Rodzinne spotkanie w japońskich Alpach

Po dwóch dniach spędzonych z Jasinkiem w Kanazawie spotykamy resztę Kociej Rodzinki. Wspólnie kontynuujemy podróż po górzystym regionie Hida.

Pierwszy punkt na naszej trasie to Takayama. Jeszcze w oczekiwaniu na przyjazd reszty rodziny odwiedzamy uroczą przytulną kafejkę.

thumb_IMG-20171015-WA0005_1024.jpg

Po dwóch dniach spędzonych z Jasinkiem w Kanazawie spotykamy resztę Kociej Rodzinki. Wspólnie kontynuujemy podróż po górzystym regionie Hida.

Pierwszy punkt na naszej trasie to Takayama. Jeszcze w oczekiwaniu na przyjazd reszty rodziny odwiedzamy uroczą przytulną kafejkę. Wszechobecne połączenie cieniutkich białych ścian z czernią drewnianych obramowań tu zostało zminiaturyzowane do dwóch pomieszczeń, w których z trudem mieściły się trzy stoliki. Wszystko czyściutkie, schludne, „ujutne”. Przemiła obsługa dwojga mocno starszych właścicieli. Prowincjonalny region, który tym razem zwiedzamy, pełen jest kruchych, ale jakże żwawych staruszków. Uwijają się w punktach obsługi turystów, kafejkach i restauracjach, hotelach i na turystycznych szlakach. Ich przygarbione postacie widoczne są niemal wszędzie. Jest to, widoczna także w dużych miastach, wspierana przez państwo forma aktywizacji zawodowej ludzi w starszym wieku. Młodzieży jest znacznie mniej niż na ulicach Tokio, zaś w ogóle nie spotyka się występujących często w stolicy, infantylnych panienek hołubiących w dziecinnych wózeczkach swoje wystrojone pieski.

23838516208_f697182c98_o.jpg

W Takayamie zachwyca nas starówka – stare ponad trzystuletnie domki, wąskie uliczki i sklepiki, w których eksponaty i sposób ich wystawienia to niekończąca się pochwała piękna i dobrego smaku. Wielokrotnie w trakcie tej wędrówki styl życia Japończyków i ich uwielbienie dla celebrowania chwili przypomina nam smakowanie życia przez Toskańczyków.

37021075923_b08e9e200f_o.jpg

Późnym popołudniem ruszamy do następnego etapu naszej podróży. Jest to Hirayu Onsen - termalne źródła położone na zboczu góry Norikura, w sercu Hida - japońskich Alp. Naturalne lecznicze właściwości tych źródeł powodują, że region cieszy się dużym zainteresowaniem turystów. Wysiadamy z autobusu w magicznej, spowitej mgłą wioseczce. Uroczy ryokan (tradycyjny japoński hotel) zaskakuje nas swoim luksusem, ale przede wszystkim niejapońskim rozmiarem. W obszernym pokoju znajdują się dwa centralnie położone „legowiska” (futony) ułożone na matach tatami, rozsuwane szafy, a nawet dwie wnęki do pracy, które nocą służyć będą za sypialnie dla chłopców. Wszystko ascetyczne, w tradycyjnej biało-czarnej japońskiej geometrycznej stylistyce, ale jednocześnie pięknie oświetlone i dyskretnie udekorowane obrazem i współgrającym z nim wazonem. W szafach znajdują się jukaty (rodzaj domowego kimona), a dla mężczyzn dodatkowo szare kurty bez rękawów. Jacek natychmiast przebiera się w ten strój. Ku mojemu zaskoczeniu dodatek tego bezkształtnego szarego giezła nadaje całości bardzo męskiego wyglądu. Oto stoi przede mną wyrośnięty nad miarę samuraj.

Wieczorem udajemy się na kolację do pobliskiej restauracji. Niby wieczorny posiłek to codzienność, ale dla mnie zderzenie z japońskim menu to zawsze duże wyzwanie. Już wiem, że soba - czyli robiony ręcznie regionalny gryczany makaron, mający podobno duże walory odżywcze - jest jadalny. Udaje mi się także znaleźć jakieś nadające się do spożycia dodatki. Pozostała część rodziny nie ma podobnych ograniczeń – z apetytem zjadają wszystkie oferowane potrawy: Jacek – jak zawsze ciekaw nowych smaków, a Ania, Wiktor i Chłopcy – po dwuletnim pobycie przyzwyczajeni już do japońskiej kuchni.

