceanem autostrada, schodzące do wody wzgórza, śmigający na falach surferzy. Nie na darmo Izu przyrównuje się do włoskiego wybrzeża Amalfi.
Sielanka nie trwa jednak długo. Uroczy domeczek w okolicach Atami - dla niepoznaki nazwany „Beach House” - okazuje się w istocie domkiem dróżnika. Co 10 minut całym lokum rzuca jak przy porządnym trzęsieniu ziemi. Chłopaki zachwycone, my trochę mniej, zwłaszcza że po raz pierwszy od wielu lat zarezerwowaliśmy aż 6 nocy w jednym miejscu.
Braki lokalowe postanawiamy nadrobić pyszną kolacją. Z okien samochodu miasteczko jawiło nam się co najmniej jako japoński Neapol. Przy bliższej inspekcji okazuje się jednak, że jedyne lokalne atrakcje to stacje benzynowe i fastfoody. Chłopaki decydują się na lokalną hamburgerownię, ale – jak to ujmuje Jasiek – „nawet hocek [soczek] jest hydny [ohydny]”. Jak niepyszni ruszamy w drogę powrotną – 2 kilometry nieoświetloną, miejscami niemal pionową drogą. Przezorna Mila włącza syrenę, żebyśmy nie umknęli uwadze mijających nas samochodów. W Tokio nie mamy telewizji, więc resztę wieczoru z zafascynowaniem oglądamy japońskie teleturnieje, poziomem idiotyzmu dorównujące chyba tylko telewizji włoskiej. Po ostatnim pociągu o 23:30 udajemy się do łóżek, ale już punkt 5:00 następuje brutalna pobudka i tym razem wyjątkowo nie jest to nasza „akaczanka” (jak nazywamy pannę Milę, zainspirowani japońskim określeniem niemowlaka - akachan: aka = czerwone, chan – słodziactwo).
Na dworze szaruga i ziąb, ale „nie ma zmiłuj”. Obiecaliśmy chłopakom rejs po jeziorze w nieodległym Hakone – górskim kurorcie, popularnym ze względu na gorące źródła i idealny widok na gorę Fuji (jeszcze się nie załapaliśmy). Bez entuzjazmu ładujemy się na statek, a tu niebo znienacka się przeciera i naszym oczom ukazuje się majestatyczny Fuji-san. Niespodzianka to tym milsza, że przy poprzednich podejściach do świętej góry zawsze trafialiśmy na gęstą mgłę.
Zimno okropnie, ale nie obejdzie się bez selfie przed słynną „pływającą” bramą torii na brzegu jeziora Ashi. Na zdjęciach „unosząca” się na wodzie brama urzeka niezwykłym spokojem. W rzeczywistości po fotkę trzeba odstać swoje w długiej, wielojęzycznej kolejce. Pniemy się jeszcze do – położonego na wzgórzu - głównego budynku świątyni. Spowite we mgle ogromne cedry nadają miejscu tajemniczości i magii.
Do domku dróżnika nie uśmiecha nam się wracać. W pobliżu Ito – trochę dalej na południe – udaje nam się znaleźć bardzo okazyjny ryokan z onsenem. Problemem okazuje się tylko dostanie się na miejsce. Stroma, nieoświetlona serpentyna w środku lasu, która zaproponował nam nasz pomysłowy GPS, wydaje się zbyt wąska nawet dla jednego samochodu. A tu co chwila trafiamy na pomykające w przeciwnym kierunku furgonetki. Jakimś cudem docieramy jednak na miejsce w nienaruszonym stanie. Dzień kończymy w onsenie i jest cudnie.
Budzi nas ulewny deszcz. Niestety miejscowe muzeum sztuki współczesnej – bardzo zachwalane przez przewodniki – akurat w środy nieczynne. Postanawiamy więc wrócić do Atami, którego muzeum sztuki azjatyckiej podobno również warte grzechu. Pniemy się, zdaje się, pionową drogą na sam szczyt królującego nad Atami wzgórza. Kilka razy mamy wrażenie, że samochód fiknie koziołka do tylu. Niestety, gdy w końcu docieramy do celu, na bramie wejściowej trafiamy na informację, że akurat tego dnia odbywa się zmiana wystawy. Hmmm – żeby nie ująć tego dosadniej – 2 godziny w samochodzie na nic... Na osłodę trafia nam się klimatyczna świątynka shinto z drugim najstarszym w Japonii - liczącym ponad 2 tysiące lat – drzewem kamforowym. Kolos ma aż 23 metry średnicy i w dodatku spełnia życzenia.
