Atrakcje turystyczne, Japonia, Kuchnia, Okinawa Anna Jassem Atrakcje turystyczne, Japonia, Kuchnia, Okinawa Anna Jassem

Kasza w ofuro, czyli mini-wakacje na japońskich Hawajach

Trzy godziny lotu i z zimy przenosimy się nagle do 25 stopni. Z miejskiej dżungli Tokio na zupełne odludzie. Lądujemy na wysepce Ishigaki, na samym południu Japonii. Jesteśmy 2000 km od Tokio i zaledwie 300 km od Tajwanu, a kulturowo gdzieś pomiędzy Japonią a Chinami. Ishigaki jest częścią – rozciągającego się na długości 1300 km –  archipelagu Ryukyu, który do końca XIX wieku stanowił odrębne Królestwo Ryukyu, korzystające z protektoratu Chin.

IMG_20180226_173758.jpg

Trzy godziny lotu i z zimy przenosimy się nagle do 25 stopni. Z miejskiej dżungli Tokio na zupełne odludzie. Lądujemy na wysepce Ishigaki, na samym południu Japonii. Jesteśmy 2000 km od Tokio i zaledwie 300 km od Tajwanu, a kulturowo gdzieś pomiędzy Japonią a Chinami. Ishigaki jest częścią – rozciągającego się na długości 1300 km –  archipelagu Ryukyu, który do końca XIX wieku stanowił odrębne Królestwo Ryukyu, korzystające z protektoratu Chin.

Po wyjściu z samolotu uderza nas lekko wilgotne, podzwrotnikowe powietrze. Tubylcy ogorzali, uśmiechnięci i – na oko – zdecydowanie bardziej wyluzowani od „właściwych Japończyków”. Nikt się nie kłania ani nie przeprasza. W drodze do pensjonatu z niedowierzaniem przypatrujemy się pocztówkowym krajobrazom. Soczysta zieleń palm przeplata się z idealną bielą plaż i turkusem oceanu. Nie na darmo Wyspy Ryukyu nazywa się japońskimi Hawajami.

40743398021_5492c38cbb_o.jpg
38933175500_06df676096_o-1.jpg

A co najcudowniejsze, raj ten mamy niemal do własnej dyspozycji. „A co was ciągnie na takie odludzie? – wypytuje zdumiony kierowca w drodze na lotnisko w Tokio – będziecie nurkować?”. Wśród naszych japońskich znajomych najbardziej popularną „tropikalną” destynacją zdają się być Hawaje, a jeśli już ktoś zapuszcza się na wyspy Ryukyu, to zazwyczaj wybiera największą wyspę archipelagu - Okinawę. W naszym pensjonacie jesteśmy więc jedynymi gośćmi, a na przyległej plaży – oprócz (martwego zresztą) żółwia oraz oprawiającego swoją kolację lokalnego rybaka – nie spotykamy żywej duszy.

40700759752_9a768ca709_o.jpg
40743379971_4a10d482d2_o.jpg

Ruszamy na rekonesans po okolicy. Ludzi i sklepów brak. Zabudowania szare i brzydkie. Chodniki zarośnięte mchem. Trafiamy za to na motyle wielkości wróbli, liście o średnicy metra oraz całą armię strzegących domostw pół-lwów-pół-psów. Te przybyłe z Chin stwory - zwane shīsā – często ustawia się parami. Osobnik z otwartą paszczą ma ponoć odganiać złe moce, a z zamkniętą – zatrzymywać dobre.

thumb_40033330594_0bcbfc23f7_o-683x1024_1024.jpg

Na szczęście okazuje się, że kolację możemy zjeść w pensjonacie (Gorzej będzie ze śniadaniem, którego – dla nas zbyt wczesna - godzina nie podlega negocjacji, mimo że jesteśmy jedynymi gośćmi). Tutejsza kuchnia uważana jest za najzdrowszą na świecie (a mieszkańcy za najbardziej długowiecznych). Na lokalny przysmak chińskiej proweniencji, czyli smażone świńskie uszy, nie starcza nam odwagi. Próbujemy za to „morskich winogron” czyli przypominających zielony kawior glonów, „gorzkiego melona” goya o wyglądzie pomarszczonego ogórka, lokalnego makaronu soba (w rzeczywistości bliższego udonowi), „tofu” z orzeszków ziemnych oraz wyjątkowo pysznej tempury z tutejszych wodorostów mozuku.

Dzień kończymy zbiorową kąpielą w ofuro, jednym z naszych ukochanych japońskich wynalazków. Główna przewaga ofuro nad zachodnią łazienką wynika z faktu, że całe pomieszczenie jest wyłożone kafelkami i zaopatrzone w odpływ. Ku uciesze naszych dzieci, można więc pluskać do woli, bez obawy o zachlapanie podłogi. Przewaga druga – przed wejściem do wanny ciało dokładnie szorujemy i spłukujemy pod prysznicem, siedząc sobie wygodnie na niskim stołeczku (baterie prysznicowe zamontowane są na wysokości pasa). Wanna właściwa jest głębsza niż zachodnia i służy wyłącznie do relaksu, a nie do mycia. Co to za pomysł, żeby moczyć się w brudnych mydlinach! I w końcu, jako że woda w ofuro jest czysta, może z niej skorzystać cała rodzina. W japońskich domach zazwyczaj pierwszy kąpie się mąż, następnie dzieci i ewentualni dziadkowie, a na końcu żona. Na szczęście nasza wanna jest na tyle duża, że wskakujemy do niej wszyscy razem. To chyba pierwszy moment w ciągu dnia, kiedy możemy po prostu pobyć ze sobą, bez komórek, zabawek i innych rozpraszaczy uwagi. Po powrocie do Brukseli przerabiamy naszą łazienkę na ofuro!

Gdy wracamy do pokoju, na matach tatami rozłożone są już futony (czyli cienkie materace, w ciągu dnia chowane do szafy) i cudownie twarde japońskie poduszki, wypełnione ziarnami fasoli. Niepokoi nas tylko tabliczka informująca, że pokój możemy dzielić z mrówkami (zwłaszcza jeśli zostawimy resztki jedzenia) i polującymi na nie jaszczurkami. Żeby nie zwabić nieproszonych gości, wieczorną kaszkę podaliśmy Mili jeszcze w ofuro.

40700761432_098ba6cd85_o.jpg

Kolejnego dnia objeżdżamy naszą wysepkę wzdłuż i wszerz. Na widok mieniącej się tysiącem odcieni błękitu Zatoki Kabira, nawet – zwykle dość oszczędny w zachwytach – Ignaś wydaje z siebie okrzyk niedowierzania. Dużą atrakcją dla obu chłopców jest też rejs łódką ze szklanym dnem, przez które widać imponujące korale, ryby i całą masę groźnie wyglądających stworów, skutecznie zniechęcających do morskich kąpieli. Według hotelowej broszury, oprócz rekinów zabić mogą też jadowite meduzy, węże morskie, a nawet zupełnie niewinnie wyglądające ślimaczki, po których ukąszeniu na przyjęcie odtrutki pozostaje zaledwie pół godziny.

40743400131_2257f4592e_o.jpg
40743342631_0e4e8e8cc9_o-1.jpg

Równie nieokiełznana jak fauna jest tutejsza flora: gigantyczne paprocie, ogromne (endemiczne dla tego regionu) palmy o cętkowanych pniach, wyrastające z morskiej wody drzewa mangrowe, stanowiące podobno świetną tamę dla fal tsunami. Chłopcy z zafascynowaniem odkrywają, jak rosną banany.

40700778872_637a54e91d_o.jpg
38933097360_926599668d_o.jpg
40743341141_01d8fc507d_o.jpg

Z pięknem natury boleśnie kontrastuje brzydota wytworów ludzkich. Smętne, zapuszczone budynki, zapyziałe sklepiki à la PGR. Czujemy, że jesteśmy w najbiedniejszym regionie Japonii. Ishigaki – jedyne miasto na wyspie, do którego docieramy trzeciego dnia – to betonowy potworek. Zahaczamy o uliczkę z pamiątkami (większość - o ironio - „made in China”) i zmykamy do nieodległego parku Banna, gdzie niespodziewanie odkrywamy ogromny (i zupełnie pusty!) plac zabaw.

26872322258_c6e2b011a9_o.jpg
26872329058_ae4c382ba2_o.jpg

Odwiedzamy też (rekonstrukcję) tradycyjnej wioski ryukyuańskiej, gdzie trafiamy m.in. na lokalne tańce i śpiewy przy akompaniamencie trzystrunowej gitarki obitej w skórę węża. Jak się dowiadujemy, instrument ten, zwany sanshinem, przywędrował na wyspy Ryukyu z Chin, dając następnie początek japońskiemu shamisenowi (dla odmiany pokrytemu skórą kota). Chłopcy najbardziej zadowoleni z bliskiego spotkania z ciekawskimi małpkami, które próbują wedrzeć się Wiktorowi do kieszeni.

26872299598_463e6c03a1_o.jpg
40033367044_0e6e3fe5c3_o.jpg

Po powrocie do hotelu w łazience znajdujemy szorstką gąbkę podpisaną おふろ (ofuro). O… o… czyżbyśmy niedostatecznie dokładnie szorowali się pod prysznicem? A może wydały się nasze wieczorne kombinacje z kaszą? Na szczęście okazuje się, że gąbkę (do mycia ofuro, nie ciała) porzucono w naszej łazience przez przypadek.

Highlightem naszych mini-wakacji na Ishigaki miała być wycieczka na porośniętą dżunglą wyspę Iriomote. Przedostatniego dnia zrywamy się więc – z dużą pomocą Mili - skoro świt. Wieje jednak silny wiatr i trochę niepokoi nas wizja spędzenia ponad godziny na otwartym morzu lub – co gorsza – ugrzęźnięcia w dżungli, gdyby rejs powrotny został odwołany. Decydujemy się więc na dużo krótszą, bo zaledwie 15-miutową, przeprawę na maleńką wysepkę Taketomi, uważaną za żywy skansen kultury ryukuyańskiej. Czas faktycznie jakby zatrzymał się co najmniej kilkadziesiąt lat temu. Cała wyspa to zaledwie jedna wioska, licząca około 320 mieszkańców. Uliczki są z białego piasku - podobno, żeby łatwiej dostrzec jadowite żmije. Domy, drewniane, parterowe, otoczone murkami z misternie ułożonych kamieni. Na każdym kroku szczerzą zęby shīsā. Żadnych bankomatów, kombini czy samochodów. Głównym środkiem transportu są rowery i zapełnione turystami bawole wozy. W jedynym, miniaturowym sklepie spożywczym leciwa właścicielka sprzedaje własnej roboty lody na patyku.

38933159600_4a0fc50419_o.jpg
25872693047_5f6b0c59b2_o.jpg
38933169320_0ee0907ec1_o.jpg
25872689537_baeb5252a7_o.jpg
39848585905_04fe6f1022_o.jpg

Zamiast trekkingu po dżungli przechadzamy się niespiesznie wąskimi uliczkami, przyjmujemy pyszny lunch i zalegamy na plaży. Tu nasza uwagę zwracają przeczesujący piasek turyści. Dopiero po fakcie doczytujemy, że to, co wygląda jak „ziarenka piasku” to w istocie pancerzyki maleńkich otwornic w kształcie gwiazdek.

