Uciekając przed tajfunami, czyli wypad na półwysep Izu
Dopiero co były wakacje, a tu chłopaki znowu mają 2 tygodnie wolnego (tak, tak - ku naszej rozpaczy, w szkole francuskiej jest więcej dni wolnych niż szkolnych). Żeby się nie pozabijać w domu, postanawiamy spędzić tydzień na malowniczym półwyspie Izu, jakieś 100 km na południe od Tokio.
Dopiero co były wakacje, a tu chłopaki znowu mają 2 tygodnie wolnego (tak, tak - ku naszej rozpaczy, w szkole francuskiej jest więcej dni wolnych niż szkolnych). Żeby się nie pozabijać w domu, postanawiamy spędzić tydzień na malowniczym półwyspie Izu, jakieś 100 km na południe od Tokio. Wyruszamy z jednodniowym opóźnieniem, czekając aż nad Tokio przewali się tajfun. Sceneria zapiera dech w piersiach: wijąca się nad samym oceanem autostrada, schodzące do wody wzgórza, śmigający na falach surferzy. Nie na darmo Izu przyrównuje się do włoskiego wybrzeża Amalfi.
Sielanka nie trwa jednak długo. Uroczy domeczek w okolicach Atami - dla niepoznaki nazwany „Beach House” - okazuje się w istocie domkiem dróżnika. Co 10 minut całym lokum rzuca jak przy porządnym trzęsieniu ziemi. Chłopaki zachwycone, my trochę mniej, zwłaszcza że po raz pierwszy od wielu lat zarezerwowaliśmy aż 6 nocy w jednym miejscu.
Braki lokalowe postanawiamy nadrobić pyszną kolacją. Z okien samochodu miasteczko jawiło nam się co najmniej jako japoński Neapol. Przy bliższej inspekcji okazuje się jednak, że jedyne lokalne atrakcje to stacje benzynowe i fastfoody. Chłopaki decydują się na lokalną hamburgerownię, ale – jak to ujmuje Jasiek – „nawet hocek [soczek] jest hydny [ohydny]”. Jak niepyszni ruszamy w drogę powrotną – 2 kilometry nieoświetloną, miejscami niemal pionową drogą. Przezorna Mila włącza syrenę, żebyśmy nie umknęli uwadze mijających nas samochodów. W Tokio nie mamy telewizji, więc resztę wieczoru z zafascynowaniem oglądamy japońskie teleturnieje, poziomem idiotyzmu dorównujące chyba tylko telewizji włoskiej. Po ostatnim pociągu o 23:30 udajemy się do łóżek, ale już punkt 5:00 następuje brutalna pobudka i tym razem wyjątkowo nie jest to nasza „akaczanka” (jak nazywamy pannę Milę, zainspirowani japońskim określeniem niemowlaka - akachan: aka = czerwone, chan – słodziactwo).
Na dworze szaruga i ziąb, ale „nie ma zmiłuj”. Obiecaliśmy chłopakom rejs po jeziorze w nieodległym Hakone – górskim kurorcie, popularnym ze względu na gorące źródła i idealny widok na gorę Fuji (jeszcze się nie załapaliśmy). Bez entuzjazmu ładujemy się na statek, a tu niebo znienacka się przeciera i naszym oczom ukazuje się majestatyczny Fuji-san. Niespodzianka to tym milsza, że przy poprzednich podejściach do świętej góry zawsze trafialiśmy na gęstą mgłę.
Zimno okropnie, ale nie obejdzie się bez selfie przed słynną „pływającą” bramą torii na brzegu jeziora Ashi. Na zdjęciach „unosząca” się na wodzie brama urzeka niezwykłym spokojem. W rzeczywistości po fotkę trzeba odstać swoje w długiej, wielojęzycznej kolejce. Pniemy się jeszcze do – położonego na wzgórzu - głównego budynku świątyni. Spowite we mgle ogromne cedry nadają miejscu tajemniczości i magii.
Do domku dróżnika nie uśmiecha nam się wracać. W pobliżu Ito – trochę dalej na południe – udaje nam się znaleźć bardzo okazyjny ryokan z onsenem. Problemem okazuje się tylko dostanie się na miejsce. Stroma, nieoświetlona serpentyna w środku lasu, która zaproponował nam nasz pomysłowy GPS, wydaje się zbyt wąska nawet dla jednego samochodu. A tu co chwila trafiamy na pomykające w przeciwnym kierunku furgonetki. Jakimś cudem docieramy jednak na miejsce w nienaruszonym stanie. Dzień kończymy w onsenie i jest cudnie.