Highlightem dnia okazuje się jednak – zauważona zupełnie przypadkiem – kafejka Kinowa. Wesołe, jasne wnętrze z kącikiem dla dzieci i mini-onsenem, przesympatyczna rodzina właścicieli, a przede wszystkim najwspanialsze dania z warzyw, jakich zdarzyło nam się doświadczyć w Japonii.
Kolejnego dnia w końcu wychodzi wspaniałe słońce. Chcemy więc wyruszyć trochę wcześniej niż zwykle. Jednak Ignasia – który na ogół jest w naszej rodzinie największym skowronkiem - nie da się wyciągnąć z łóżka. W trakcie śniadania pokłada się nieżywy na kanapie, a przez resztę dnia marudzi jak przymuszony do wakacji z rodzicami nastolatek. Nic mu się nie podoba. Ani Kawazu Nanadaru – piękny leśny szlak, pełen atrakcji dla małych piechurów - wspaniałych wodospadów, wiszących mostów, stromych schodów („Łee, 30 metrów to wcale nie tak dużo jak na wodospad”). Ani zapierające dech wybrzeże Jogasaki z ogromnymi falami rozbijającymi się o przybrzeżne skały („A czemu nie można się kapać?”).
Za to Jasiek maszeruje jak najdzielniejszy chodziarz. Bez jednego mruknięcia pokonuje obie kilkukilometrowe trasy. Również panna Mila spisuje się wzorowo, drzemiąc smacznie w nosidle. Już jakiś czas temu zauważyliśmy ciekawą prawidłowość – gdy jedno z naszych dzieci ma gorszy dzień, pozostałe zachowują się bardziej litościwie, chyba podświadomie czując, ze nie mogą nas całkowicie wykończyć. Kiedy po powrocie do hotelu Ignaś odmawia wizyty w onsenie, zastanawiamy się, czy nie jechać z nim do szpitala. Dopiero gdy rzuca się do ładowania tableta, który poprzedniego wieczora miał jeszcze 50% baterii, odkrywamy że pół nocy spędził wpatrzony w ekran.
Rekwirujemy nieszczęsny tablet (odtąd będzie udostępniany jedynie na długie przejazdy samochodowe) i rano odzyskujemy naszego normalnego, radosnego synka. Wyciągiem krzesełkowym wciągamy się na górę Ōmuro – wygasły wulkan w kształcie odwróconej miseczki ryżu. Widok ze szczytu zapiera dech. Pod stopami intensywnie zielony 300-metrowy krater. W tle skrzący się w słońcu ocean i majestatyczne góry, w tym oprószony pierwszym w tym roku śniegiem Fuji-san. Spróbujemy wrócić tu w lutym, gdy obywa się ceremonia yamanaki – podpalenia góry.
Po południu ponownie próbujemy sił w muzeum w Atami. Tym razem mamy więcej szczęścia. Od samej kolekcji (głownie utensylia do ceremonii herbacianej) większe wrażenie robi na nas architektura muzeum, łącząca minimalizm z elementami iście futurystycznymi. Całość zaliczamy w tempie ekspresowym, bo tym razem opcję mędzenia włączył Jasiek.
Niestety na weekend znowu zapowiadają tajfun, więc – po kolejnej wizycie w café Kinowa - ruszamy do Tokio.
Wypad krótszy niż planowaliśmy i nie bez drobnych wpadek, ale i tak było super!
Rodzinne spotkanie w japońskich Alpach
Po dwóch dniach spędzonych z Jasinkiem w Kanazawie spotykamy resztę Kociej Rodzinki. Wspólnie kontynuujemy podróż po górzystym regionie Hida.
Pierwszy punkt na naszej trasie to Takayama. Jeszcze w oczekiwaniu na przyjazd reszty rodziny odwiedzamy uroczą przytulną kafejkę.
Po dwóch dniach spędzonych z Jasinkiem w Kanazawie spotykamy resztę Kociej Rodzinki. Wspólnie kontynuujemy podróż po górzystym regionie Hida.