2085f_Japon_Hatoma.jpg
25872685857_b8663f5f9a_o.jpg

Duże wrażenie robią też na nas ogromne grobowce w kształcie skorupy żółwia – kolejny import z Chin. Do dziś Wyspy Ryukyu szczycą się własnymi wierzeniami, bliskimi animizmowi i szamanizmowi. Inaczej niż w pozostałych częściach Japonii, święte miejsca są niedostępne dla turystów, a najważniejsze funkcje „kapłańskie” pełnią kobiety.

Ot, sielski dzień, bez większych wydarzeń. Tylko Wiktor rozgląda się cały czas nerwowo i naciska na wcześniejszy powrót do Ishigaki. Jak się później okaże, stresuje go brak jakiegokolwiek wzniesienia na wyspie. Przy kolacji śmiejemy się z tego jego niemal obsesyjnego strachu przed żywiołami. Ja przy okazji relacjonuję mu właśnie przeczytaną książkę o wielkim tsunami z 2011 roku. Jakbyśmy sprowokowali los, bo dosłownie 2 godziny później – akurat w momencie, gdy już wszyscy ułożyliśmy  się do snu – z futonów wyrzuca nas seria pionowych wstrząsów. Roztrzęsionych chłopców uspokajamy kłamstewkiem, że to tylko taki trening zorganizowany przez hotel, a sami z nie mniejszym przerażeniem debatujemy, czy powinniśmy ewakuować się gdzieś wyżej (nasz pokój jest na parterze, dosłownie 20 metrów od plaży). Niby nie ma zagrożenia tsunami, ale śpi nam się średnio, a rano z mniejszym niż zwykle żalem wracamy do Tokio.

Read More
Atrakcje turystyczne, Izu, Japonia, Kultura, podroze Anna Jassem Atrakcje turystyczne, Izu, Japonia, Kultura, podroze Anna Jassem

Uciekając przed tajfunami, czyli wypad na półwysep Izu

Dopiero co były wakacje, a tu chłopaki znowu mają 2 tygodnie wolnego (tak, tak - ku naszej rozpaczy, w szkole francuskiej jest więcej dni wolnych niż szkolnych). Żeby się nie pozabijać w domu, postanawiamy spędzić tydzień na malowniczym półwyspie Izu, jakieś 100 km na południe od Tokio. 

38006196531_ea4386ba68_o-e1509289301448.jpg

Dopiero co były wakacje, a tu chłopaki znowu mają 2 tygodnie wolnego (tak, tak - ku naszej rozpaczy, w szkole francuskiej jest więcej dni wolnych niż szkolnych). Żeby się nie pozabijać w domu, postanawiamy spędzić tydzień na malowniczym półwyspie Izu, jakieś 100 km na południe od Tokio. Wyruszamy z jednodniowym opóźnieniem, czekając aż nad Tokio przewali się tajfun. Sceneria zapiera dech w piersiach: wijąca się nad samym oceanem autostrada, schodzące do wody wzgórza, śmigający na falach surferzy. Nie na darmo Izu przyrównuje się do włoskiego wybrzeża Amalfi.

37952527956_09c336636c_o.jpg

Sielanka nie trwa jednak długo. Uroczy domeczek w okolicach Atami - dla niepoznaki nazwany „Beach House” - okazuje się w istocie domkiem dróżnika. Co 10 minut całym lokum rzuca jak przy porządnym trzęsieniu ziemi. Chłopaki zachwycone, my trochę mniej, zwłaszcza że po raz pierwszy od wielu lat zarezerwowaliśmy aż 6 nocy w jednym miejscu.

Braki lokalowe postanawiamy nadrobić pyszną kolacją. Z okien samochodu miasteczko jawiło nam się co najmniej jako japoński Neapol. Przy bliższej inspekcji okazuje się jednak, że jedyne lokalne atrakcje to stacje benzynowe i fastfoody. Chłopaki decydują się na lokalną hamburgerownię, ale – jak to ujmuje Jasiek – „nawet hocek [soczek] jest hydny [ohydny]”. Jak niepyszni ruszamy w drogę powrotną – 2 kilometry nieoświetloną, miejscami niemal pionową drogą. Przezorna Mila włącza syrenę, żebyśmy nie umknęli uwadze mijających nas samochodów. W Tokio nie mamy telewizji, więc resztę wieczoru z zafascynowaniem oglądamy japońskie teleturnieje, poziomem idiotyzmu dorównujące chyba tylko telewizji włoskiej. Po ostatnim pociągu o 23:30 udajemy się do łóżek, ale już punkt 5:00 następuje brutalna pobudka i tym razem wyjątkowo nie jest to nasza „akaczanka” (jak nazywamy pannę Milę, zainspirowani japońskim określeniem niemowlaka - akachan: aka = czerwone, chan – słodziactwo).

Na dworze szaruga i ziąb, ale „nie ma zmiłuj”. Obiecaliśmy chłopakom rejs po jeziorze w nieodległym Hakone – górskim kurorcie, popularnym ze względu na gorące źródła i idealny widok na gorę Fuji (jeszcze się nie załapaliśmy). Bez entuzjazmu ładujemy się na statek, a tu niebo znienacka się przeciera i naszym oczom ukazuje się majestatyczny Fuji-san. Niespodzianka to tym milsza, że przy poprzednich podejściach do świętej góry zawsze trafialiśmy na gęstą mgłę.

37297223284_6e8dc166eb_o.jpg
37257359344_97bc15e9e7_o.jpg

Zimno okropnie, ale nie obejdzie się bez selfie przed słynną „pływającą” bramą torii na brzegu jeziora Ashi. Na zdjęciach „unosząca” się na wodzie brama urzeka niezwykłym spokojem. W rzeczywistości po fotkę trzeba odstać swoje w długiej, wielojęzycznej kolejce. Pniemy się jeszcze do – położonego na wzgórzu - głównego budynku świątyni. Spowite we mgle ogromne cedry nadają miejscu tajemniczości i magii.

26229892789_8e772bda20_o.jpg

Do domku dróżnika nie uśmiecha nam się wracać. W pobliżu Ito – trochę dalej na południe – udaje nam się znaleźć bardzo okazyjny ryokan z onsenem. Problemem okazuje się tylko dostanie się na miejsce. Stroma, nieoświetlona serpentyna w środku lasu, która zaproponował nam nasz pomysłowy GPS, wydaje się zbyt wąska nawet dla jednego samochodu. A tu co chwila trafiamy na pomykające w przeciwnym kierunku furgonetki. Jakimś cudem docieramy jednak na miejsce w nienaruszonym stanie. Dzień kończymy w onsenie i jest cudnie.

26229975639_7ae6c3441f_o.jpg

Budzi nas ulewny deszcz. Niestety miejscowe muzeum sztuki współczesnej – bardzo zachwalane przez przewodniki – akurat w środy nieczynne. Postanawiamy więc wrócić do Atami, którego muzeum sztuki azjatyckiej podobno również warte grzechu. Pniemy się, zdaje się, pionową drogą na sam szczyt królującego nad Atami wzgórza. Kilka razy mamy wrażenie, że samochód fiknie koziołka do tylu. Niestety, gdy w końcu docieramy do celu, na bramie wejściowej trafiamy na informację, że akurat tego dnia odbywa się zmiana wystawy. Hmmm – żeby nie ująć tego dosadniej – 2 godziny w samochodzie na nic... Na osłodę trafia nam się klimatyczna świątynka shinto z drugim najstarszym w Japonii - liczącym ponad 2 tysiące lat – drzewem kamforowym. Kolos ma aż 23 metry średnicy i w dodatku spełnia życzenia.

Highlightem dnia okazuje się jednak – zauważona zupełnie przypadkiem – kafejka Kinowa. Wesołe, jasne wnętrze z kącikiem dla dzieci i mini-onsenem, przesympatyczna rodzina właścicieli, a przede wszystkim najwspanialsze dania z warzyw, jakich zdarzyło nam się doświadczyć w Japonii.

38006068831_de12f2e55c_o.jpg

Kolejnego dnia w końcu wychodzi wspaniałe słońce. Chcemy więc wyruszyć trochę wcześniej niż zwykle. Jednak Ignasia – który na ogół jest w naszej rodzinie największym skowronkiem - nie da się wyciągnąć z łóżka. W trakcie śniadania pokłada się nieżywy na kanapie, a przez resztę dnia marudzi jak przymuszony do wakacji z rodzicami nastolatek. Nic mu się nie podoba. Ani Kawazu Nanadaru – piękny leśny szlak, pełen atrakcji dla małych piechurów - wspaniałych wodospadów,  wiszących mostów, stromych schodów („Łee, 30 metrów to wcale nie tak dużo jak na wodospad”). Ani zapierające dech wybrzeże Jogasaki z ogromnymi falami rozbijającymi się o przybrzeżne skały („A czemu nie można się kapać?”).

37952578516_7c68f91ae4_o.jpg
38006140651_a3a24f0c92_o.jpg

Za to Jasiek maszeruje jak najdzielniejszy chodziarz. Bez jednego mruknięcia pokonuje obie kilkukilometrowe trasy. Również panna Mila spisuje się wzorowo, drzemiąc smacznie w nosidle. Już jakiś czas temu zauważyliśmy ciekawą prawidłowość – gdy jedno z naszych dzieci ma gorszy dzień, pozostałe zachowują się bardziej litościwie, chyba podświadomie czując, ze nie mogą nas całkowicie wykończyć. Kiedy po powrocie do hotelu Ignaś odmawia wizyty w onsenie, zastanawiamy się, czy nie jechać z nim do szpitala. Dopiero gdy rzuca się do ładowania tableta, który poprzedniego wieczora miał jeszcze 50% baterii, odkrywamy że pół nocy spędził wpatrzony w ekran.

37297328964_7c5d12bb5d_o-1.jpg

Rekwirujemy nieszczęsny tablet (odtąd będzie udostępniany jedynie na długie przejazdy samochodowe) i rano odzyskujemy naszego normalnego, radosnego synka. Wyciągiem krzesełkowym wciągamy się na górę Ōmuro – wygasły wulkan w kształcie odwróconej miseczki ryżu. Widok ze szczytu zapiera dech. Pod stopami intensywnie zielony 300-metrowy krater. W tle skrzący się w słońcu ocean i majestatyczne góry, w tym oprószony pierwszym w tym roku śniegiem Fuji-san. Spróbujemy wrócić tu w lutym, gdy obywa się ceremonia yamanaki – podpalenia góry.

37975725332_4d10fbbe53_o.jpg
24154507618_139f9ec6ff_o.jpg

Po południu ponownie próbujemy sił w muzeum w Atami. Tym razem mamy więcej szczęścia. Od samej kolekcji (głownie utensylia do ceremonii herbacianej) większe wrażenie robi na nas architektura muzeum, łącząca minimalizm z elementami iście futurystycznymi. Całość zaliczamy w tempie ekspresowym, bo tym razem opcję mędzenia włączył Jasiek.

37913640036_08619d1d3c_o.jpg

Niestety na weekend znowu zapowiadają tajfun, więc – po kolejnej wizycie w café Kinowa - ruszamy do Tokio.

Wypad krótszy niż planowaliśmy i nie bez drobnych wpadek, ale i tak było super!

Read More

Rodzinne spotkanie w japońskich Alpach

Po dwóch dniach spędzonych z Jasinkiem w Kanazawie spotykamy resztę Kociej Rodzinki. Wspólnie kontynuujemy podróż po górzystym regionie Hida.