Budzi nas ulewny deszcz. Niestety miejscowe muzeum sztuki współczesnej – bardzo zachwalane przez przewodniki – akurat w środy nieczynne. Postanawiamy więc wrócić do Atami, którego muzeum sztuki azjatyckiej podobno również warte grzechu. Pniemy się, zdaje się, pionową drogą na sam szczyt królującego nad Atami wzgórza. Kilka razy mamy wrażenie, że samochód fiknie koziołka do tylu. Niestety, gdy w końcu docieramy do celu, na bramie wejściowej trafiamy na informację, że akurat tego dnia odbywa się zmiana wystawy. Hmmm – żeby nie ująć tego dosadniej – 2 godziny w samochodzie na nic... Na osłodę trafia nam się klimatyczna świątynka shinto z drugim najstarszym w Japonii - liczącym ponad 2 tysiące lat – drzewem kamforowym. Kolos ma aż 23 metry średnicy i w dodatku spełnia życzenia.
Highlightem dnia okazuje się jednak – zauważona zupełnie przypadkiem – kafejka Kinowa. Wesołe, jasne wnętrze z kącikiem dla dzieci i mini-onsenem, przesympatyczna rodzina właścicieli, a przede wszystkim najwspanialsze dania z warzyw, jakich zdarzyło nam się doświadczyć w Japonii.
Kolejnego dnia w końcu wychodzi wspaniałe słońce. Chcemy więc wyruszyć trochę wcześniej niż zwykle. Jednak Ignasia – który na ogół jest w naszej rodzinie największym skowronkiem - nie da się wyciągnąć z łóżka. W trakcie śniadania pokłada się nieżywy na kanapie, a przez resztę dnia marudzi jak przymuszony do wakacji z rodzicami nastolatek. Nic mu się nie podoba. Ani Kawazu Nanadaru – piękny leśny szlak, pełen atrakcji dla małych piechurów - wspaniałych wodospadów, wiszących mostów, stromych schodów („Łee, 30 metrów to wcale nie tak dużo jak na wodospad”). Ani zapierające dech wybrzeże Jogasaki z ogromnymi falami rozbijającymi się o przybrzeżne skały („A czemu nie można się kapać?”).
Za to Jasiek maszeruje jak najdzielniejszy chodziarz. Bez jednego mruknięcia pokonuje obie kilkukilometrowe trasy. Również panna Mila spisuje się wzorowo, drzemiąc smacznie w nosidle. Już jakiś czas temu zauważyliśmy ciekawą prawidłowość – gdy jedno z naszych dzieci ma gorszy dzień, pozostałe zachowują się bardziej litościwie, chyba podświadomie czując, ze nie mogą nas całkowicie wykończyć. Kiedy po powrocie do hotelu Ignaś odmawia wizyty w onsenie, zastanawiamy się, czy nie jechać z nim do szpitala. Dopiero gdy rzuca się do ładowania tableta, który poprzedniego wieczora miał jeszcze 50% baterii, odkrywamy że pół nocy spędził wpatrzony w ekran.
Rekwirujemy nieszczęsny tablet (odtąd będzie udostępniany jedynie na długie przejazdy samochodowe) i rano odzyskujemy naszego normalnego, radosnego synka. Wyciągiem krzesełkowym wciągamy się na górę Ōmuro – wygasły wulkan w kształcie odwróconej miseczki ryżu. Widok ze szczytu zapiera dech. Pod stopami intensywnie zielony 300-metrowy krater. W tle skrzący się w słońcu ocean i majestatyczne góry, w tym oprószony pierwszym w tym roku śniegiem Fuji-san. Spróbujemy wrócić tu w lutym, gdy obywa się ceremonia yamanaki – podpalenia góry.
Po południu ponownie próbujemy sił w muzeum w Atami. Tym razem mamy więcej szczęścia. Od samej kolekcji (głownie utensylia do ceremonii herbacianej) większe wrażenie robi na nas architektura muzeum, łącząca minimalizm z elementami iście futurystycznymi. Całość zaliczamy w tempie ekspresowym, bo tym razem opcję mędzenia włączył Jasiek.
Niestety na weekend znowu zapowiadają tajfun, więc – po kolejnej wizycie w café Kinowa - ruszamy do Tokio.