Po kolacji wybieramy się całą rodziną do onsenu. To coś w rodzaju prywatnego jacuzzi pod gołym niebem, otwartego na otaczający miniogród. Mrok rozświetla, ukryta wśród krzewów, lampa. Z kamieni sączy się gorące źródełko, które nieustannie zasila nasz onsen. Niepewnie, zgodnie z tradycją nago, wchodzimy po kamiennych schodkach do wody. Dziwne wrażenie – ma ona wyraźnie odgraniczone dwie warstwy. Na górze jest niemal parząca, bowiem wydobywa się najpewniej z czeluści wulkanicznej ziemi, a na dole zimna. Naturalne gorące źródełka będziemy następnego dnia spotykać w wiosce w wielu miejscach. Przy jednej z restauracji zbudowano nawet położony na skraju ulicy mały kamienny zbiornik, w którym, termiczny wrzątek wykorzystuje się do gotowania jajek.

thumb_IMG-20171015-WA0005_1024.jpg

Wieczór w onsenie jest jak czarowna bajka z tysiąca i jednej nocy. Po wymoczeniu się w gorącej wodzie odpoczywamy na szerokim, wyłożonym puchatymi ręcznikami podgrzewanym łożu. Japończycy cenią sobie wygodę i piękno. Ania mówi, że to kolekcjonerzy pięknych chwil. Potrafią na przykład organizować spotkania rodzinne lub w grupie znajomych, żeby podziwiać piękne klonowe listki nabierające jesienią czerwonej barwy (są znacznie delikatniejsze i mniejsze niż nasze europejskie, wyglądają więc jak cudowna barwiona na bordowo koronka). Jeszcze popularniejsze są wiosenne pikniki pod kwitnącymi wiśniami.

Następnego dnia punkt ósma budzi nas telefon z recepcji. Okazuje się, że jesteśmy oczekiwani na śniadaniu. Na wpół śpiący klękamy przy niziutkich stolikach. Jasiek natychmiast rzuca się na słone  ciasteczka z wodorostów. My z pewną nieśmiałością wpatrujemy się w misternie porozstawiane naczynka z zupełnie nieznaną nam zawartością. W sukurs przychodzi nam mocno leciwa już „mistrzyni ceremonii”, która kilkoma szybkimi ruchami miesza pyrkoczący na palniku ryż z innymi tajemniczymi składnikami. Tak przygotowana „azjatycka owsianka” okazuje się całkiem akceptowalna dla moich kubków smakowych. Na rybę ani zupę miso o poranku nie daję się jednak skusić.

IMG-20171014-WA0007.jpg

Posileni, wybieramy się na szlak turystyczny do ciągnącej się wzdłuż rzeki Azusa doliny Kamikochi. Jesteśmy mniej więcej na wysokości 1500 metrów, a otaczające nas szczyty sięgają 3000 metrów. Nie bez przyczyny pierwsi europejscy turyści przybywający w te rejony w XIX wieku nazwali Hida japońskimi Alpami. Podobieństwo jest duże, nawet mijane przez nas wioski niewiele się różnią od tych w austriackich czy włoskich Alpach. Kształt górskich domów, zwłaszcza dachów, bardziej determinuje pewnie przyroda i groźba zalegającego śniegu niż kulturowe wpływy. Trasa jest przepiękna. Zalesione zbocza mienią się kolorami jesieni. Paleta, jakiej nie powstydziłby się żaden impresjonista.

37640052072_5020643fee_o-1-e1509110575121.jpg

Czterokilometrowy spacer w pełnym rodzinnym gronie zabiera nam sporo czasu i do hotelu wracamy już po zmroku. Tym razem kolacja to nie tylko japońskie menu, ale także bardzo japońskie warunki. Siedzimy przy szerokim niziutkim stole, klęcząc na płaskich poduszkach. Podobno dawniej pergaminowe japońskie domki nie były zimą ogrzewane, choć klimat jest tu o tej porze roku bardzo surowy. Domownicy gromadzili się więc przy takim niskim stole ciepło odziani. W zagłębieniu pod stołem znajdowało się palenisko, które przyjemnie ogrzewało stopy i pozwalało przetrwać całej rodzinie długie zimowe wieczory.