Pierwszy punkt na naszej trasie to Takayama. Jeszcze w oczekiwaniu na przyjazd reszty rodziny odwiedzamy uroczą przytulną kafejkę.

thumb_IMG-20171015-WA0005_1024.jpg

Po dwóch dniach spędzonych z Jasinkiem w Kanazawie spotykamy resztę Kociej Rodzinki. Wspólnie kontynuujemy podróż po górzystym regionie Hida.

Pierwszy punkt na naszej trasie to Takayama. Jeszcze w oczekiwaniu na przyjazd reszty rodziny odwiedzamy uroczą przytulną kafejkę. Wszechobecne połączenie cieniutkich białych ścian z czernią drewnianych obramowań tu zostało zminiaturyzowane do dwóch pomieszczeń, w których z trudem mieściły się trzy stoliki. Wszystko czyściutkie, schludne, „ujutne”. Przemiła obsługa dwojga mocno starszych właścicieli. Prowincjonalny region, który tym razem zwiedzamy, pełen jest kruchych, ale jakże żwawych staruszków. Uwijają się w punktach obsługi turystów, kafejkach i restauracjach, hotelach i na turystycznych szlakach. Ich przygarbione postacie widoczne są niemal wszędzie. Jest to, widoczna także w dużych miastach, wspierana przez państwo forma aktywizacji zawodowej ludzi w starszym wieku. Młodzieży jest znacznie mniej niż na ulicach Tokio, zaś w ogóle nie spotyka się występujących często w stolicy, infantylnych panienek hołubiących w dziecinnych wózeczkach swoje wystrojone pieski.

23838516208_f697182c98_o.jpg

W Takayamie zachwyca nas starówka – stare ponad trzystuletnie domki, wąskie uliczki i sklepiki, w których eksponaty i sposób ich wystawienia to niekończąca się pochwała piękna i dobrego smaku. Wielokrotnie w trakcie tej wędrówki styl życia Japończyków i ich uwielbienie dla celebrowania chwili przypomina nam smakowanie życia przez Toskańczyków.

37021075923_b08e9e200f_o.jpg

Późnym popołudniem ruszamy do następnego etapu naszej podróży. Jest to Hirayu Onsen - termalne źródła położone na zboczu góry Norikura, w sercu Hida - japońskich Alp. Naturalne lecznicze właściwości tych źródeł powodują, że region cieszy się dużym zainteresowaniem turystów. Wysiadamy z autobusu w magicznej, spowitej mgłą wioseczce. Uroczy ryokan (tradycyjny japoński hotel) zaskakuje nas swoim luksusem, ale przede wszystkim niejapońskim rozmiarem. W obszernym pokoju znajdują się dwa centralnie położone „legowiska” (futony) ułożone na matach tatami, rozsuwane szafy, a nawet dwie wnęki do pracy, które nocą służyć będą za sypialnie dla chłopców. Wszystko ascetyczne, w tradycyjnej biało-czarnej japońskiej geometrycznej stylistyce, ale jednocześnie pięknie oświetlone i dyskretnie udekorowane obrazem i współgrającym z nim wazonem. W szafach znajdują się jukaty (rodzaj domowego kimona), a dla mężczyzn dodatkowo szare kurty bez rękawów. Jacek natychmiast przebiera się w ten strój. Ku mojemu zaskoczeniu dodatek tego bezkształtnego szarego giezła nadaje całości bardzo męskiego wyglądu. Oto stoi przede mną wyrośnięty nad miarę samuraj.

Wieczorem udajemy się na kolację do pobliskiej restauracji. Niby wieczorny posiłek to codzienność, ale dla mnie zderzenie z japońskim menu to zawsze duże wyzwanie. Już wiem, że soba - czyli robiony ręcznie regionalny gryczany makaron, mający podobno duże walory odżywcze - jest jadalny. Udaje mi się także znaleźć jakieś nadające się do spożycia dodatki. Pozostała część rodziny nie ma podobnych ograniczeń – z apetytem zjadają wszystkie oferowane potrawy: Jacek – jak zawsze ciekaw nowych smaków, a Ania, Wiktor i Chłopcy – po dwuletnim pobycie przyzwyczajeni już do japońskiej kuchni.

Po kolacji wybieramy się całą rodziną do onsenu. To coś w rodzaju prywatnego jacuzzi pod gołym niebem, otwartego na otaczający miniogród. Mrok rozświetla, ukryta wśród krzewów, lampa. Z kamieni sączy się gorące źródełko, które nieustannie zasila nasz onsen. Niepewnie, zgodnie z tradycją nago, wchodzimy po kamiennych schodkach do wody. Dziwne wrażenie – ma ona wyraźnie odgraniczone dwie warstwy. Na górze jest niemal parząca, bowiem wydobywa się najpewniej z czeluści wulkanicznej ziemi, a na dole zimna. Naturalne gorące źródełka będziemy następnego dnia spotykać w wiosce w wielu miejscach. Przy jednej z restauracji zbudowano nawet położony na skraju ulicy mały kamienny zbiornik, w którym, termiczny wrzątek wykorzystuje się do gotowania jajek.

thumb_IMG-20171015-WA0005_1024.jpg

Wieczór w onsenie jest jak czarowna bajka z tysiąca i jednej nocy. Po wymoczeniu się w gorącej wodzie odpoczywamy na szerokim, wyłożonym puchatymi ręcznikami podgrzewanym łożu. Japończycy cenią sobie wygodę i piękno. Ania mówi, że to kolekcjonerzy pięknych chwil. Potrafią na przykład organizować spotkania rodzinne lub w grupie znajomych, żeby podziwiać piękne klonowe listki nabierające jesienią czerwonej barwy (są znacznie delikatniejsze i mniejsze niż nasze europejskie, wyglądają więc jak cudowna barwiona na bordowo koronka). Jeszcze popularniejsze są wiosenne pikniki pod kwitnącymi wiśniami.

Następnego dnia punkt ósma budzi nas telefon z recepcji. Okazuje się, że jesteśmy oczekiwani na śniadaniu. Na wpół śpiący klękamy przy niziutkich stolikach. Jasiek natychmiast rzuca się na słone  ciasteczka z wodorostów. My z pewną nieśmiałością wpatrujemy się w misternie porozstawiane naczynka z zupełnie nieznaną nam zawartością. W sukurs przychodzi nam mocno leciwa już „mistrzyni ceremonii”, która kilkoma szybkimi ruchami miesza pyrkoczący na palniku ryż z innymi tajemniczymi składnikami. Tak przygotowana „azjatycka owsianka” okazuje się całkiem akceptowalna dla moich kubków smakowych. Na rybę ani zupę miso o poranku nie daję się jednak skusić.

IMG-20171014-WA0007.jpg

Posileni, wybieramy się na szlak turystyczny do ciągnącej się wzdłuż rzeki Azusa doliny Kamikochi. Jesteśmy mniej więcej na wysokości 1500 metrów, a otaczające nas szczyty sięgają 3000 metrów. Nie bez przyczyny pierwsi europejscy turyści przybywający w te rejony w XIX wieku nazwali Hida japońskimi Alpami. Podobieństwo jest duże, nawet mijane przez nas wioski niewiele się różnią od tych w austriackich czy włoskich Alpach. Kształt górskich domów, zwłaszcza dachów, bardziej determinuje pewnie przyroda i groźba zalegającego śniegu niż kulturowe wpływy. Trasa jest przepiękna. Zalesione zbocza mienią się kolorami jesieni. Paleta, jakiej nie powstydziłby się żaden impresjonista.

37640052072_5020643fee_o-1-e1509110575121.jpg

Czterokilometrowy spacer w pełnym rodzinnym gronie zabiera nam sporo czasu i do hotelu wracamy już po zmroku. Tym razem kolacja to nie tylko japońskie menu, ale także bardzo japońskie warunki. Siedzimy przy szerokim niziutkim stole, klęcząc na płaskich poduszkach. Podobno dawniej pergaminowe japońskie domki nie były zimą ogrzewane, choć klimat jest tu o tej porze roku bardzo surowy. Domownicy gromadzili się więc przy takim niskim stole ciepło odziani. W zagłębieniu pod stołem znajdowało się palenisko, które przyjemnie ogrzewało stopy i pozwalało przetrwać całej rodzinie długie zimowe wieczory.

37433837710_0e59a201e3_o.jpg

Kolejnego dnia przemieszczamy się w okolice góry Fuji. Tak jak poprzednio jedziemy z Jackiem autobusem, a Ania i Wiktor z dziećmi – samochodem. Czekamy na autobus na maleńkiej autobusowej stacji, w zagubionej wśród gór wioseczce. A tu ruch jak na przysłowiowej Marszałkowskiej. Ze zdumieniem obserwuję taniec autokarów. Najpierw „wypluwają” z siebie przyjezdnych. Kierowca autobusu żegna pasażerów, składając przed każdym wysiadającym głęboki, pełen szacunku ukłon. Na peronie przybyłych natychmiast wita inny pracownik, wskazując im drogę do stacji, choć praktycznie nie ma możliwości przejścia w inne miejsce niż w otwarte drzwi budynku. Następnie pojazd przemieszcza się na miejsce parkingowe, gdzie kierowca starannie wyciera szmatką karoserię i - kiedy autobus jest już nieskazitelnie czysty - podjeżdża na przystanek po oczekujących na następny rejs. Nie mogę się nadziwić, jak kierowcom udaje się bez szwanku trzykrotnie zmienić miejsce na maleńkim parkingu, za każdym razem co do milimetra parkując w wyznaczonych pasami miejscach.

Ponieważ w autobusie jest Internet, rzucamy się na nasze laptopy, ale tylko na chwilę. Widoki za oknem zapierają dech w piersiach. Wspaniały, ciągnący się wzdłuż drogi kanion zmusza do wyłączenia komputerów. Do pracy wracamy dopiero po wjeździe na autostradę. Niestety po dotarciu na miejsce coraz bardziej psuje się pogoda, a nisko kłębiące się chmury całkowicie zakrywają świętą górę. To jakieś fatum. Kiedy trzynaście lat temu przyjechaliśmy specjalnie z Tokio w tę okolicę, także nie udało się nam jej zobaczyć. Tylko dzięki licznym zdjęciom i obrazom wiszącym na ścianach hotelu możemy sobie wyobrazić piękno Fuji. W oczekiwaniu na Kocią Rodzinkę chodzimy po miasteczku. Przeważają szkaradne, pudełkowate domki bez żadnego wyrazu, ale górskie pasma i leżące u ich podnóża rozległe jezioro urzekają urodą.

W hotelu mamy dwa pokoje – jeden „zachodni”, drugi - ”japoński”, z typowym wystrojem, matami tatami i położonymi na nim futonami do spania. My oczywiście wybieramy ten drugi. Po południu rozłączamy się. Jacek z Chłopcami wędrują do miejscowej jaskini, a reszta grupy jedzie do muzeum kimona. To prawdziwe cacko. Drewniany, zawieszony pod skałą w przecudnym tarasowym parku dom, bardziej przypominający świątynię niż muzeum. Wspinamy się do góry i zamieramy z wrażenia. W okrągłej, obszernej sali wiszą – przypominające wspaniałe obrazy - kimona. Ich twórcą jest Itchiku Kubota, który zasłynął ze stosowania historycznej techniki przygotowywania kimonowego jedwabiu. Niebywała precyzja i maestria. Efekt – niezwykły. Podpisy pod kimonami wyjaśniają, jak precyzyjnie należało barwic i łączyć ze sobą poszczególne części tkaniny, zapamiętując skomplikowane wzory. Jakakolwiek pomyłka była źródłem wstydu dla twórcy. To bardzo japońskie. U nas pewnie byłby to powód do złości albo zmartwienia. Cóż, to jedna z wielu różnic pomiędzy japońską i zachodnią kulturą.