Wypad krótszy niż planowaliśmy i nie bez drobnych wpadek, ale i tak było super!
Wygrywamy wycieczkę do Wakayamy!
Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).
Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).
I tak o 5:30 wyruszamy dziarsko na lotnisko (wyściskawszy jeszcze oba stwory, które wiedzione jakąś intuicją budzą się tuż przed naszym wyjściem). W taksówce uskuteczniamy najdłuższą od przyjazdu do Tokio konwersację w języku japońskim. O dziwo, taksówkarz nie bardzo kojarzy, dokąd się wybieramy (Waka-co?). Na lotnisku, witusiowym zwyczajem, jesteśmy pół godziny przed czasem. Niestety Starbucks o tej porze jeszcze zamknięty, a w pozostałych miejscach kawy można się napić wyłącznie w zestawie z curry lub udonem. Tak zdesperowani nie jesteśmy. O 6:30 spotykamy pozostałych „wybrańców”. W sumie jest nas (parszywa?) dwunastka – bardzo różne, ale wydaje się ciekawe, postaci. Bez zbędnych ceregieli (zdejmowania butów czy spowiadania się z przewożonych płynów) wsiadamy do samolotu. Przed samym startem trójka bagażowych ustawia się na baczność, po czym głęboko kłania i macha do nas na do widzenia (ku naszemu wzruszeniu, większość pasażerów odmachuje).
Na maciupeńkim acz bardzo malowniczo położonym lotnisku Nanki-Shirahama (które sponsoruje nasza wycieczkę) lądujemy o 8:30. I tu pierwszy niespodzianka –„anglojęzyczna przewodniczka” okazuje się starszą panią z Osaki, która w pilotowaniu wycieczek nie ma wcześniejszego doświadczenia, a po angielsku duka mniej więcej tak jak my po japońsku. Niezrażeni pakujemy się do autobusu, by natychmiast zanurzyć się w dzikie, górskie krajobrazy Półwyspu Kii. Strome zbocza porośnięte gęstymi lasami, urwiste brzegi rzek, idylliczne wioseczki – aż trudno uwierzyć, ze jeszcze przed chwilą byliśmy w Tokio.
Po dwóch godzinach jazdy docieramy do słynnego szlaku pielgrzymkowego Kumano Kodo, wpisanego (jako drugi na świecie, obok hiszpańskiego Camino de Santiago) na listę dziedzictwa kultury UNESCO. To tutaj od ponad tysiąca lat pielgrzymowali Japończycy wszystkich stanów i klas, w tym rezydujący w Kioto cesarze i arystokraci. Z pierwotnych 300 kilometrów, łączących trzy wielkie świątynie, do dzisiaj zachowało się ponad 70 km szlaków. My zaczynamy w punkcie widokowym Fushiogami-oji - miejscu, do którego dawni pielgrzymi docierali po wielu dniach marszu i padali na kolana, zobaczywszy po raz pierwszy cel swojej wędrówki. Mijamy dawny punkt poboru opłat i wchodzimy w piękny soczystozielony las. Po szarym Tokio takie uderzenie zieleni przyprawia o zawroty głowy. Mamy szczęście, bo udaje nam się uniknąć deszczu, choć to podobno drugi (po wyspie Yakushima) najbardziej deszczowy region Japonii (4000 ml opadów rocznie, w porównaniu z 1600 w Tokio). W dodatku szlak jest zupełnie pusty. Byłoby magicznie, gdyby nie „uroki” grupowej wycieczki. I tak, od połowy drogi asekuruję nie pierwszej już młodości Libankę, której na kamiennych stopniach bardzo doskwiera kolano (przewodniczka zapewniała ją przed wymarszem, ze trasa jest bardzo łagodna…). Dowiaduję się za to sporo o historii Libanu (z którego Madelaine uciekła w czasie wojny domowej) i o teatrze noh (któremu jest oddana cała jej japońska rodzina).
Po niecałych 4 kilometrach (i półtorej godzinie marszu) docieramy do chramu Kumano Hongu Taisha, w którym zbiegają się wszystkie szlaki Kumano Kodo. Świątynia początkowo była położona nieco niżej, ale uległa niemal całkowitemu zniszczeniu w wyniku wielkiej powodzi z 1889. Ocalone budynki przeniesiono w bezpieczniejsze miejsce, a w miejscu pierwotnej świątyni w 2000 roku wzniesiono największą w Japonii bramę torii (34 metry wysokości, 42 szerokości). Koreanka Jin odmawia wejścia na teren świątyni, tłumacząc że jej rodakom szintoizm (do 1945 narodowa religia Japonii) kojarzy się z japońską okupacją Korei (1910-1945). Dzisiaj Korea jest jednym z niewielu azjatyckich krajów, w których dominującą religią jest chrześcijaństwo.