Pierwszy punkt na naszej trasie to Takayama. Jeszcze w oczekiwaniu na przyjazd reszty rodziny odwiedzamy uroczą przytulną kafejkę. Wszechobecne połączenie cieniutkich białych ścian z czernią drewnianych obramowań tu zostało zminiaturyzowane do dwóch pomieszczeń, w których z trudem mieściły się trzy stoliki. Wszystko czyściutkie, schludne, „ujutne”. Przemiła obsługa dwojga mocno starszych właścicieli. Prowincjonalny region, który tym razem zwiedzamy, pełen jest kruchych, ale jakże żwawych staruszków. Uwijają się w punktach obsługi turystów, kafejkach i restauracjach, hotelach i na turystycznych szlakach. Ich przygarbione postacie widoczne są niemal wszędzie. Jest to, widoczna także w dużych miastach, wspierana przez państwo forma aktywizacji zawodowej ludzi w starszym wieku. Młodzieży jest znacznie mniej niż na ulicach Tokio, zaś w ogóle nie spotyka się występujących często w stolicy, infantylnych panienek hołubiących w dziecinnych wózeczkach swoje wystrojone pieski.
W Takayamie zachwyca nas starówka – stare ponad trzystuletnie domki, wąskie uliczki i sklepiki, w których eksponaty i sposób ich wystawienia to niekończąca się pochwała piękna i dobrego smaku. Wielokrotnie w trakcie tej wędrówki styl życia Japończyków i ich uwielbienie dla celebrowania chwili przypomina nam smakowanie życia przez Toskańczyków.
Późnym popołudniem ruszamy do następnego etapu naszej podróży. Jest to Hirayu Onsen - termalne źródła położone na zboczu góry Norikura, w sercu Hida - japońskich Alp. Naturalne lecznicze właściwości tych źródeł powodują, że region cieszy się dużym zainteresowaniem turystów. Wysiadamy z autobusu w magicznej, spowitej mgłą wioseczce. Uroczy ryokan (tradycyjny japoński hotel) zaskakuje nas swoim luksusem, ale przede wszystkim niejapońskim rozmiarem. W obszernym pokoju znajdują się dwa centralnie położone „legowiska” (futony) ułożone na matach tatami, rozsuwane szafy, a nawet dwie wnęki do pracy, które nocą służyć będą za sypialnie dla chłopców. Wszystko ascetyczne, w tradycyjnej biało-czarnej japońskiej geometrycznej stylistyce, ale jednocześnie pięknie oświetlone i dyskretnie udekorowane obrazem i współgrającym z nim wazonem. W szafach znajdują się jukaty (rodzaj domowego kimona), a dla mężczyzn dodatkowo szare kurty bez rękawów. Jacek natychmiast przebiera się w ten strój. Ku mojemu zaskoczeniu dodatek tego bezkształtnego szarego giezła nadaje całości bardzo męskiego wyglądu. Oto stoi przede mną wyrośnięty nad miarę samuraj.
Wieczorem udajemy się na kolację do pobliskiej restauracji. Niby wieczorny posiłek to codzienność, ale dla mnie zderzenie z japońskim menu to zawsze duże wyzwanie. Już wiem, że soba - czyli robiony ręcznie regionalny gryczany makaron, mający podobno duże walory odżywcze - jest jadalny. Udaje mi się także znaleźć jakieś nadające się do spożycia dodatki. Pozostała część rodziny nie ma podobnych ograniczeń – z apetytem zjadają wszystkie oferowane potrawy: Jacek – jak zawsze ciekaw nowych smaków, a Ania, Wiktor i Chłopcy – po dwuletnim pobycie przyzwyczajeni już do japońskiej kuchni.
Po kolacji wybieramy się całą rodziną do onsenu. To coś w rodzaju prywatnego jacuzzi pod gołym niebem, otwartego na otaczający miniogród. Mrok rozświetla, ukryta wśród krzewów, lampa. Z kamieni sączy się gorące źródełko, które nieustannie zasila nasz onsen. Niepewnie, zgodnie z tradycją nago, wchodzimy po kamiennych schodkach do wody. Dziwne wrażenie – ma ona wyraźnie odgraniczone dwie warstwy. Na górze jest niemal parząca, bowiem wydobywa się najpewniej z czeluści wulkanicznej ziemi, a na dole zimna. Naturalne gorące źródełka będziemy następnego dnia spotykać w wiosce w wielu miejscach. Przy jednej z restauracji zbudowano nawet położony na skraju ulicy mały kamienny zbiornik, w którym, termiczny wrzątek wykorzystuje się do gotowania jajek.