37033877423_08f1c98f19_o.jpg
37033876513_263cbd6aa5_o.jpg

Zastanawiam się nad moim obrazem Japończyków. W czasie tej kilkudniowej wycieczki po prowincji stale odczuwałam ich życzliwość. Jeśli nasze spojrzenia się krzyżują, zawsze reagują uśmiechem, starają się być pomocni, choć ogromna większość z nich nie rozumie ani słowa po angielsku. Nawet jeśli zdarzy się osoba mówiąca po angielsku i pytamy ją na przykład o drogę, to odnosimy wrażenie, że nie zna okolicy, w której mieszka. Powtarza się to tak często, że można uwierzyć w japońską nieznajomość własnych regionów, choć pewnie przyczyną może być nieśmiałość. To, co poza dużymi miastami jeszcze bardziej uderza, to japońska uprzejmość – dziękowanie za wszystko, witanie się i żegnanie z każdym, na przykład wchodzącym do windy lub wychodzącym z onsenu. To bardzo odpowiada mojej potrzebie, na przykład podziękowania za wspólną podróż w windzie. W Polsce wielokrotnie moje skinięcie głową lub pożegnalny uśmiech spotykają się z posępnym milczeniem lub odwróceniem głowy. Ta wszechobecna uprzejmość daje w Japonii chwilowe poczucie wspólnoty.

Podobno Japończycy potrafią być bardzo stanowczy, wręcz bezwzględni wobec tych, którzy nie przestrzegają zasad. My nie doświadczyliśmy żadnych negatywnych reakcji, pewnie dlatego, że staraliśmy się podporządkowywać wszystkim regułom. Nawet takim, które nas zadziwiają. Na przykład  znalezienie kosza na śmieci graniczy z cudem. Trudno to zrozumieć, gdyż Japończycy to naród, zachowujący ogromną czystość - zarówno osobistą, jak i w miejscach publicznych. Najwyraźniej jednak hołdują zasadzie „twoje śmieci, twój problem”. Nawet w toaletach spotykaliśmy napisy, że pozostawienie śmieci jest zakazane i podlega karze. Jakież było szczęście Jacka na widok ustawionego przy wyjściu ze sklepu sporego kosza z wkładką z plastikowej torby. Już próbował wrzucić tam wszystkie noszone w plecaku zbędne pozostałości, kiedy zorientował się, że jest to kosz na parasole.

Read More

Wygrywamy wycieczkę do Wakayamy!

Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym  konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).

30449830861_e69db4bdeb_o.jpg

Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym  konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).

I tak o 5:30 wyruszamy dziarsko na lotnisko (wyściskawszy jeszcze oba stwory, które wiedzione jakąś intuicją budzą się tuż przed naszym wyjściem). W taksówce uskuteczniamy najdłuższą od przyjazdu do Tokio konwersację w języku japońskim.  O dziwo, taksówkarz nie bardzo kojarzy, dokąd się wybieramy (Waka-co?). Na lotnisku, witusiowym zwyczajem, jesteśmy pół godziny przed czasem. Niestety Starbucks o tej porze jeszcze zamknięty, a w pozostałych miejscach kawy można się napić wyłącznie w zestawie z curry lub udonem. Tak zdesperowani nie jesteśmy. O 6:30 spotykamy pozostałych „wybrańców”.  W sumie jest nas (parszywa?) dwunastka – bardzo różne, ale wydaje się ciekawe, postaci. Bez zbędnych ceregieli (zdejmowania butów czy spowiadania się z przewożonych płynów) wsiadamy do samolotu. Przed samym startem trójka bagażowych ustawia się na baczność, po czym głęboko kłania i macha do nas na do widzenia (ku naszemu wzruszeniu, większość pasażerów odmachuje).

Na maciupeńkim acz bardzo malowniczo położonym lotnisku Nanki-Shirahama (które sponsoruje nasza wycieczkę) lądujemy o 8:30. I tu pierwszy niespodzianka –„anglojęzyczna przewodniczka” okazuje się starszą panią z Osaki, która w pilotowaniu wycieczek nie ma wcześniejszego doświadczenia, a po angielsku duka mniej więcej tak jak my po japońsku. Niezrażeni pakujemy się do autobusu, by natychmiast zanurzyć się w dzikie, górskie krajobrazy Półwyspu Kii. Strome zbocza porośnięte gęstymi lasami, urwiste brzegi rzek, idylliczne wioseczki – aż trudno uwierzyć, ze jeszcze przed chwilą byliśmy w Tokio.

new

Po dwóch godzinach jazdy docieramy do słynnego szlaku pielgrzymkowego Kumano Kodo, wpisanego (jako drugi na świecie, obok hiszpańskiego Camino de Santiago) na listę dziedzictwa kultury UNESCO. To tutaj od ponad tysiąca lat pielgrzymowali Japończycy wszystkich stanów i klas, w tym rezydujący w Kioto cesarze i arystokraci. Z pierwotnych 300 kilometrów, łączących trzy wielkie świątynie, do dzisiaj zachowało się ponad 70 km szlaków. My zaczynamy w punkcie widokowym Fushiogami-oji - miejscu, do którego dawni pielgrzymi docierali po wielu dniach marszu i padali na kolana, zobaczywszy po raz pierwszy cel swojej wędrówki. Mijamy dawny punkt poboru opłat i wchodzimy w piękny soczystozielony las. Po szarym Tokio takie uderzenie zieleni przyprawia o zawroty głowy. Mamy szczęście, bo udaje nam się uniknąć deszczu, choć to podobno drugi (po wyspie Yakushima) najbardziej deszczowy region Japonii (4000 ml opadów rocznie, w porównaniu z 1600 w Tokio). W dodatku szlak jest zupełnie pusty. Byłoby magicznie, gdyby nie „uroki” grupowej wycieczki. I tak, od połowy drogi asekuruję nie pierwszej już młodości Libankę, której na kamiennych stopniach bardzo doskwiera kolano (przewodniczka zapewniała ją  przed wymarszem, ze trasa jest bardzo łagodna…). Dowiaduję się za to sporo o historii Libanu (z którego Madelaine uciekła w czasie wojny domowej) i o teatrze noh (któremu jest oddana cała jej japońska rodzina).

30449830861_e69db4bdeb_o.jpg
30500742646_8a5d9b66d4_o
14729381_331178463940843_7618887752518452997_n

Po niecałych 4 kilometrach (i półtorej godzinie marszu) docieramy do chramu Kumano Hongu Taisha, w którym zbiegają się wszystkie szlaki Kumano Kodo. Świątynia początkowo była położona nieco niżej, ale uległa niemal całkowitemu zniszczeniu w wyniku wielkiej powodzi z 1889. Ocalone budynki przeniesiono w bezpieczniejsze miejsce, a w miejscu pierwotnej świątyni w 2000 roku wzniesiono największą w Japonii bramę torii (34 metry wysokości, 42 szerokości). Koreanka Jin odmawia wejścia na teren świątyni, tłumacząc że jej rodakom szintoizm (do 1945 narodowa religia Japonii) kojarzy się z japońską okupacją Korei (1910-1945). Dzisiaj Korea jest jednym z niewielu azjatyckich krajów, w których dominującą religią jest chrześcijaństwo.

30449753491_d76c15079f_o
30500690056_47e665724f_o

Wątek wojenny pojawia się ponownie w czasie lunchu (w wersji bezmięsnej: tofu z tartym gobo). Amerykanin Sherwin potwierdza historię, która słyszałam już na kursie gotowania. Otóż w czasie drugiej wojny światowej amerykańskich jeńców karmiono właśnie korzeniem gobo. To jedno ze smaczniejszych i najbardziej odżywczych japońskich warzyw, choć wygląda jak zapiaszczony badyl. Po wojnie zarządcy więzienni zostali ponoć oskarżeni przez aliancki wymiar sprawiedliwości za karmienie jeńców korzeniami drzew…

Wracamy do autobusu. Kręta droga wśród zamglonych szczytów jest piękna i tajemnicza. Naszym celem (i główną atrakcją całej wycieczki) jest Kōya-san - święta góra buddyjska. To tutaj w IX wieku młody mnich Kūkai (znany po śmierci jako Kōbō-Daishi), ustanowił pierwszą wspólnotę ezoterycznego buddyzmu o nazwie Shingon (dosł. „prawdziwe słowo”). Dziś ten nurt buddyzmu liczy 10 milionów wyznawców i niemal 4000 świątyń, z których ponad 110 znajduje się w Kōya-san. Sam Kōbō-Daishi był zaś nie tylko reformatorem religijnym, ale także uczonym, poetą, kaligrafem oraz wynalazcą dwóch japońskich alfabetów sylabicznych (hiragany i katakany).

14725554_331178377274185_3277144944914540393_n

Niestety z powodu deszczu i długiego postoju w sklepie z pamiątkami na miejsce dojeżdżamy z półtoragodzinnym opóźnieniem. Sprintem puszczamy się do świątyni Kongōbu-ji (głównej świątyni sekty Shingon), gdzie chcieliśmy zobaczyć największy w Japonii kamienny ogród. Jednak mimo błagań nie udaje nam się już wejść do środka. W strugach deszczu docieramy jeszcze do kompleksu świątynnego Danjo Garan (z ogromną podświetloną pagodą) i do okazałej bramy Daimon (tę jednak ledwo widzimy z powodu zapadających ciemności).

30449735421_0169928159_o
30500674376_56a11063c9_o
29903919093_d84905b3d1_o
30500676336_5488de04e3_o

Przemoczeni i zawiedzeni wleczemy się do klasztoru Jizu-in, w której mamy spędzić noc (opcję noclegu proponuje niemal połowa tutejszych klasztorów, choć w „naszym” jesteśmy pierwszymi w tym roku cudzoziemcami). Tu czeka nas kolejna niemiła niespodzianka: zamiast do obiecanego prywatnego pokoju z łazienką, Wiktor trafia do panów, a ja do pań. Toaleta na korytarzu, a łazienki brak. Nasz zawód trochę rekompensuje wspaniała wegańska kolacja w stylu buddyjskim (shōjin ryōri). Mnisi buddyjscy nie używają żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego. Stronią też od roślin o ostrym smaku (takich jak czosnek czy cebula). Główne źródło białka stanowią warzywa strączkowe (zwłaszcza soja, z której wytwarza się tofu) oraz orzechy. Czujemy się trochę, jak robaczki z „entliczka-pentliczka”, bo w naszym menu tofu pojawia się aż w czterech odsłonach: gotowane (yudōfu), mrożone, suszone a potem gotowane (koyadōfu, dosłownie “tofu z góry Koya”), ze zmielonego sezamu (goma dofu) oraz jako sos do sałatki (shira ae). Oprócz tego obowiązkowy ryż i zupa miso, a także pikle, czarna soja, warzywna tempura oraz przepyszne owoce. Obsługujący nas mnich zapewnia, że codzienne jedzenie klasztorne jest dużo skromniejsze.