Wątek wojenny pojawia się ponownie w czasie lunchu (w wersji bezmięsnej: tofu z tartym gobo). Amerykanin Sherwin potwierdza historię, która słyszałam już na kursie gotowania. Otóż w czasie drugiej wojny światowej amerykańskich jeńców karmiono właśnie korzeniem gobo. To jedno ze smaczniejszych i najbardziej odżywczych japońskich warzyw, choć wygląda jak zapiaszczony badyl. Po wojnie zarządcy więzienni zostali ponoć oskarżeni przez aliancki wymiar sprawiedliwości za karmienie jeńców korzeniami drzew…
Wracamy do autobusu. Kręta droga wśród zamglonych szczytów jest piękna i tajemnicza. Naszym celem (i główną atrakcją całej wycieczki) jest Kōya-san - święta góra buddyjska. To tutaj w IX wieku młody mnich Kūkai (znany po śmierci jako Kōbō-Daishi), ustanowił pierwszą wspólnotę ezoterycznego buddyzmu o nazwie Shingon (dosł. „prawdziwe słowo”). Dziś ten nurt buddyzmu liczy 10 milionów wyznawców i niemal 4000 świątyń, z których ponad 110 znajduje się w Kōya-san. Sam Kōbō-Daishi był zaś nie tylko reformatorem religijnym, ale także uczonym, poetą, kaligrafem oraz wynalazcą dwóch japońskich alfabetów sylabicznych (hiragany i katakany).
Niestety z powodu deszczu i długiego postoju w sklepie z pamiątkami na miejsce dojeżdżamy z półtoragodzinnym opóźnieniem. Sprintem puszczamy się do świątyni Kongōbu-ji (głównej świątyni sekty Shingon), gdzie chcieliśmy zobaczyć największy w Japonii kamienny ogród. Jednak mimo błagań nie udaje nam się już wejść do środka. W strugach deszczu docieramy jeszcze do kompleksu świątynnego Danjo Garan (z ogromną podświetloną pagodą) i do okazałej bramy Daimon (tę jednak ledwo widzimy z powodu zapadających ciemności).
Przemoczeni i zawiedzeni wleczemy się do klasztoru Jizu-in, w której mamy spędzić noc (opcję noclegu proponuje niemal połowa tutejszych klasztorów, choć w „naszym” jesteśmy pierwszymi w tym roku cudzoziemcami). Tu czeka nas kolejna niemiła niespodzianka: zamiast do obiecanego prywatnego pokoju z łazienką, Wiktor trafia do panów, a ja do pań. Toaleta na korytarzu, a łazienki brak. Nasz zawód trochę rekompensuje wspaniała wegańska kolacja w stylu buddyjskim (shōjin ryōri). Mnisi buddyjscy nie używają żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego. Stronią też od roślin o ostrym smaku (takich jak czosnek czy cebula). Główne źródło białka stanowią warzywa strączkowe (zwłaszcza soja, z której wytwarza się tofu) oraz orzechy. Czujemy się trochę, jak robaczki z „entliczka-pentliczka”, bo w naszym menu tofu pojawia się aż w czterech odsłonach: gotowane (yudōfu), mrożone, suszone a potem gotowane (koyadōfu, dosłownie “tofu z góry Koya”), ze zmielonego sezamu (goma dofu) oraz jako sos do sałatki (shira ae). Oprócz tego obowiązkowy ryż i zupa miso, a także pikle, czarna soja, warzywna tempura oraz przepyszne owoce. Obsługujący nas mnich zapewnia, że codzienne jedzenie klasztorne jest dużo skromniejsze.