37433837710_0e59a201e3_o.jpg

Kolejnego dnia przemieszczamy się w okolice góry Fuji. Tak jak poprzednio jedziemy z Jackiem autobusem, a Ania i Wiktor z dziećmi – samochodem. Czekamy na autobus na maleńkiej autobusowej stacji, w zagubionej wśród gór wioseczce. A tu ruch jak na przysłowiowej Marszałkowskiej. Ze zdumieniem obserwuję taniec autokarów. Najpierw „wypluwają” z siebie przyjezdnych. Kierowca autobusu żegna pasażerów, składając przed każdym wysiadającym głęboki, pełen szacunku ukłon. Na peronie przybyłych natychmiast wita inny pracownik, wskazując im drogę do stacji, choć praktycznie nie ma możliwości przejścia w inne miejsce niż w otwarte drzwi budynku. Następnie pojazd przemieszcza się na miejsce parkingowe, gdzie kierowca starannie wyciera szmatką karoserię i - kiedy autobus jest już nieskazitelnie czysty - podjeżdża na przystanek po oczekujących na następny rejs. Nie mogę się nadziwić, jak kierowcom udaje się bez szwanku trzykrotnie zmienić miejsce na maleńkim parkingu, za każdym razem co do milimetra parkując w wyznaczonych pasami miejscach.

Ponieważ w autobusie jest Internet, rzucamy się na nasze laptopy, ale tylko na chwilę. Widoki za oknem zapierają dech w piersiach. Wspaniały, ciągnący się wzdłuż drogi kanion zmusza do wyłączenia komputerów. Do pracy wracamy dopiero po wjeździe na autostradę. Niestety po dotarciu na miejsce coraz bardziej psuje się pogoda, a nisko kłębiące się chmury całkowicie zakrywają świętą górę. To jakieś fatum. Kiedy trzynaście lat temu przyjechaliśmy specjalnie z Tokio w tę okolicę, także nie udało się nam jej zobaczyć. Tylko dzięki licznym zdjęciom i obrazom wiszącym na ścianach hotelu możemy sobie wyobrazić piękno Fuji. W oczekiwaniu na Kocią Rodzinkę chodzimy po miasteczku. Przeważają szkaradne, pudełkowate domki bez żadnego wyrazu, ale górskie pasma i leżące u ich podnóża rozległe jezioro urzekają urodą.

W hotelu mamy dwa pokoje – jeden „zachodni”, drugi - ”japoński”, z typowym wystrojem, matami tatami i położonymi na nim futonami do spania. My oczywiście wybieramy ten drugi. Po południu rozłączamy się. Jacek z Chłopcami wędrują do miejscowej jaskini, a reszta grupy jedzie do muzeum kimona. To prawdziwe cacko. Drewniany, zawieszony pod skałą w przecudnym tarasowym parku dom, bardziej przypominający świątynię niż muzeum. Wspinamy się do góry i zamieramy z wrażenia. W okrągłej, obszernej sali wiszą – przypominające wspaniałe obrazy - kimona. Ich twórcą jest Itchiku Kubota, który zasłynął ze stosowania historycznej techniki przygotowywania kimonowego jedwabiu. Niebywała precyzja i maestria. Efekt – niezwykły. Podpisy pod kimonami wyjaśniają, jak precyzyjnie należało barwic i łączyć ze sobą poszczególne części tkaniny, zapamiętując skomplikowane wzory. Jakakolwiek pomyłka była źródłem wstydu dla twórcy. To bardzo japońskie. U nas pewnie byłby to powód do złości albo zmartwienia. Cóż, to jedna z wielu różnic pomiędzy japońską i zachodnią kulturą.