Wieczór w onsenie jest jak czarowna bajka z tysiąca i jednej nocy. Po wymoczeniu się w gorącej wodzie odpoczywamy na szerokim, wyłożonym puchatymi ręcznikami podgrzewanym łożu. Japończycy cenią sobie wygodę i piękno. Ania mówi, że to kolekcjonerzy pięknych chwil. Potrafią na przykład organizować spotkania rodzinne lub w grupie znajomych, żeby podziwiać piękne klonowe listki nabierające jesienią czerwonej barwy (są znacznie delikatniejsze i mniejsze niż nasze europejskie, wyglądają więc jak cudowna barwiona na bordowo koronka). Jeszcze popularniejsze są wiosenne pikniki pod kwitnącymi wiśniami.
Następnego dnia punkt ósma budzi nas telefon z recepcji. Okazuje się, że jesteśmy oczekiwani na śniadaniu. Na wpół śpiący klękamy przy niziutkich stolikach. Jasiek natychmiast rzuca się na słone ciasteczka z wodorostów. My z pewną nieśmiałością wpatrujemy się w misternie porozstawiane naczynka z zupełnie nieznaną nam zawartością. W sukurs przychodzi nam mocno leciwa już „mistrzyni ceremonii”, która kilkoma szybkimi ruchami miesza pyrkoczący na palniku ryż z innymi tajemniczymi składnikami. Tak przygotowana „azjatycka owsianka” okazuje się całkiem akceptowalna dla moich kubków smakowych. Na rybę ani zupę miso o poranku nie daję się jednak skusić.
Posileni, wybieramy się na szlak turystyczny do ciągnącej się wzdłuż rzeki Azusa doliny Kamikochi. Jesteśmy mniej więcej na wysokości 1500 metrów, a otaczające nas szczyty sięgają 3000 metrów. Nie bez przyczyny pierwsi europejscy turyści przybywający w te rejony w XIX wieku nazwali Hida japońskimi Alpami. Podobieństwo jest duże, nawet mijane przez nas wioski niewiele się różnią od tych w austriackich czy włoskich Alpach. Kształt górskich domów, zwłaszcza dachów, bardziej determinuje pewnie przyroda i groźba zalegającego śniegu niż kulturowe wpływy. Trasa jest przepiękna. Zalesione zbocza mienią się kolorami jesieni. Paleta, jakiej nie powstydziłby się żaden impresjonista.
Czterokilometrowy spacer w pełnym rodzinnym gronie zabiera nam sporo czasu i do hotelu wracamy już po zmroku. Tym razem kolacja to nie tylko japońskie menu, ale także bardzo japońskie warunki. Siedzimy przy szerokim niziutkim stole, klęcząc na płaskich poduszkach. Podobno dawniej pergaminowe japońskie domki nie były zimą ogrzewane, choć klimat jest tu o tej porze roku bardzo surowy. Domownicy gromadzili się więc przy takim niskim stole ciepło odziani. W zagłębieniu pod stołem znajdowało się palenisko, które przyjemnie ogrzewało stopy i pozwalało przetrwać całej rodzinie długie zimowe wieczory.
Kolejnego dnia przemieszczamy się w okolice góry Fuji. Tak jak poprzednio jedziemy z Jackiem autobusem, a Ania i Wiktor z dziećmi – samochodem. Czekamy na autobus na maleńkiej autobusowej stacji, w zagubionej wśród gór wioseczce. A tu ruch jak na przysłowiowej Marszałkowskiej. Ze zdumieniem obserwuję taniec autokarów. Najpierw „wypluwają” z siebie przyjezdnych. Kierowca autobusu żegna pasażerów, składając przed każdym wysiadającym głęboki, pełen szacunku ukłon. Na peronie przybyłych natychmiast wita inny pracownik, wskazując im drogę do stacji, choć praktycznie nie ma możliwości przejścia w inne miejsce niż w otwarte drzwi budynku. Następnie pojazd przemieszcza się na miejsce parkingowe, gdzie kierowca starannie wyciera szmatką karoserię i - kiedy autobus jest już nieskazitelnie czysty - podjeżdża na przystanek po oczekujących na następny rejs. Nie mogę się nadziwić, jak kierowcom udaje się bez szwanku trzykrotnie zmienić miejsce na maleńkim parkingu, za każdym razem co do milimetra parkując w wyznaczonych pasami miejscach.