Kolacja w stylu shojin-ryori
Po kolacji – już we własnym zakresie – dołączamy do nocnej przechadzki po cmentarzu Okunoin - największej nekropolii w Japonii. Oprócz mauzoleum Kōbō Daishi znajduje się tu ponad 200 tysięcy grobów. Porośnięte mchem nagrobki, ogromne cedrowe drzewa (najstarsze mają ponad 1000 lat), nikłe światła latarni. Do tego pustka i cisza, zmącona jedynie uderzającymi o parasole kroplami deszczu. Wszystko to tworzy zupełnie niezwykły klimat. Nasz przewodnik - przesympatyczny mnich buddyjski - wprowadza nas w arkana japońskiej religijności. Tłumaczy, że pokojowe występowanie dwóch głównych wyznań (szintoizmu i buddyzmu) gwarantuje przede wszystkim jasny podział ról – szintoizm zajmuje się początkiem (narodzinami, ślubami), a buddyzm końcem (ceremoniami pogrzebowymi). Za cechę odróżniającą Shingon od innych nurtów buddyjskich uznaje natomiast nacisk na „tu i teraz”. Shingon naucza, że każdy (i to za tego życia) może osiągnąć oświecenie i stać się Buddą. Do wyzwolenia wewnętrznego potencjału niezbędne jest kultywowanie tzw. „trzech tajemnic”, czyli właściwy trening ciała (symboliczne gesty, tzw. mudry), mowy (mantry) i umysłu (medytacja).
Po dwóch kilometrach docieramy do najświętszej części cmentarza. Przez zapierającą dech Halę Lampionów (gdzie dzień i noc pali się 10 tysięcy lampionów ofiarowanych przez wiernych) dochodzimy do miejsca ostatniego spoczynku Kōbō-Daishiego. Wyznawcy Shingon wierzą, że ich mistrz nigdy tak naprawdę nie umarł, a wstąpił w stan wiecznej medytacji i modlitwy za cierpienia tego świata. W tym wysiłku mają go wspomóc dostarczane dwa razy dziennie posiłki. Nasz przewodnik zachęca nas do zamknięcia oczu i pomyślenia marzenia, po czym odśpiewuje sutrę w naszej intencji.
Żegnamy się serdecznie z mnichem, kłaniamy Kōbō-Daishiemu i wracamy do naszego klasztoru. Jeszcze szybka wizyta w łaźni i wracamy do naszych sypialni, gdzie czekają już na nas ułożone jeden przy drugim futony i twarde jak kamień poduszki ryżowe.
Po nocy urozmaiconej pochrapywaniem kompanów, czas na kolejną wczesną (6:00) pobudkę i poranne modły. Monotonne recytacje sutr i zapach kadzideł przenoszą nas w jakąś zupełnie inną rzeczywistość. Po śniadaniu (będącym okrojoną wersją kolacji) ruszamy w dalszą drogę. Czujemy ogromny niedosyt i chętnie zostalibyśmy dłużej w Koya-san zamiast kisić się znów w autobusie.
Nasz pierwszy przystanek to zamek w Wakayamie, stolicy prefektury. Wspinamy się na dach górującej nad miastem budowli, skąd rozpościera się malowniczy widok na okolicę. Potem sekretnym, krytym mostkiem (który umożliwiał zamkowe schadzki) przechodzimy do wymanikurowanego ogrodu, gdzie przemyślane jest ułożenie każdego kamyczka. Najciekawszy okazuje się jednak lokalny festiwal (matsuri), na który trafiamy zupełnie przypadkiem w drodze powrotnej do autobusu.
Z zamku żółwim tempem (bo większość dróg zamknięta z powodu maratonu) zmierzamy w stronę mariny. Tutejsze atrakcje to m.in. wielki targ rybny (gdzie trafiamy na pokaz ćwiartowania tuńczyka), stragany z owocami (Wakayama słynie z produkcji cytrusów) i park rozrywki Porto Europa z rekonstrukcjami włoskich i francuskich uliczek.
Jeszcze tylko godzina w autobusie i jesteśmy na lotnisku Kansai, by po trzech godzinach uściskać nasze stęsknione pyszczki.
Na pewno nie był to stracony weekend. Poznaliśmy sporo ciekawych ludzi, a do Koya-san jeszcze wrócimy, by na spokojniej odkryć jego uroki. Z punktu widzenia sponsora (lotnisko Nanki-Shirahama) wycieczkę trzeba jednak uznać za promocyjną klapę. Choć w pobliżu samego lotniska jest sporo atrakcji (m.in. efektowne klify i jaskinia, która przez długie wieki stanowiła kryjówkę piratów), spędziliśmy dwa dni w autobusie, żeby przekonać się, ze do Koyasan czy Wakayamy zdecydowanie łatwiej jest dotrzeć z lotniska Kansai. Cóż, jak głosi mądrość ludowa, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby :)
Tokijska "Mała Polska"
Po 10 wspólnych latach w brukselskim tyglu kulturowym uświadomiliśmy sobie, że znakomitą większość naszych znajomych stanowią pracujący w instytucjach europejskich Polacy, najczęściej posiadacze dwójki dzieci. Polką była nasza pani sprzątająca, z Polski sprowadzaliśmy meble, książki i papierową „Politykę”, a w polskich sklepach zaopatrywaliśmy się regularnie w twaróg, jabłka i pigwówkę.