37033877423_08f1c98f19_o.jpg
37033876513_263cbd6aa5_o.jpg

Zastanawiam się nad moim obrazem Japończyków. W czasie tej kilkudniowej wycieczki po prowincji stale odczuwałam ich życzliwość. Jeśli nasze spojrzenia się krzyżują, zawsze reagują uśmiechem, starają się być pomocni, choć ogromna większość z nich nie rozumie ani słowa po angielsku. Nawet jeśli zdarzy się osoba mówiąca po angielsku i pytamy ją na przykład o drogę, to odnosimy wrażenie, że nie zna okolicy, w której mieszka. Powtarza się to tak często, że można uwierzyć w japońską nieznajomość własnych regionów, choć pewnie przyczyną może być nieśmiałość. To, co poza dużymi miastami jeszcze bardziej uderza, to japońska uprzejmość – dziękowanie za wszystko, witanie się i żegnanie z każdym, na przykład wchodzącym do windy lub wychodzącym z onsenu. To bardzo odpowiada mojej potrzebie, na przykład podziękowania za wspólną podróż w windzie. W Polsce wielokrotnie moje skinięcie głową lub pożegnalny uśmiech spotykają się z posępnym milczeniem lub odwróceniem głowy. Ta wszechobecna uprzejmość daje w Japonii chwilowe poczucie wspólnoty.

Podobno Japończycy potrafią być bardzo stanowczy, wręcz bezwzględni wobec tych, którzy nie przestrzegają zasad. My nie doświadczyliśmy żadnych negatywnych reakcji, pewnie dlatego, że staraliśmy się podporządkowywać wszystkim regułom. Nawet takim, które nas zadziwiają. Na przykład  znalezienie kosza na śmieci graniczy z cudem. Trudno to zrozumieć, gdyż Japończycy to naród, zachowujący ogromną czystość - zarówno osobistą, jak i w miejscach publicznych. Najwyraźniej jednak hołdują zasadzie „twoje śmieci, twój problem”. Nawet w toaletach spotykaliśmy napisy, że pozostawienie śmieci jest zakazane i podlega karze. Jakież było szczęście Jacka na widok ustawionego przy wyjściu ze sklepu sporego kosza z wkładką z plastikowej torby. Już próbował wrzucić tam wszystkie noszone w plecaku zbędne pozostałości, kiedy zorientował się, że jest to kosz na parasole.

Read More

Wygrywamy wycieczkę do Wakayamy!

Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym  konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).

30449830861_e69db4bdeb_o.jpg

Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym  konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).

I tak o 5:30 wyruszamy dziarsko na lotnisko (wyściskawszy jeszcze oba stwory, które wiedzione jakąś intuicją budzą się tuż przed naszym wyjściem). W taksówce uskuteczniamy najdłuższą od przyjazdu do Tokio konwersację w języku japońskim.  O dziwo, taksówkarz nie bardzo kojarzy, dokąd się wybieramy (Waka-co?). Na lotnisku, witusiowym zwyczajem, jesteśmy pół godziny przed czasem. Niestety Starbucks o tej porze jeszcze zamknięty, a w pozostałych miejscach kawy można się napić wyłącznie w zestawie z curry lub udonem. Tak zdesperowani nie jesteśmy. O 6:30 spotykamy pozostałych „wybrańców”.  W sumie jest nas (parszywa?) dwunastka – bardzo różne, ale wydaje się ciekawe, postaci. Bez zbędnych ceregieli (zdejmowania butów czy spowiadania się z przewożonych płynów) wsiadamy do samolotu. Przed samym startem trójka bagażowych ustawia się na baczność, po czym głęboko kłania i macha do nas na do widzenia (ku naszemu wzruszeniu, większość pasażerów odmachuje).

Na maciupeńkim acz bardzo malowniczo położonym lotnisku Nanki-Shirahama (które sponsoruje nasza wycieczkę) lądujemy o 8:30. I tu pierwszy niespodzianka –„anglojęzyczna przewodniczka” okazuje się starszą panią z Osaki, która w pilotowaniu wycieczek nie ma wcześniejszego doświadczenia, a po angielsku duka mniej więcej tak jak my po japońsku. Niezrażeni pakujemy się do autobusu, by natychmiast zanurzyć się w dzikie, górskie krajobrazy Półwyspu Kii. Strome zbocza porośnięte gęstymi lasami, urwiste brzegi rzek, idylliczne wioseczki – aż trudno uwierzyć, ze jeszcze przed chwilą byliśmy w Tokio.