Ponieważ w autobusie jest Internet, rzucamy się na nasze laptopy, ale tylko na chwilę. Widoki za oknem zapierają dech w piersiach. Wspaniały, ciągnący się wzdłuż drogi kanion zmusza do wyłączenia komputerów. Do pracy wracamy dopiero po wjeździe na autostradę. Niestety po dotarciu na miejsce coraz bardziej psuje się pogoda, a nisko kłębiące się chmury całkowicie zakrywają świętą górę. To jakieś fatum. Kiedy trzynaście lat temu przyjechaliśmy specjalnie z Tokio w tę okolicę, także nie udało się nam jej zobaczyć. Tylko dzięki licznym zdjęciom i obrazom wiszącym na ścianach hotelu możemy sobie wyobrazić piękno Fuji. W oczekiwaniu na Kocią Rodzinkę chodzimy po miasteczku. Przeważają szkaradne, pudełkowate domki bez żadnego wyrazu, ale górskie pasma i leżące u ich podnóża rozległe jezioro urzekają urodą.
W hotelu mamy dwa pokoje – jeden „zachodni”, drugi - ”japoński”, z typowym wystrojem, matami tatami i położonymi na nim futonami do spania. My oczywiście wybieramy ten drugi. Po południu rozłączamy się. Jacek z Chłopcami wędrują do miejscowej jaskini, a reszta grupy jedzie do muzeum kimona. To prawdziwe cacko. Drewniany, zawieszony pod skałą w przecudnym tarasowym parku dom, bardziej przypominający świątynię niż muzeum. Wspinamy się do góry i zamieramy z wrażenia. W okrągłej, obszernej sali wiszą – przypominające wspaniałe obrazy - kimona. Ich twórcą jest Itchiku Kubota, który zasłynął ze stosowania historycznej techniki przygotowywania kimonowego jedwabiu. Niebywała precyzja i maestria. Efekt – niezwykły. Podpisy pod kimonami wyjaśniają, jak precyzyjnie należało barwic i łączyć ze sobą poszczególne części tkaniny, zapamiętując skomplikowane wzory. Jakakolwiek pomyłka była źródłem wstydu dla twórcy. To bardzo japońskie. U nas pewnie byłby to powód do złości albo zmartwienia. Cóż, to jedna z wielu różnic pomiędzy japońską i zachodnią kulturą.
Zastanawiam się nad moim obrazem Japończyków. W czasie tej kilkudniowej wycieczki po prowincji stale odczuwałam ich życzliwość. Jeśli nasze spojrzenia się krzyżują, zawsze reagują uśmiechem, starają się być pomocni, choć ogromna większość z nich nie rozumie ani słowa po angielsku. Nawet jeśli zdarzy się osoba mówiąca po angielsku i pytamy ją na przykład o drogę, to odnosimy wrażenie, że nie zna okolicy, w której mieszka. Powtarza się to tak często, że można uwierzyć w japońską nieznajomość własnych regionów, choć pewnie przyczyną może być nieśmiałość. To, co poza dużymi miastami jeszcze bardziej uderza, to japońska uprzejmość – dziękowanie za wszystko, witanie się i żegnanie z każdym, na przykład wchodzącym do windy lub wychodzącym z onsenu. To bardzo odpowiada mojej potrzebie, na przykład podziękowania za wspólną podróż w windzie. W Polsce wielokrotnie moje skinięcie głową lub pożegnalny uśmiech spotykają się z posępnym milczeniem lub odwróceniem głowy. Ta wszechobecna uprzejmość daje w Japonii chwilowe poczucie wspólnoty.
Podobno Japończycy potrafią być bardzo stanowczy, wręcz bezwzględni wobec tych, którzy nie przestrzegają zasad. My nie doświadczyliśmy żadnych negatywnych reakcji, pewnie dlatego, że staraliśmy się podporządkowywać wszystkim regułom. Nawet takim, które nas zadziwiają. Na przykład znalezienie kosza na śmieci graniczy z cudem. Trudno to zrozumieć, gdyż Japończycy to naród, zachowujący ogromną czystość - zarówno osobistą, jak i w miejscach publicznych. Najwyraźniej jednak hołdują zasadzie „twoje śmieci, twój problem”. Nawet w toaletach spotykaliśmy napisy, że pozostawienie śmieci jest zakazane i podlega karze. Jakież było szczęście Jacka na widok ustawionego przy wyjściu ze sklepu sporego kosza z wkładką z plastikowej torby. Już próbował wrzucić tam wszystkie noszone w plecaku zbędne pozostałości, kiedy zorientował się, że jest to kosz na parasole.