Po 10 wspólnych latach w brukselskim tyglu kulturowym uświadomiliśmy sobie, że znakomitą większość naszych znajomych stanowią pracujący w instytucjach europejskich Polacy, najczęściej posiadacze dwójki dzieci. Polką była nasza pani sprzątająca, z Polski sprowadzaliśmy meble, książki i papierową „Politykę”, a w polskich sklepach zaopatrywaliśmy się regularnie w twaróg, jabłka i pigwówkę.
Wszystko miało się zmienić w Tokio. Będziemy zgłębiać inne kultury (z japońską na czele) i nawiązywać przyjaźnie z przedstawicielami wszystkich nacji, ras i wyznań! Początki faktycznie zapowiadały się nieźle. Na kursie kuchni indyjskiej poznaję dwójkę Amerykanów, Australijkę, Serba i kilka Japonek. W Ignasiowej szkole dominują mali Francuzi i Japończycy w proporcji (na oko) 40:60%. W naszej „międzynarodowej” dzielnicy (Hiroo) japoński miesza się z angielskim i francuskim, ale polskiego (dotąd) nie uświadczyliśmy.
Jednak obywatelski obowiązek wzywa. Udajemy się więc karnie do polskiej ambasady oddać głos w wyborach parlamentarnych. Tam dowiadujemy się, że w Tokio funkcjonują dwie (!) sobotnie szkoły polonijne. Ano tak, mimo że tokijska polonia liczy raptem 350 osób (w całej Japonii jest niewiele ponad 1300 Polaków), już zdążyło dojść do schizmy... Na samodzielną lekturę „Pana Tadeusza” pewnie jeszcze trochę poczekamy, ale już po drugich zajęciach nasze dziecko zadziwia nas zwrotami typu „poproszę” i „słucham?” zamiast dotychczasowych „daj” i „coooo?”.
Przez szkołę polonijną zostaję zwerbowana do jurorowania w konkursie języka polskiego, organizowanym co roku przez ambasadę RP. Tam z kolei poznaję dziewczyny z jednego z dwóch (a jakże!) portali polonijnych. Natychmiast zgłaszam się na ochotnika, zwłaszcza że jest o czym pisać, bo polskich imprez kulturalnych jest w Tokio od liku. Mam okazję rozmawiać m.in. ze światowej sławy polską śpiewaczką operową, Iwoną Sobotką oraz z fenomenalnymi muzykami elektronicznymi z wytworni U Know Me Records.
Oprócz garstki Polaków, jest też w Tokio nieliczna, acz prężna, grupa polonofilów. Na Tokijskim Uniwersytecie Studiów Międzynarodowych (TUFS) co roku naukę naszego języka rozpoczyna około 15 studentów. Skąd taki egzotyczny pomysł? Jedna ze studentek - pod wpływem mangi „Ten no Hate Made” („Aż do nieba”), opowiadającej o życiu księcia Józefa Poniatowskiego - zafascynowała się na przykład polską historią. Innych oczarowała polska literatura, film, teatr.
Trafiają się nawet miłośnicy polskiej kuchni. Poznajemy m.in. japońską pisarkę Mihoe Sano, która organizuje cykliczne polskie imprezy kulinarne. Sama mam okazje udzielić lekcji kuchni polskiej grupie dziesięciorga Japończyków. Robimy barszcz … ukraiński (polską specyfiką jest podobno dodatek białej fasoli), a na drugie: kaszę gryczaną (której, o dziwo, kursanci nigdy wcześniej nie jedli, choć to z mąki gryczanej produkowany jest popularny makaron soba), surówkę z kapusty kiszonej i sos z suszonych prawdziwków. Kolejne lekcje zaplanowane są na wrzesień i grudzień.
Z adeptami polskiej kuchni
Czyżby po raz kolejny „ucieczka od polskości” okazała się niemożliwa?