new

Po dwóch godzinach jazdy docieramy do słynnego szlaku pielgrzymkowego Kumano Kodo, wpisanego (jako drugi na świecie, obok hiszpańskiego Camino de Santiago) na listę dziedzictwa kultury UNESCO. To tutaj od ponad tysiąca lat pielgrzymowali Japończycy wszystkich stanów i klas, w tym rezydujący w Kioto cesarze i arystokraci. Z pierwotnych 300 kilometrów, łączących trzy wielkie świątynie, do dzisiaj zachowało się ponad 70 km szlaków. My zaczynamy w punkcie widokowym Fushiogami-oji - miejscu, do którego dawni pielgrzymi docierali po wielu dniach marszu i padali na kolana, zobaczywszy po raz pierwszy cel swojej wędrówki. Mijamy dawny punkt poboru opłat i wchodzimy w piękny soczystozielony las. Po szarym Tokio takie uderzenie zieleni przyprawia o zawroty głowy. Mamy szczęście, bo udaje nam się uniknąć deszczu, choć to podobno drugi (po wyspie Yakushima) najbardziej deszczowy region Japonii (4000 ml opadów rocznie, w porównaniu z 1600 w Tokio). W dodatku szlak jest zupełnie pusty. Byłoby magicznie, gdyby nie „uroki” grupowej wycieczki. I tak, od połowy drogi asekuruję nie pierwszej już młodości Libankę, której na kamiennych stopniach bardzo doskwiera kolano (przewodniczka zapewniała ją  przed wymarszem, ze trasa jest bardzo łagodna…). Dowiaduję się za to sporo o historii Libanu (z którego Madelaine uciekła w czasie wojny domowej) i o teatrze noh (któremu jest oddana cała jej japońska rodzina).

30449830861_e69db4bdeb_o.jpg
30500742646_8a5d9b66d4_o
14729381_331178463940843_7618887752518452997_n

Po niecałych 4 kilometrach (i półtorej godzinie marszu) docieramy do chramu Kumano Hongu Taisha, w którym zbiegają się wszystkie szlaki Kumano Kodo. Świątynia początkowo była położona nieco niżej, ale uległa niemal całkowitemu zniszczeniu w wyniku wielkiej powodzi z 1889. Ocalone budynki przeniesiono w bezpieczniejsze miejsce, a w miejscu pierwotnej świątyni w 2000 roku wzniesiono największą w Japonii bramę torii (34 metry wysokości, 42 szerokości). Koreanka Jin odmawia wejścia na teren świątyni, tłumacząc że jej rodakom szintoizm (do 1945 narodowa religia Japonii) kojarzy się z japońską okupacją Korei (1910-1945). Dzisiaj Korea jest jednym z niewielu azjatyckich krajów, w których dominującą religią jest chrześcijaństwo.

30449753491_d76c15079f_o
30500690056_47e665724f_o

Wątek wojenny pojawia się ponownie w czasie lunchu (w wersji bezmięsnej: tofu z tartym gobo). Amerykanin Sherwin potwierdza historię, która słyszałam już na kursie gotowania. Otóż w czasie drugiej wojny światowej amerykańskich jeńców karmiono właśnie korzeniem gobo. To jedno ze smaczniejszych i najbardziej odżywczych japońskich warzyw, choć wygląda jak zapiaszczony badyl. Po wojnie zarządcy więzienni zostali ponoć oskarżeni przez aliancki wymiar sprawiedliwości za karmienie jeńców korzeniami drzew…

Wracamy do autobusu. Kręta droga wśród zamglonych szczytów jest piękna i tajemnicza. Naszym celem (i główną atrakcją całej wycieczki) jest Kōya-san - święta góra buddyjska. To tutaj w IX wieku młody mnich Kūkai (znany po śmierci jako Kōbō-Daishi), ustanowił pierwszą wspólnotę ezoterycznego buddyzmu o nazwie Shingon (dosł. „prawdziwe słowo”). Dziś ten nurt buddyzmu liczy 10 milionów wyznawców i niemal 4000 świątyń, z których ponad 110 znajduje się w Kōya-san. Sam Kōbō-Daishi był zaś nie tylko reformatorem religijnym, ale także uczonym, poetą, kaligrafem oraz wynalazcą dwóch japońskich alfabetów sylabicznych (hiragany i katakany).