Przetrwaliśmy japońskie lato!
Nikt o zdrowych zmysłach nie decyduje się na lato w Tokio – słyszeliśmy na długo przed naszym przyjazdem do Japonii. Znakomita większość naszych zagranicznych znajomych na dwa wakacyjne miesiące wraca do Europy. Sami tokijczycy wytchnienia szukają w chłodniejszych górskich rejonach albo na północnej wyspie Hokkaido, choć mało kto pozwala sobie na urlop dłuższy niż tydzień. My w tym roku zostajemy w Tokio, w oczekiwaniu zapowiadanej na początek sierpnia córeczki. Do Polski wysyłamy jedynie Ignasia, który na skypie torturuje nas opowieściami o twarogu i porzeczkach.
Nikt o zdrowych zmysłach nie decyduje się na lato w Tokio – słyszeliśmy na długo przed naszym przyjazdem do Japonii. Znakomita większość naszych zagranicznych znajomych na dwa wakacyjne miesiące wraca do Europy. Sami tokijczycy wytchnienia szukają w chłodniejszych górskich rejonach albo na północnej wyspie Hokkaido, choć mało kto pozwala sobie na urlop dłuższy niż tydzień. My w tym roku zostajemy w Tokio, w oczekiwaniu zapowiadanej na początek sierpnia córeczki. Do Polski wysyłamy jedynie Ignasia, który na skypie torturuje nas opowieściami o twarogu i porzeczkach.
Po japońskim lecie spodziewamy się najgorszego, a udaje nam się odkryć nieco inne, bardziej „dzikie” oblicze tego kraju.
Dopiero latem okazuje się, że Japonia to jednak Azja. Aseptyczne Tokio nagle pokazuje swoją mniej ulizaną naturę. W połowie lipca całkiem przyjemna i klimatyczna mżawka charakterystyczna dla pory deszczowej ustępuje miejsca prawdziwej łaźni parowej. Wystarczy uchylić drzwi klimatyzowanego wnętrza, a zderza się człowiek ze ścianą obezwładniającego gorąca i wilgoci – coś jakby zarzucić sobie na głowę mokrą, parzącą kołdrę. Na nic kilkakrotne w ciągu dnia prysznice, na nic parasolki przeciwsłoneczne, na nic ręczniczki do ocierania twarzy, bez których żaden Japończyk nie ruszy się latem z domu. Gorąc jest do tego stopnia nieznośny, że Japończycy mają nawet specjalne określenie na będące jego skutkiem „letnie zmęczenie” (natsubate).
Do tego dochodzi dzika letnia fauna. Nawet w centrum miasta bezlitośnie tną komary, po chodnikach i tarasach spacerują karaluchy wielkości pudełka od zapałek, a w przydomowym parku grasują całkiem pokaźne (choć podobno niejadowite) węże. Nic jednak nie przebije wrzasku cykad, które właśnie latem - po wielu (czasem aż 17!) latach pod ziemią w postaci larwalnej – budzą się do zaledwie kilkutygodniowego, dorosłego życia. Japońskie cykady to prawdziwe giganty (według chłopców, przypominają Kylo Rena z „Gwiezdnych Wojen”), a zarazem najgłośniejsze owady świata. Ich ogłuszający śpiew godowy przekracza podobno 100 decybeli, co odpowiada dźwiękowi młota pneumatycznego (oraz trelom naszej domowej krzykaczki).
Podobnie jak przyroda, również sami Japończycy zdają się latem bardziej żywiołowi. Po pracy zgrzebne biurowe uniformy zastępują kolorowymi yukatami (letnia wersja kimoną) i drewnianymi sandałami getta i ruszają na jedną z niezliczonych letnich imprez.
To właśnie latem (a nie z okazji Nowego Roku) organizowane są gigantyczne pokazy sztucznych ogni, zwanych hanabi. Hanabi to po japońsku „ogniste kwiaty” i faktycznie większość z nich ma kulisty kształt przywodzący na myśl pąki kwiatów.