Kolacja w stylu shojin-ryori

Kolacja w stylu shojin-ryori

Po kolacji – już we własnym zakresie – dołączamy do nocnej przechadzki po cmentarzu Okunoin - największej nekropolii w Japonii. Oprócz mauzoleum Kōbō Daishi znajduje się tu ponad 200 tysięcy grobów. Porośnięte mchem nagrobki, ogromne cedrowe drzewa (najstarsze mają ponad 1000 lat), nikłe światła latarni. Do tego pustka i cisza, zmącona jedynie uderzającymi o parasole kroplami deszczu. Wszystko to tworzy zupełnie niezwykły klimat. Nasz przewodnik - przesympatyczny mnich buddyjski  - wprowadza nas w arkana japońskiej religijności. Tłumaczy, że pokojowe występowanie dwóch głównych wyznań (szintoizmu i buddyzmu) gwarantuje  przede wszystkim jasny podział ról – szintoizm zajmuje się początkiem (narodzinami, ślubami), a buddyzm końcem (ceremoniami pogrzebowymi). Za cechę odróżniającą Shingon od innych nurtów buddyjskich uznaje natomiast nacisk na „tu i teraz”. Shingon naucza, że każdy (i to za tego życia) może osiągnąć oświecenie i stać się Buddą. Do wyzwolenia wewnętrznego potencjału niezbędne jest kultywowanie tzw. „trzech tajemnic”, czyli właściwy trening ciała (symboliczne gesty, tzw. mudry), mowy (mantry) i umysłu (medytacja).

Po dwóch kilometrach docieramy do najświętszej części cmentarza. Przez zapierającą dech Halę Lampionów (gdzie dzień i noc pali się 10 tysięcy lampionów ofiarowanych przez wiernych) dochodzimy do miejsca ostatniego spoczynku Kōbō-Daishiego. Wyznawcy Shingon wierzą, że ich mistrz nigdy tak naprawdę nie umarł, a wstąpił w stan wiecznej medytacji i modlitwy za cierpienia tego świata. W tym wysiłku mają go wspomóc dostarczane dwa razy dziennie posiłki. Nasz przewodnik zachęca nas do zamknięcia oczu i pomyślenia marzenia, po czym odśpiewuje sutrę w naszej intencji.

Żegnamy się serdecznie z mnichem, kłaniamy Kōbō-Daishiemu i wracamy do naszego klasztoru. Jeszcze szybka wizyta w łaźni i wracamy do naszych sypialni, gdzie czekają już na nas ułożone jeden przy drugim futony i twarde jak kamień poduszki ryżowe.

Po nocy urozmaiconej pochrapywaniem kompanów, czas na kolejną wczesną (6:00) pobudkę i poranne modły. Monotonne recytacje sutr i zapach kadzideł przenoszą nas w jakąś zupełnie inną rzeczywistość. Po śniadaniu (będącym okrojoną wersją kolacji) ruszamy w dalszą drogę. Czujemy ogromny niedosyt i chętnie zostalibyśmy dłużej w Koya-san zamiast kisić się znów w autobusie.

thumb_img-20161031-wa0000_1024

Nasz pierwszy przystanek to zamek w Wakayamie, stolicy prefektury. Wspinamy się na dach górującej nad miastem budowli, skąd rozpościera się malowniczy widok na okolicę. Potem sekretnym, krytym mostkiem (który umożliwiał zamkowe schadzki) przechodzimy do wymanikurowanego ogrodu, gdzie przemyślane jest ułożenie każdego kamyczka. Najciekawszy okazuje się jednak lokalny festiwal (matsuri), na który trafiamy zupełnie przypadkiem w drodze powrotnej do autobusu.

29906277284_59fe80604f_o
14753723_10155290592105961_1636483314452038358_o
30500649676_1b9150f38a_o

Z zamku żółwim tempem (bo większość dróg zamknięta z powodu maratonu) zmierzamy w stronę mariny. Tutejsze atrakcje to m.in. wielki targ rybny (gdzie trafiamy na pokaz ćwiartowania tuńczyka), stragany z owocami (Wakayama słynie z produkcji cytrusów) i park rozrywki Porto Europa z rekonstrukcjami włoskich i francuskich uliczek.

30420325192_7e7e11ff70_o
30420321652_89fd410ba1_o
img_20161023_124401-01

Jeszcze tylko godzina w autobusie i jesteśmy na lotnisku Kansai, by po trzech godzinach uściskać nasze stęsknione pyszczki.

Na pewno nie był to stracony weekend. Poznaliśmy  sporo ciekawych ludzi, a do Koya-san jeszcze wrócimy, by na spokojniej odkryć jego uroki. Z punktu widzenia sponsora (lotnisko Nanki-Shirahama) wycieczkę trzeba jednak uznać za promocyjną klapę. Choć w pobliżu samego lotniska jest sporo atrakcji (m.in. efektowne klify i jaskinia, która przez długie wieki stanowiła kryjówkę piratów), spędziliśmy dwa dni w autobusie, żeby przekonać się, ze do Koyasan czy Wakayamy zdecydowanie łatwiej jest dotrzeć z lotniska Kansai. Cóż, jak głosi mądrość ludowa, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby :)

Read More
Atrakcje turystyczne, Japonia, Tokio, Zwyczaje Wiktor Staniecki Atrakcje turystyczne, Japonia, Tokio, Zwyczaje Wiktor Staniecki

Faceci w jedwabnych stringach

W Japonii jesteśmy już prawie rok, a jeszcze nie widzieliśmy turnieju sumo. Straszny wstyd, choć poniekąd dla nas to normalne (na targu rybnym Tsukiji też nas jeszcze nie było, choć w listopadzie przenosi się na obrzeża Tokio…). Tak więc kiedy odwiedzili nas brukselscy przyjaciele, nie znaleźliśmy już żadnej wymówki…

sumo_14052016-40.jpg

W Japonii jesteśmy już prawie rok, a jeszcze nie widzieliśmy turnieju sumo. Straszny wstyd, choć poniekąd dla nas to normalne (na targu rybnym Tsukiji też nas jeszcze nie było, choć w listopadzie przenosi się na obrzeża Tokio…). Tak więc kiedy odwiedzili nas brukselscy przyjaciele, nie znaleźliśmy już żadnej wymówki…

Walk sumo nie można obejrzeć, kiedy się chce. Turnieje (zwane basho) odbywają się w Tokio w styczniu, maju i wrześniu. Można je także obejrzeć w Osace w marcu, w Nagoi w lipcu i w Fukuoce w listopadzie, a każdy trwa 15 dni.

Sumo - obok baseballu, jeden z najpopularniejszych sportów w Japonii -ma swoje początki w starożytności i jest połączone z ceremoniałem religijnym. Do dzisiaj, zawodnicy wstępujący na ring wykonują wiele rytualnych czynności, takich jak posypanie ringu solą (oczyszczenie) lub potarcie i uderzenie rąk (prośba o uwagę bogów). Cała rytualna otoczka (wywołanie zawodnika, wejście na ring, powitanie itp.) trwa o wiele dłużej niż sama walka, która w ogromnej większości przypadków rozstrzyga się przy pierwszym zwarciu i nie trwa dłużej niż kilka - kilkanaście sekund. Co ciekawe, dopiero w 1928 roku wprowadzono 10 minutowy limit na rytuały, który obecnie został skrócony do 4 minut dla najwyższej kategorii zawodników i do zera dla najniższej kategorii. Wcześniej przygotowanie do walki, które jest jej strategiczno-psychologiczną częścią, mogło trwać w nieskończoność.

Walkę wygrywa się poprzez wypchnięcie przeciwnika poza ring (dohyo) lub zmuszenie go jako pierwszego do dotknięcia ziemi dowolną częścią ciała poza stopami. Z odległości walka może się wydawać mało brutalna, ale zawodnicy nie szczędzą sobie uderzeń w twarz czy łapania za gardło (jeśli uda się je namierzyć pod zwałami tłuszczu). Spektakularne upadki też nie należą do rzadkości. Nawet my widzieliśmy paru zawodników spadających z areny, która jest ściśle otoczona sędziami, innymi zawodnikami i fotografami. A przygniecenie ludzkim odpowiednikiem lwa morskiego, spadającym z wysokości prawie metra, nie może być przyjemne.

sumo_14052016-40.jpg
Uwaga niebezpieczeństwo!

Waga wielu zawodników grubo przekracza 140 kg, a w sumo nie ma podziału na kategorie wagowe, tak jak np. w boksie. I choć rozmiary przeważnie są zbliżone, to i my widzieliśmy pojedynki Dawidów z Goliatami. O dziwo, szybkość i zwinność są tak samo ważne jak masa i impet. Każdy z zawodników ma swoją strategię wygrywania. Japońskie Stowarzyszenie Sumo skodyfikowało 82. techniki wygrywania (kimarite). Na koniec każdej walki ogłasza się, jaką technikę zastosował zwycięzca. Np. technika watashi-komi polega na pchnięciu łydki przeciwnika do przodu jedną ręką, przy jednoczesnym nacisku na korpus drugą w celu obalenia go na ring. Co jest zabronione? Ciągnięcie za włosy, uderzanie pięścią, uderzenia w uszy, duszenie, albo łapanie za przepaskę mawashi w okolicy klejnotów. Czyli zasady podobne do walk w piaskownicy.

Chwyt za gardło
Chwyt za gardło

Zawodnicy sumo mają status podobny do greckich herosów. Ale ich (krótkie) życie jest pasmem wyrzeczeń. Oprócz bardzo intensywnego treningu zapaśnicy muszą na co dzień nosić tradycyjne japońskie ubrania i przestrzegać surowego regulaminu (np. nie można im prowadzić samochodu). Długość życia sumoki jest krótsza od średniej z uwagi na częste nadciśnienie i ataki serca.

Obecnie Japońskie Stowarzyszenie Sumo ocenia, że jest około 800 profesjonalnych zawodników. Są oni podzieleni na kategorie w hierarchii ważności: Maku-uchi (najwyższa kategoria), Juryo, Makushita (juniorzy), Sandanme, Jonidan, Jonokuchi (najniższa). W trakcie turnieju wszyscy zawodnicy są też podzieleni pomiędzy “wschód” i “zachód”. Oczywiście każdy z nich marzy o dostaniu się do kategorii maku-uchi (około 40 zawodników), i zdobyciu tytułu yokozuna, wielkiego mistrza. Ranking nazywany banzuke jest rewidowany po każdym turnieju, a pozycja yokozuna jest wyjątkowa. Od XVII w., kiedy ten tytuł został stworzony, yokozunem zostało tylko 69 zawodników. Jeśli ktoś się tego tytułu dochrapie, nie może już być go pozbawiony. Ale jeśli zacznie przegrywać, powinien odejść na emeryturę. Rekord zwycięstw, do dziś niepobity należy do Futabayamy Sadaji (1912-1968), który odniósł pasmo 69 zwycięstw i był 35. yokozunem.

Publika
Publika

Wśród zawodników są też obcokrajowcy, głównie zawodnicy z Azji Centralnej. Był okres, gdy nie było żadnych ograniczeń co do narodowości zawodnika. Obecnie na stajnię przypada maksimum jeden obcokrajowiec. Powodem tego ograniczenia jest fakt, że od 2006 roku aż do stycznia 2016 zwycięzcami wszystkich turniejów byli obcokrajowcy. Majowy turniej był znów zdominowany przez zawodników pochodzących z Mongolii.

Popularność sumo wśród młodych Japończyków maleje. Średni wiek widzów dobija do 50, a oglądanie publiki było dla nas bardziej fascynujące niż sam turniej, który po kilku walkach zaczynał nas nieco nużyć (oczywiście żaden fan się z tym nie zgodzi).