14725554_331178377274185_3277144944914540393_n

Niestety z powodu deszczu i długiego postoju w sklepie z pamiątkami na miejsce dojeżdżamy z półtoragodzinnym opóźnieniem. Sprintem puszczamy się do świątyni Kongōbu-ji (głównej świątyni sekty Shingon), gdzie chcieliśmy zobaczyć największy w Japonii kamienny ogród. Jednak mimo błagań nie udaje nam się już wejść do środka. W strugach deszczu docieramy jeszcze do kompleksu świątynnego Danjo Garan (z ogromną podświetloną pagodą) i do okazałej bramy Daimon (tę jednak ledwo widzimy z powodu zapadających ciemności).

30449735421_0169928159_o
30500674376_56a11063c9_o
29903919093_d84905b3d1_o
30500676336_5488de04e3_o

Przemoczeni i zawiedzeni wleczemy się do klasztoru Jizu-in, w której mamy spędzić noc (opcję noclegu proponuje niemal połowa tutejszych klasztorów, choć w „naszym” jesteśmy pierwszymi w tym roku cudzoziemcami). Tu czeka nas kolejna niemiła niespodzianka: zamiast do obiecanego prywatnego pokoju z łazienką, Wiktor trafia do panów, a ja do pań. Toaleta na korytarzu, a łazienki brak. Nasz zawód trochę rekompensuje wspaniała wegańska kolacja w stylu buddyjskim (shōjin ryōri). Mnisi buddyjscy nie używają żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego. Stronią też od roślin o ostrym smaku (takich jak czosnek czy cebula). Główne źródło białka stanowią warzywa strączkowe (zwłaszcza soja, z której wytwarza się tofu) oraz orzechy. Czujemy się trochę, jak robaczki z „entliczka-pentliczka”, bo w naszym menu tofu pojawia się aż w czterech odsłonach: gotowane (yudōfu), mrożone, suszone a potem gotowane (koyadōfu, dosłownie “tofu z góry Koya”), ze zmielonego sezamu (goma dofu) oraz jako sos do sałatki (shira ae). Oprócz tego obowiązkowy ryż i zupa miso, a także pikle, czarna soja, warzywna tempura oraz przepyszne owoce. Obsługujący nas mnich zapewnia, że codzienne jedzenie klasztorne jest dużo skromniejsze.

Kolacja w stylu shojin-ryori

Kolacja w stylu shojin-ryori

Po kolacji – już we własnym zakresie – dołączamy do nocnej przechadzki po cmentarzu Okunoin - największej nekropolii w Japonii. Oprócz mauzoleum Kōbō Daishi znajduje się tu ponad 200 tysięcy grobów. Porośnięte mchem nagrobki, ogromne cedrowe drzewa (najstarsze mają ponad 1000 lat), nikłe światła latarni. Do tego pustka i cisza, zmącona jedynie uderzającymi o parasole kroplami deszczu. Wszystko to tworzy zupełnie niezwykły klimat. Nasz przewodnik - przesympatyczny mnich buddyjski  - wprowadza nas w arkana japońskiej religijności. Tłumaczy, że pokojowe występowanie dwóch głównych wyznań (szintoizmu i buddyzmu) gwarantuje  przede wszystkim jasny podział ról – szintoizm zajmuje się początkiem (narodzinami, ślubami), a buddyzm końcem (ceremoniami pogrzebowymi). Za cechę odróżniającą Shingon od innych nurtów buddyjskich uznaje natomiast nacisk na „tu i teraz”. Shingon naucza, że każdy (i to za tego życia) może osiągnąć oświecenie i stać się Buddą. Do wyzwolenia wewnętrznego potencjału niezbędne jest kultywowanie tzw. „trzech tajemnic”, czyli właściwy trening ciała (symboliczne gesty, tzw. mudry), mowy (mantry) i umysłu (medytacja).

Po dwóch kilometrach docieramy do najświętszej części cmentarza. Przez zapierającą dech Halę Lampionów (gdzie dzień i noc pali się 10 tysięcy lampionów ofiarowanych przez wiernych) dochodzimy do miejsca ostatniego spoczynku Kōbō-Daishiego. Wyznawcy Shingon wierzą, że ich mistrz nigdy tak naprawdę nie umarł, a wstąpił w stan wiecznej medytacji i modlitwy za cierpienia tego świata. W tym wysiłku mają go wspomóc dostarczane dwa razy dziennie posiłki. Nasz przewodnik zachęca nas do zamknięcia oczu i pomyślenia marzenia, po czym odśpiewuje sutrę w naszej intencji.