W każdej dzielnicy odbywają się też większe lub mniejsze festyny, zwane matsuri. Każda okazja do świętowania jest dobra – a to ku czci lokalnego bóstwa, a to w modlitwie o dobre plony, a to dla uczczenia duchów przodków. Choć matsuri często mają genezę religijną, większość jest po prostu okazją do dobrej – czasem wręcz szalonej - zabawy.
I tak chramy organizują barwne procesje, w trakcie których figury lokalnych bóstw obnoszone są przez mieszkańców dzielnicy w przenośnych ołtarzach mikoshi. Czyli coś na kształt naszego Bożego Ciała, z tym że ciężkie mikoshi podrzucane są rytmicznie w górę i w dół, czasem z dodatkowym obciążeniem w postaci tancerzy, a wszystko odbywa się przy akompaniamencie transowej muzyki i gromkich okrzyków tłumu.
Z kolei w trakcie święta Obon (japońskiego odpowiednika Wszystkich Świętych) bardzo popularne są żywiołowe tańce odori. Zgodnie z japońskimi wierzeniami, to czas, kiedy dusze zmarłych wracają na ziemię, a zbiorowe pląsy pomagają w ich godnym przyjęciu. Nas najbardziej ujmuje inkluzywny charakter tych imprez. Tańczą wszyscy – od maluchów po seniorów, od debiutantów w jeansach i trampkach po zaprawionych tancerzy w pięknych tradycyjnych strojach.
Nieodzownym elementem letnich imprez są uliczne stoiska z jedzeniem. Mimo upału, festiwalowe rarytasy to przede wszystkim smażenina (yaki): szaszłyki z kurczaka (yaki-tori), smażony makaron z dodatkami (yaki-soba), klopsy z ośmiornicy (tako-yaki), grube naleśniki z kapustą (okonomi-yaki) czy ukochane przez Jaśka grillowane kalmary (ika-yaki). Na deser – obowiązkowo kakigori, czyli kopiec kruszonego lodu polany przeraźliwie słodkim syropem owocowym.
Są też atrakcje dla dzieci (np. łowienie rybek w misce), występy bębniarzy i niezliczone kramy z lokalną cepelią.
Słowem, nie tylko przeżyliśmy japońskie lato, ale będzie to jedno z naszych milszych wspomnień z Japonii!
Ciąża po japońsku
Gdy zakładaliśmy bloga „We czworo przez świat” nie przypuszczaliśmy, że dwa lata później nasza rodzina po raz kolejny się powiększy. Jako że z małą Milą jest nas pięcioro, myślimy nad nową nazwą bloga :)
A jak wygląda ciąża po japońsku?
Gdy zakładaliśmy bloga „We czworo przez świat” nie przypuszczaliśmy, że dwa lata później nasza rodzina po raz kolejny się powiększy. Jako że z małą Milą jest nas pięcioro, myślimy nad nową nazwą bloga :)
A jak wygląda ciąża po japońsku?
Pierwsza wizyta u ginekologa zaskakuje bezpośredniością. Żadnych tam gratulacji czy zachwytów nad słodziutkim zarodkiem. Zamiast tego pani ginekolog bez ogródek pyta, czy ojcem dziecka jest mój mąż oraz czy życzę sobie ciążę przerwać, czy też utrzymać (w Japonii aborcja jest legalna ze „względów społeczno-ekonomicznych”, a więc w praktyce na życzenie, choć w przypadku mężatek niezbędna jest zgoda męża). W czasie następnej wizyty - kolejna niespodzianka. Okazuje się, że genetyczne badania prenatalne - w Europie przeprowadzane rutynowo - w Japonii nadal są rzadkością i kosztują fortunę. Dla spokoju ducha przesyłam próbki krwi do badania w belgijskim laboratorium (niech żyje globalizacja!).