Jeśli macie bilety na jeden z dni turnieju, nie przychodźcie tam rano. Sala będzie świeciła pustkami, bo walki zawodników najwyższych kategorii zaczynają się dopiero około 16.00. Tokijska arena Ryogoku Kokugikan może pomieścić ponad 11 tysięcy widzów. Koło 17.00 sala zaczyna pękać w szwach, a każda akcja jest okraszana krzykami zawodu lub zachwytu. Widzowie, którzy przychodzą w grupach, z kolegami z pracy lub rodzinami, zapamiętale pałaszują swoje bento, popijając je nieodłącznym piwem.

Pełna sala
Pełna sala

Jeśli wybieracie się do Japonii w miesiącu, kiedy odbywają się turnieje, zarezerwujcie sobie bilet, aby zobaczyć to niepowtarzalne widowisko.

Źródła:

1) http://www.sumo.or.jp/pdf/en/sumo_introduction2014.pdf

2) https://en.wikipedia.org/wiki/Sumo

3) http://www.japan-talk.com/jt/new/11-things-you-might-not-know-about-Sumo

4)Współczesna Japonia w pytaniach i odpowiedziach: 現代日本 Q & A, Katsuyoshi Watanabe, Natalia Kuźmicz, Aleksandra Watanuki, 15 Czerwca 2015, Waneko Sp. z o.o.

5) http://www.rp.pl/Sport/160129631-Japonia-doczekala-sie-mistrza-sumo.html 

Read More
Atrakcje turystyczne, Japonia, Sztuka, Tokio Ewa Jassem Atrakcje turystyczne, Japonia, Sztuka, Tokio Ewa Jassem

Oczami gości

Ostatni raz byliśmy w Tokio (na kongresie naukowym) ponad 10 lat temu. Poza hotelem i salami konferencyjnymi niewiele udało nam się wówczas zobaczyć. Pozostało w nas jednak wspomnienie klaustrofobii (ciasny pokój w hotelu, zatłoczone metro, huk reklam). Pamiętam też, że przez te kilka dni - żeby uniknąć surowych ryb i innych japońskich „specjałów” - żywiłam się głownie suchymi bułkami.

thumb_DSC_1068_1024.jpg

Dzień pierwszy

Ostatni raz byliśmy w Tokio (na kongresie naukowym) ponad 10 lat temu. Poza hotelem i salami konferencyjnymi niewiele udało nam się wówczas zobaczyć. Pozostało w nas jednak wspomnienie klaustrofobii (ciasny pokój w hotelu, zatłoczone metro, huk reklam). Pamiętam też, że przez te kilka dni - żeby uniknąć surowych ryb i innych japońskich „specjałów” - żywiłam się głownie suchymi bułkami.

thumb_DSC_0935_1024

Przylatujemy więc nieco niepewni, czy damy sobie radę. Z trudem znajdujemy odpowiedni peron szybkiej kolei do centrum. Podczas godzinnej podróży (lotnisko Narita jest ponad 100 km od miasta) oglądamy z niedowierzaniem niekończące się wąskie, biedne domki, slumsy właściwie, oddzielone od siebie metrowym pasem przestrzeni, całkowicie wypełnionej przez plątaninę kabli, transformatorów i klimatyzatorów różnej maści. To obrzeża ogromnej tokijskiej aglomeracji, gdzie na powierzchni ok. 13,5 tysięcy kilometrów kwadratowych żyje niemal 40 milionów ludzi, a więc tyle, co w całej Polsce. W samym Tokio na jednym kilometrze kwadratowym – jeśli wierzyć oficjalnym statystykom – żyje około 6000 ludzi. To okropne otoczenie i informacje o przeludnieniu trochę nas niepokoją w drodze do stacji Ueno, na której czeka Ania.

thumb_DSC_0936_1024

Wzruszające spotkanie, chwila odpoczynku w naszym mieszkaniu w delegaturze Unii Europejskiej. Z pewnym zaskoczeniem znajdujemy w szafie suchy prowiant, butelki z wodą, kaski i sprzęt ratunkowy – to zestaw na wypadek trzęsienia ziemi.

thumb_20160215_175619_1024

Po kilku godzinach wyruszamy do jednego z najwyższych muzeów, jakie widziałam – na 50. piętrze wystawa znanego japońskiego malarza Murakamiego. Poruszające obrazy, oglądane biegiem, w pogoni za uciekającym sześcioletnim Ignacym.

thumb_20160215_170133-1_1024

Jesteśmy porażeni odmiennością japońskiego świata. Życie toczy się tu na wielu poziomach, na rozświetlonych wystawach dobra całego świata. Najbardziej zdumiewają nas jednak utensylia dla piesków, które traktowane są tu jak najdroższe istoty. Szczeniaki kosztują nawet kilka tysięcy euro, a małych ulubieńców (przeważają drobne rasy) wozi się w dziecinnych wózeczkach i przystraja w kolorowe ciuszki i kokardy.

thumb_20160217_160147_1024
thumb_20160216_150831_1024

Japończycy wydają się uniżenie grzeczni, ale jest w tej pokornej grzeczności niezachwiane przekonanie, że zasady muszą być spełniane, a wszystko, niemal każdy ruch, podlega jakiejś regulacji. Metro jeździ z idealną punktualnością i zatrzymuje się w wyznaczonych miejscach z dokładnością do jednego centymetra. Pasażerowie na peronie ustawiają się w długich kolejkach w miejscach oznakowanych jako wejścia do pociągu. Mimo ogromnego tłoku panuje wzorowy porządek, nikt się nie przepycha i nie denerwuje. W metrze wszyscy czytają w skupieniu (oczywiście „w pionie” i „od końca”) niewielkie, wydawane na gazetowym papierze książeczki, a młodzi – jak na całym świecie - bawią się smartfonami. Charakterystyczne są także maseczki na twarzach – japońskie czarczafy. W obawie przed infekcją przenoszoną drogą kropelkową nosi je prawie co trzeci mieszkaniec tego sterylnego kraju. Przy wielu przejściach dla pieszych, wyjazdach z parkingów czy wyjściach ze sklepów stoi po kilku starszych panów regulujących ruch. Inni nieruchomo stoją godzinami z ogromnymi strzałkami wskazującymi jak należy się poruszać, choć powieszenie strzałek na ścianie przyniosłoby ten sam efekt. Nie wiadomo, dlaczego tych czynności nigdy nie wykonują panie. Całość sprawia wrażenie ogromnego marnowania ludzkich zasobów, ale w ten sposób w Japonii prawie nie ma bezrobocia.

thumb_20160219_154351_1024

Dzień drugi

thumb_DSC_0938_1024
thumb_DSC_0944_1024

Wypuszczamy się do starej dzielnicy Tokio – Asakusy (czyt. Asaksy), w której przede wszystkim ciekawi nas buddyjska świątynia z VII wieku. Starodawna architektura, nieco obca dla przybyszów z dalekiej Europy, nas jednak zachwyca. Zadziwia ponad 600-kilogramowy lampion wiszący u powały bramy wejściowej prowadzącej na rozległy plac. Po obu stronach kolejnej bramy wiszą niemal 5-metrowe, plecione z ogromnych powrozów sandały sprzed kilkuset lat, których dotknięcie (trzeba w tym celu trochę podskoczyć) ma gwarantować szczęście i spokój duszy. Na tym placu, jak we wszystkich większych miejscach kultu na świecie, mnóstwo kramów z dewocjonaliami i drobnym rękodziełem. Wokół harmider i niekończący się tłum, gdzieniegdzie upstrzony pięknymi jak kolorowe ptaki Japonkami w tradycyjnych kimonach, z pękami kwiatów we włosach. Docieramy do świątyni. Za namową Ani odważam się zakupić wróżbę (ach te przesądy), która okazuje się całkiem korzystna. Jacek w tym czasie robi sobie kilka fotek w towarzystwie grupy Japonek w różowych kimonach.

thumb_20160216_115546_1024
thumb_20160216_122709_1024

Popołudnie Jacek z Ignackiem spędzają na Tokyo Skytree – najwyższej wieży świata (oraz drugiej najwyższej budowli na świecie, po Burj Khalifa w Dubaju). My z Anią obserwujemy w tym czasie kolorowy tłum i posilamy się w japońskiej restauracyjce. W knajpce wszyscy – co typowe dla Japonii – uniżenie grzeczni. Kelnerka niemal każde słowo potwierdza głębokim, pełnym szacunku ukłonem. Ania zwraca mi uwagę na typowe dla tej kultury podawanie pieniędzy (i rachunku) dwiema dłońmi, co oczywiście połączone jest z ukłonem.

thumb_DSC_0952_1024

thumb_DSC_0952_1024

thumb_DSC_0946_1024
thumb_20160216_141522_1024

Dzień trzeci

thumb_20160217_122209_1024

Ten dzień spędzamy w ultranowoczesnej części Tokio, na sztucznej wyspie Odaiba. Wielopoziomowe autostrady, wiszące mosty i szklano-metalowe elewacje drapaczy chmur. Czujemy się jak na Manhattanie, tylko napisy wzdłuż rzeki ostrzegające przed tsunami przypominają nam gdzie naprawdę jesteśmy. Wędrujemy wzdłuż nabrzeża do muzeum nauki. Wspaniale przygotowane sale, roboty udające ludzi (i ludzie działający niemal jak roboty), wiedza we wszystkich dziedzinach przedstawiana w przystępny sposób. Obaj nasi wnukowie, sześcioletni Ignaś i półtoraroczny Jaś są w euforii – wszystkiego można samemu dotknąć, sprawdzić jak działa. Zmęczeni atrakcjami, przygotowujemy obiecany Ignasiowi piknik na plaży, jednak zimno i wiatr wyganiają nas szybko do samochodu.

thumb_DSC_0960_1024
thumb_DSC_0993_1024
DSC_0996

Dzień czwarty

thumb_20160218_122349_1024

Witamy kolejnych przyjezdnych z kraju – dołączają do nas Monika i Adam. Jadą odpocząć do domu, a my z wnukami wybieramy się do tokijskiego ZOO w rozległym parku Ueno. Jesteśmy wszyscy zachwyceni dużymi pandami, które można z bliska oglądać. Chłopcy są w euforii. Mały Jaś głośno i wyraźnie wypowiada nowe słowo „panda”, a potem z upodobaniem wybiera sobie plecaczek w kształcie tego zwierzątka. ZOO nie jest duże, ale zwierzęta są świetnie wyeksponowane, a zwiedzanie stanowi przy okazji miły spacer, gdyż alejki są otoczone bujną, parkową roślinnością.

thumb_20160218_145049_1024
thumb_20160218_142535_HDR_1024

Po wizycie w ZOO, tym razem już tylko z Jackiem, wybieramy się do Muzeum Narodowego. Skarby wystawione w muzeum – broń, wspaniałe i groźne figurki wojowników, przedmioty codziennego użytku i dzieła sztuki z minionych epok - robią na nas ogromne wrażenie. Początkowo planowaliśmy również wizytę w Muzeum Sztuki Zachodniej, gdzie można znaleźć sporo europejskich arcydzieł, ale jest ono z powodu remontu zamknięte i możemy tylko obejrzeć elewację budynku zaprojektowanego przez Le Corbusiera. Nie jest to podziw nadmierny; to co w ubiegłym wieku wydawało się supernowoczesne, teraz „trąci myszką”. Szara, betonowa, kanciasta bryła jest po prostu nieładna.

thumb_20160218_160054_1024
thumb_20160218_152042_1024

Wieczorem gościmy na kolacji kolegę Jacka, tokijskiego onkologa (który okazał ogromną pomoc podczas niedawnego pobytu Jasia w szpitalu), oraz jego małżonkę. Oboje drobni i trochę skrępowani, już w drzwiach – japońskim zwyczajem – rzucają się do zdejmowania butów. Ponieważ nie mamy dla nich obowiązkowych kapci (na marginesie – obowiązują tu dwie pary – jedna do mieszkania, druga do toalety) żartujemy, że w tym kawałku Europy nie muszą zmieniać obuwia. Nasi goście cały czas dzierżą w dłoni teczkę, z której po chwili zaczynają wyjmować drobne, bardzo „japońskie” prezenciki dla dzieci i dla nas. My rewanżujemy się polskimi produktami eksportowymi - albumem płyt z muzyką Chopina i okazałą butelką wódki noszącej to samo imię. W tym momencie pani włącza tablet i z dumą pokazuje swoją kilkuletnią córkę grającą jeden z utworów naszego kompozytora. Japończycy kochają jego muzykę, czego wyrazem są liczne koncerty i kluby jego wielbicieli, a także tradycyjnie potężna reprezentacja tego kraju na naszych konkursach chopinowskich.

Dzień piąty

thumb_20160219_135519_1024

Rano świętujemy urodziny Ignasia, które w tym roku odbywają się pod hasłem Star Wars. Po śniadaniu na piechotę ruszamy do parku Yoyogi. Kilka kilometrów prawdziwego Tokio - ulice, przechodnie – zwykłe codzienne życie. Potem wędrujemy przez tokijskie Champs Elysees – nazwy światowych marek mody, przepych wystaw, nawet widok samej ulicy bardzo przypominają francuski pierwowzór. Francja jest tu zresztą przedmiotem powszechnego zachwytu i uwielbienia. Tokijczycy zafundowali sobie nawet replikę wieży Eiffla, a wiele restauracji nosi dumnie francuskie nazwy i reklamuje się francuską kuchnią. Zapuszczamy się w maleńką uliczkę sklepików – jak to określił Adam – dla hipsterów. Podobno w czasie weekendu można tam spotkać wyjątkowo dziwacznie poprzebieranych i wystylizowanych młodych ludzi. Nam udaje się zobaczyć obfitych kształtów czterdziestolatkę wciśniętą w różowy kostium lalki Barbie oraz przeraźliwie szczupłego młodzieńca, całego w konsekwentnej czerni i z makijażem, jakiego nie powstydziłby się żaden przedstawiciel piekielnych czeluści. Choć to dopiero piątek przed południem, uliczka jest bardzo zatłoczona; w tym tłumie nie ma jednak prawie osobników rasy kaukaskiej. Nasza piątka, dołączyli do nas bowiem Monika i Adam, wyraźnie góruje wzrostem nad przewalającym się tłumem.

Poruszającym przerywnikiem w tej wędrówce przez tokijskie ulice jest wizyta w szintoistycznym chramie, do którego wędrujemy przez niekończące się parkowe aleje. Zabudowa świątynna nieco bardziej ascetyczna niż ta, którą widzieliśmy w Asakusie Przyglądamy się tutejszym rytuałom – obmyciu wodą, okadzeniu dymem, a potem modlitwom. Ania słusznie zauważa, że katolicki „znak krzyża” może się wydawać Japończykom równie niezrozumiały, jak nam dwukrotny pokłon, dwukrotne klaśnięcie w dłonie i ponowny pokłon.

thumb_20160219_131713_1024

Po wizycie w świątyni powrót do współczesności. Idziemy na największe na świecie skrzyżowanie ulic, słynne Shibuya. Istotnie, tłum mrowiący się po wielokierunkowym przejściu dla pieszych zapiera nieco dech, choć Ania przekonuje nas, że dziś jest tu niemal pusto.

thumb_20160219_171104_1024

Późnym popołudniem sami wyruszmy do dzielnicy knajpek – Golden Gai i „czerwonej dzielnicy”. Z metra wysiadamy na największej, a właściwie najbardziej ludnej, stacji Shinjuku. Ania twierdzi, że dziennie przewija się tędy około 4 milionów ludzi. Mam wrażenie, że ta stacja to podziemne miasto, a właściwie labirynt, z którego nie sposób się wydostać. Mimo wszystko całkiem sprawnie udaje nam się wyjść na powierzchnię, aby zobaczyć wąziutkie uliczki Golden Gai i restauracyjki, jakie widuje się w japońskich thrillerach. Do żadnej nie weszłabym bez pełnego uzbrojenia. Przez okna widać bowiem gdzieniegdzie typy jak z Yakuza, japońskiej mafii. Z pewnością w tych zakamarkach załatwiają swoje brudne interesy. Niezależnie od tego kto i co tam załatwia, przewodnik Lonely Planet poleca to miejsce jako jedno z szesnastu, które koniecznie należy w Tokio odwiedzić. Po drodze do „czerwonej dzielnicy” mijamy szintoistyczno-buddyjską świątynię. Do niej to wracający z pracy Japończycy (ci sami, którzy budują japoński cud technologiczny) wstępują, żeby w pradawny sposób pomodlić się o pomyślność oraz wykupić wróżbę lub talizman na najbliższy rok. Tak oto mieszają się tutaj sacrum i profanum w XXI wieku.

thumb_20160219_175528_HDR_1024

Powrót ze stacji Shinjuku okazuje się niełatwy. Kiedy po długim krążeniu po podziemnych korytarzach wydaje nam się, że docieramy na peron upragnionej linii Yamamoto, okazuje się, że jesteśmy znów na powierzchni ulicy, w trudnym do określenia miejscu. Na pytanie, gdzie jest właściwe wejście, kolejne trzy osoby udzielają nam całkowicie odmiennych odpowiedzi. Ania wyjaśniła nam potem, że japońska duma nie pozwala przyznać się do niewiedzy, zwłaszcza przed obcokrajowcem. Jako ofiary tego zwyczaju krążymy jeszcze bezradnie przez długi czas po naziemnych i podziemnych ulicach. W końcu, gdy jesteśmy bliscy załamania, właściwy peron objawia nam się niemal przypadkowo i już bez trudu docieramy do domu.

Dzień szósty

Przedpołudniowa wyprawa odbywa się w dwóch grupach. Ania, ja i chłopcy jedzemy do delfinarium, a Monika z Adamem zwiedzają stary zamek królewski i jego ogrody. Panowie odpoczywają, szykując siły na wieczór, przy czym odpoczynek Jacka jak zwykle polega na pisaniu kolejnej pracy naukowej. Wieczorem chłopcy zostają z filipińską nianią, a my wybieramy się wspólnie do tradycyjnej japońskiej restauracji, a potem na tradycyjną rozrywkę młodych Japończyków – karaoke.

thumb_DSC_1029_1024
thumb_DSC_1030_1024

Wejście do restauracji - jak w filmie – wąskie, słabo oświetlone schody, potem labirynt ciemnych korytarzy pomiędzy ściankami z parawanów. W końcu lądujemy w przygotowanej dla nas salce. Stół na wysokości łydki, pod stołem zagłębienie, w którym można schować nogi. Siedzi się całkiem wygodnie, choć nie ma wątpliwości, że siedzimy po prostu na podłodze. Usługuje nam dwoje Japończyków, którzy co chwilę przynoszą kolorowe miseczki z nieznanymi potrawami. Nie mamy wyboru, musimy używać pałeczek, co – po krótkim treningu – wydaje się dość proste. Wiktor uczy nas jak odkładać pałeczki. Nie można ich kłaść płasko na stole. Za oparcie mogą służyć specjalne porcelanowe lub drewniane podstawki, których tu nie ma, lub po prostu zwinięta kartonowa okładka, w której podaje się pałeczki. Przy okazji dowiadujemy się, że w żadnym wypadku nie należy przekazywać współbiesiadnikowi jedzenia z pałeczek do pałeczek ani umieszczać ich w ryżu znajdującym się w miseczce. Obie czynności związane są bowiem z pogrzebowymi rytuałami i żywym źle wróżą. Japońskie dania, choć nie przypominające w niczym europejskich, okazują się zaskakująco smaczne. Popite dużą ilością sake, wybornego wina lub piwa wprawiają nas w wyśmienity nastrój. Nic dziwnego, że nawet Jackowi i mnie, po takiej uczcie karakoke wydaje się świetną zabawą i razem z młodymi wydzieramy się, przekonując świat, że we are the champions.

thumb_DSC_1048_1024
thumb_DSC_1760_1024

Dzień siódmy

IMG_4143
IMG_4146

Ostatni dzień spędzamy w Jokohamie. Japonia postanawia pożegnać nas słonecznym, wiosennym dniem. Jesteśmy zdziwieni, że na podziemnym parkingu przy nabrzeżu jest sporo wolnych miejsc. Po chwili okazuje się, że wynika to z obaw tubylców o jego zalanie przez zdarzające się tu nierzadko tsunami Leniwie wędrujemy po nabrzeżu, zachwycając się ultranowoczesną architekturą. 500 metrów od portu znajduje się Chinatown, ponoć największe w Azji. Chińczycy przybyli tu w połowie XIX wieku, kiedy Japonia po wielowiekowej całkowitej izolacji otworzyła się nieco na świat, a rząd zezwolił na osiedlanie się obcych przybyszów. Jokohama, która bardzo ucierpiała w czasie katastrofalnego trzęsienia ziemi na początku XX wieku, jest obecnie niemal europejskim miastem, z szerokimi ulicami i nowoczesną zabudową.

IMG_4183
IMG_4214
IMG_4199
IMG_4205
IMG_4178

To nasz ostatni japoński spacer. Oboje z Jackiem mamy te same wrażenia. Jechaliśmy tu z nieufnym nastawieniem, nieco podsyconym przez relacje Terzaniego. Spodziewaliśmy się zamkniętego, nieco wrogiego społeczeństwa. Tymczasem Japonia ukazała nam się jako cudownie kolorowy, choć bardzo zaludniony, zakątek świata. Różnorodność postaw, od lolitek i zdziecinniałych panienek wystrojonych jak trzylatki i tulących do piersi małe, równie wystrojone pieski, poprzez ciężko pracujących, dumnych ze swojej pracy ludzi, miłujących muzykę i sztukę, po okrutnych wojowników i bezwzględnych żołnierzy - szczęśliwie tych ostatnich można spotkać już tylko w muzeach i historycznych zapisach. Zaczęliśmy dostrzegać mądrość tego narodu, który – żyjąc w ogromnym zatłoczeniu i ciągłym zagrożeniu naturalnymi katastrofami i ze strony silnych sąsiadów – potrafił wypracować styl życia pozwalający zachować godność i radość z przeżywanej codzienności.

DSC_1068
Read More
Atrakcje turystyczne, Japonia Anna Jassem Atrakcje turystyczne, Japonia Anna Jassem

Śladami samurajów

Wiktor dostał zaproszenie na konferencję w Kanazawie, jednym z niewielu miast w Japonii z zachowaną dzielnicą samurajską. Jako że Ignaś jest nadal zafascynowany japońskimi wojownikami, postanawiamy wybrać się całą czeredą.

kanazawa-10-of-21.jpg

Wiktor dostał zaproszenie na konferencję w Kanazawie, jednym z niewielu miast w Japonii z zachowaną dzielnicą samurajską. Jako że Ignaś jest nadal zafascynowany japońskimi wojownikami, postanawiamy wybrać się całą czeredą.