Kolejne comiesięczne kontrole nie różnią się znacząco od tych w Polsce czy Belgii. Dużo większy nacisk kładzie się jednak na kontrolę wagi przyszłej mamy. Znajome Japonki z dumą opowiadają, jak to po wyjściu ze szpitala ważyły mniej niż przed ciążą. Podobno japońscy lekarze „zezwalają” na przybranie średnio jedynie 6-8 kg w czasie całej ciąży, co skutkuje znacznie wyższym niż w Europie odsetkiem noworodków o niskiej wadze urodzeniowej. Na szczęście oczekiwania wobec gaijinek są mniej wyśrubowane, choć i mój kształcony w USA lekarz pół żartem, pół serio napomyka, że jeśli nie zapanuję nad przyrostem wagi, będziemy musieli zakończyć współpracę.
Co ciekawe, mimo że nawet dziewięciomiesięczna ciąża jest u Japonek ledwo widoczna, większość proponowanych w sklepach ubrań ciążowych to bezkształtne suknie namioty w rozmiarze XXL. Mój okazały brzuch budzi spore zainteresowanie, graniczące z konsternacją („cóż ta słonica robi na rowerze!”). Nie gwarantuje jednak wolnego miejsca w środkach komunikacji miejskiej. Mimo że podpadam pod dwie uprawnione kategorie (ciężarna i podróżująca z małym dzieckiem) i dysponuję sygnalizującym ciążę różowym breloczkiem, miejsca sporadycznie ustępują mi starsze panie, podczas gdy młode byczki nieporuszone wpatrują się w ekrany swoich komórek.
Pozytywnym zaskoczeniem jest natomiast całkowita wolność żywieniowa. Sprawdzam z trzema niezależnymi lekarzami i każdy potwierdza, że – z wyjątkiem tytoniu i alkoholu – jeść mogę, co mi się żywnie podoba. Sushi – proszę bardzo, oby tylko było świeże. Sałatka na mieście – jak najbardziej, japońskie warzywa są ponoć wolne od toksoplazmozy, mam się tylko nie spoufalać z kotami. Dojrzewające sery – nie ma problemu, sprzedawane w Japonii pochodzą z pasteryzowanego mleka. To miła odmiana po Europie, gdzie przez sam fakt bycia w ciąży przyszła matka czuje się jak potencjalna zabójczyni.
Przyznaję, że najbardziej obawiałam się porodu à la japonaise. Nasłuchawszy się opowieści o dzielnych Japonkach rodzących w bólu i ciszy, z przerażeniem zastanawiam się, czy sprostam wyzwaniu. Znieczulenie - postrzegane w Japonii jako szkodliwa dla dziecka fanaberia i osobista porażka dla matki - dostępne jest jedynie w nielicznych prywatnych szpitalach, a i wówczas przeważnie tylko w godzinach pracy lekarza. Na wszelki wypadek płacimy krocie za jednego z dwóch lekarzy w mieście gwarantujących epidural „na życzenie”, bo „co jeśli poród będzie trwał półtorej doby”. Ostatecznie nasza córeczka rodzi się zaledwie 3,5 godziny po pierwszym skurczu, a całe doświadczenie jest nader budujące. Wszystko odbywa się dużo bardziej naturalnie niż w Belgii. Bez wchodzenia w technikalia, 2 dni po porodzie czuję się lepiej niż 2 tygodnie po wydaniu na świat Ignasia i Jaśka. Jedyny bemol to fakt, że zaraz po narodzinach porywają Milę na badania i nie widzimy jej aż do kolejnego karmienia.
Tak jak poród pozytywnie nas zaskakuje, tak pobyt w szpitalu po raz kolejny (tu wrażenia z naszej pierwszej hospitalizacji) okazuje się męczarnią. Pokój jest wprawdzie luksusowy, a pielęgniarki przemiłe, ale nie do zniesienia jest nieustanny korowód personelu – a to żeby w środku nocy wręczyć mi broszurę o karmieniu piersią, a to opróżnić kosz na śmieci, a to po podpis na entym już dokumencie. W nocy nie ma mowy o spaniu, bo – zgodnie z japońskimi wytycznymi – noworodka należy karmić co najmniej co 3 godziny. Gdy zaś dziecka nie udaje się obudzić, świeżo upieczonej mamie na pobudzenie laktacji aplikuje się masaż piersi (brrr!).
Japonki pozostają w szpitalu średnio przez pięć dni (a kolejny miesiąc tradycyjnie spędzają w rodzinnym domu, gdzie noworodkiem zajmuje się babcia). Jako że w ocenie lekarzy obie z Milą jesteśmy genki (w formie), udaje nam się czmychnąć już po 36 godzinach. W domu stanowczo najlepiej!