Smerfne czapeczki

Smerfne czapeczki

Kanazawa leży mniej więcej na wysokości Tokio, ale na zachodnim wybrzeżu wyspy Honsiu. Superszybkim shinkansenem pokonanie niemal 500-kilometrowej trasy zajmuje zaledwie 2,5 godziny. Za oknem migają rdzewiejące zbocza japońskich Alp. Jednak nie jest nam dane cieszyć oczu widokami. Wszystkie siły wkładamy bowiem w ujarzmienie młodszego synka. Ten - znudziwszy się skakaniem po siedzeniach i demontowaniem stoików - zaczyna zaczepiać skonsternowanych współpasażerów, m.in. zdzierając (bardzo tu modne) smerfne czapki z głów siedzących przed nami nieszczęśników. Z zazdrością spozieramy na japońskie małżeństwo z dwójeczką, która całą drogę spędza, drzemiąc lub kontemplując widoki za oknem. Mocno wymęczeni, wysiadamy na dworcu w Kanazawie, który zresztą okazuje się atrakcją samą w sobie (szklano-stalowa kopuła i ogromna drewniana brama, nawiązująca do szintoistycznych torii). Tu nasze drogi się rozchodzą. Wiktor (w wyciumkanym przez Jasinka garniturze, zupełnie nie licującym ze statusem honorowego prelegenta) jedzie na swoje występy. Ja z chłopakami - po lunchu z serii „sumimasen, nigdy nie powinnam tu była wchodzić z dwójką dzieci!” - ruszamy na miasto.

W porównaniu z amorficznym Tokio, Kanazawa bardziej przypomina miasta europejskie. Bardzo czytelna struktura miasta pochodzi ze „złotego”, wolnego od wojen okresu Edo (początek XVII - koniec XIX wieku), a jako że Kanazawa nie uległa zniszczeniom w czasie II wojny światowej, wiele z dawnych dzielnic przetrwało w całkiem niezłym stanie. W okresie Edo Kanazawa stała się trzecim najważniejszym centrum kulturalnym kraju, zaraz po Edo (Tokio) i Kioto. Do rozkwitu przyczyniło się zamiłowanie rządzącego miastem rodu Maeda do sztuki i rzemiosła, a także jego niechęć do zadzierania z szogunatem Tokugawów.

Kenroku-en

Kenroku-en

To z tego okresu pochodzi największa chluba Kanazawy, czyli wyszukany ogród Kenroku-en, uznawany za jeden z trzech najpiękniejszych ogrodów w Japonii. Jego nazwa oznacza "sześć elementów”, jako że łączy on w sobie sześć cech idealnego ogrodu krajobrazowego: przestronność. odosobnienie, widoki, dawność, wodę oraz .... sztuczność. Wijące się potoki, malownicze stawy, misterne kamienne ścieżki – wszystko to faktycznie zostało stworzone ręką człowieka. To typowo japońskie dążenie do „ucywilizowania natury” - świetnie opisuje Joanna Bator w „Japońskim wachlarzu”: "Japończycy wolą naturę w jej przetworzonej i podporządkowanej człowiekowi formie (…) Natura, nieobliczalna matka tajfunów i trzęsień ziemi, wydaje się Japończykom raczej niebezpieczna niż czarująca, mroczna i niszczycielska, a nie sielska. Dlatego lubią małe sterylne ogródki z przyciętymi pod linijkę drzewkami bonsai albo ogródki zen, gdzie w ogóle nic nie rośnie”.

Kolejny punkt programu to górujący nad miastem zamek, dawna siedziba klanu Maeda. Monumentalna biała budowla, otoczona fosą i kamiennym murem robi spore wrażenie. Niestety - ku wielkiemu zawodowi Ignasia – wnętrza okazują się zupełnie współczesne (do 1989 r. zamek był siedziba tutejszego uniwersytetu, a wcześniej mieścił się tu garnizon wojskowy).

kanazawa (3 of 21)

kanazawa (3 of 21)

Jeszcze wizyta u fryzjera z Ignasiem i wracamy do numeru. Późnym wieczorem dołącza do nas ledwo żywy Wiktor, który po 40-minutowej przemowie i 2-godzinnej sesji pytań musiał jeszcze zaliczyć dwa wydane na swoją cześć przyjęcia.

W pokoju hotelowym na wszystkich członków rodziny czekają kapciuszki

W pokoju hotelowym na wszystkich członków rodziny czekają kapciuszki

Kolejnego dnia, już razem, zaczynamy zwiedzanie do dawnej dzielnicy samurajów Nagamachi. Wiele z oryginalnych domów zostało zburzonych w czasie japońskiej rewolucji przemysłowej. Do dziś ostało się kilka wąskich uliczek z odrestaurowanymi domami samurajskimi, otoczonymi wysokimi glinianymi murami. Najbardziej okazałe dostępne są dla publiczności.

stara dzielnica

stara dzielnica

Zahaczając o chram Oyama i wzgórze zamkowe, przebijamy się na drugą część miasta, do dawnego centrum rozrywki Higashi Chaya. Błądzimy w labiryncie urokliwych, drewnianych budynków. Do dziś czynne są ponoć jedynie dwie tradycyjne herbaciarnie, w których odbywają się przyjęcia z udziałem gejsz. Pozostałe budynki zostały zamienione w sklepy z pamiątkami czy restauracje. Mimo tłumu turystów, miejsce emanuje urokiem i spokojem.

Kończymy piknikiem w ogrodzie Kenroku-en, który bardzo chcemy pokazać też Wiktorowi i jedziemy na dworzec, drżąc na myśl o czekających nas dwóch i pół godzinie tortur.

https://www.youtube.com/watch?v=8D14QdFaiQc

Read More
Atrakcje turystyczne, Japonia, Tokio Anna Jassem Atrakcje turystyczne, Japonia, Tokio Anna Jassem

Tokijskie wakacje

"Mamo, a ile będę miał lat, jak będziemy wracać z tych wakacji w Tokio do Brukseli?" spytał ostatnio Ignaś, dobrze oddając stan ducha całej familii. Mimo (bardzo intensywnej) pracy Wiktora i ignasiowej szkoły, cały czas czujemy się trochę jak turyści. Wszystko nas fascynuje i nawet zwykła przejażdżka metrem nadal stanowi nie lada atrakcję. Podobno ta faza zauroczenia mija po kilku miesiącach (już teraz irytuje nas brak twarogu czy dezodorantu w kulce), ale tymczasem chciałoby się krzyknąć "chwilo trwaj". W dodatku pogoda zrobiła się absolutnie hiciorska (dwadzieścia parę stopni i piękne słońce), tak więc większość czasu spędzamy poza domem.

harajuku-2.jpg

"Mamo, a ile będę miał lat, jak będziemy wracać z tych wakacji w Tokio do Brukseli?" spytał ostatnio Ignaś, dobrze oddając stan ducha całej familii. Mimo (bardzo intensywnej) pracy Wiktora i ignasiowej szkoły, cały czas czujemy się trochę jak turyści. Wszystko nas fascynuje i nawet zwykła przejażdżka metrem nadal stanowi nie lada atrakcję. Podobno ta faza zauroczenia mija po kilku miesiącach (już teraz irytuje nas brak twarogu czy dezodorantu w kulce), ale tymczasem chciałoby się krzyknąć "chwilo trwaj". W dodatku pogoda zrobiła się absolutnie hiciorska (dwadzieścia parę stopni i piękne słońce), tak więc większość czasu spędzamy poza domem.

Jasinek koło 11tej wskazuje znacząco na swoje buciki i wózek, dając znak, że czas ruszać do parku. Po krótkiej przerwie (na jaśkową drzemkę i moją naukę w Starbucksie) wracamy do parku, tym razem z Ignasiem. Białych dzieci jest tu co najmniej tyle co skośnookich (w każdym razie na pewno bardziej dają się we znaki) i tymczasem - zamiast japońskiego - ćwiczymy głównie francuski.

japonskie maluchy

japonskie maluchy

W weekendy kontynuujemy eksplorację Tokio. W ostatni weekend pada na pełną kontrastów dzielnicę Harajuku. Z jednej strony to centrum kiczu i subkultur wszelkiej maści. Na słynnym deptaku Takeshita-dori pozują do zdjęć przebrane za francuskie hrabiny czy gotyckie lolitki nastolatki, a w niezliczonych butikach można nabyć najbardziej wymyślne kostiumy i akcesoria (wiemy już, gdzie będziemy się zaopatrywać na imprezy karnawałowe w Brukseli). Ale już po chwili atmosfera festynu ustępuje miejca szykowi i elegancji w postaci wysmakowanej alei handlowej Omote-sando, czyli tokijskich Champs-Élysées.

harajuku

Harajuku

Z mekki mody i konsumpcji zaledwie kilkuminutowy spacer wśrod pięknych, starych drzew prowadzi do najważniejszego chramu szintoistycznego w Tokio. Położona na terenie parku Yoyogi, Meiji Jingū została wybudowana w latach dwudziestych XX wieku ku czci ojca współczesnej Japonii - cesarza Meiji i jego małżonki Shoken. Animistyczny szintoizm jest najstarszą religią Japonii, ale od początku harmonijnie współegzystuje z przybyłym z Chin buddyzmem. Podobno nie jest niczym niezwykłym łączenie obu obrzędów (np. ślub według tradycji szintoistycznej, pogrzeb według buddyjskiej). W Meiji Jingū trafiamy akurat na szintoistyczny ślub, a także coroczną ceremonię … pogrzebu zabawek (Japończycy uważają, że lalki i pluszaki też mają “dusze” i nie można ich tak po prostu wyrzucić bez odpowiedniego pożegnania i podziękowania za wspólnie spędzone lata).

Szintoistyczna ceremonia ślubna

Szintoistyczna ceremonia ślubna

Modlitwy pozostawione przez odwiedzających

Modlitwy pozostawione przez odwiedzających

O dziwo, największym minusem tokijskich wakacji jest dla nas chluba Japończyków, czyli tutejsza kuchnia. Po kilku mocno nietrafionych eksperymentach (pozbawione jakiegokolwiek smaku tofu czy tempura, warzywa w sosie typu krochmal) postanawiamy trzymać się sprawdzonych smaków. Ale okazuje się, że po miesiącu nawet rameny i sushi mogą się opatrzyć. Sushi - o zgrozo! - bardziej smakowało nam zresztą w Europie. Tutejsze jest dla nas zbyt "dosłowne" (węgorz ma skórę, krewetki oczy, a ośmiorniczki macki). Nie ma rady - trzeba będzie wrócić do samodzielnego gotowania, zwłaszcza że nasze garnki - wraz resztą dobytku - właśnie dotarły do Tokio. W dodatku niedaleko domu znaleźliśmy całodobowy supermarket przeznaczony głownie dla kucharzy. Produkty w nieatrakcyjnych, standardowych opakowaniach, ale za to ceny znacznie niższe niż w okolicznych spożywczakach, a wielkość porcji bardziej odpowiadająca naszym potrzebom (Ignaś aż jęknął na widok 700-gramowej kostki ukochanego cheddara).

Teraz zakupy robimy tu

Teraz zakupy robimy tu

Read More