Żegnamy się serdecznie z mnichem, kłaniamy Kōbō-Daishiemu i wracamy do naszego klasztoru. Jeszcze szybka wizyta w łaźni i wracamy do naszych sypialni, gdzie czekają już na nas ułożone jeden przy drugim futony i twarde jak kamień poduszki ryżowe.

Po nocy urozmaiconej pochrapywaniem kompanów, czas na kolejną wczesną (6:00) pobudkę i poranne modły. Monotonne recytacje sutr i zapach kadzideł przenoszą nas w jakąś zupełnie inną rzeczywistość. Po śniadaniu (będącym okrojoną wersją kolacji) ruszamy w dalszą drogę. Czujemy ogromny niedosyt i chętnie zostalibyśmy dłużej w Koya-san zamiast kisić się znów w autobusie.

thumb_img-20161031-wa0000_1024

Nasz pierwszy przystanek to zamek w Wakayamie, stolicy prefektury. Wspinamy się na dach górującej nad miastem budowli, skąd rozpościera się malowniczy widok na okolicę. Potem sekretnym, krytym mostkiem (który umożliwiał zamkowe schadzki) przechodzimy do wymanikurowanego ogrodu, gdzie przemyślane jest ułożenie każdego kamyczka. Najciekawszy okazuje się jednak lokalny festiwal (matsuri), na który trafiamy zupełnie przypadkiem w drodze powrotnej do autobusu.

29906277284_59fe80604f_o
14753723_10155290592105961_1636483314452038358_o
30500649676_1b9150f38a_o

Z zamku żółwim tempem (bo większość dróg zamknięta z powodu maratonu) zmierzamy w stronę mariny. Tutejsze atrakcje to m.in. wielki targ rybny (gdzie trafiamy na pokaz ćwiartowania tuńczyka), stragany z owocami (Wakayama słynie z produkcji cytrusów) i park rozrywki Porto Europa z rekonstrukcjami włoskich i francuskich uliczek.

30420325192_7e7e11ff70_o
30420321652_89fd410ba1_o
img_20161023_124401-01

Jeszcze tylko godzina w autobusie i jesteśmy na lotnisku Kansai, by po trzech godzinach uściskać nasze stęsknione pyszczki.

Na pewno nie był to stracony weekend. Poznaliśmy  sporo ciekawych ludzi, a do Koya-san jeszcze wrócimy, by na spokojniej odkryć jego uroki. Z punktu widzenia sponsora (lotnisko Nanki-Shirahama) wycieczkę trzeba jednak uznać za promocyjną klapę. Choć w pobliżu samego lotniska jest sporo atrakcji (m.in. efektowne klify i jaskinia, która przez długie wieki stanowiła kryjówkę piratów), spędziliśmy dwa dni w autobusie, żeby przekonać się, ze do Koyasan czy Wakayamy zdecydowanie łatwiej jest dotrzeć z lotniska Kansai. Cóż, jak głosi mądrość ludowa, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby :)

Read More
Japonia, Kuchnia, Kuchnia japońska, Uncategorized Wiktor Staniecki Japonia, Kuchnia, Kuchnia japońska, Uncategorized Wiktor Staniecki

Ośmiornica na surowo czyli Japonia od kuchni

Na naszym blogu możecie przeczytać dwie wersje naszego kulinarnego “zderzenia cywilizacji”. Tekst angielski jest spojrzeniem Ani, a ten będzie napisany bardziej z mojego punktu widzenia.

najameguro_hanami-21.jpg

Na naszym blogu możecie przeczytać dwie wersje naszego kulinarnego “zderzenia cywilizacji”. Tekst angielski jest spojrzeniem Ani, a ten będzie napisany bardziej z mojego punktu widzenia.

26134999420_0edb2497fa_o

Przed przyjazdem do Tokio kuchnię japońską znaliśmy głównie z przewodników i programów kulinarnych. Doświadczenia z Brukseli, gdzie jest kilka fajnych restauracji japońskich, mieliśmy mieszane. Ja, po dość poważnym zatruciu sushi w 2006 roku, dopiero przed wyjazdem do Tokio odważyłem się na ponowne zjedzenie surowej ryby. A do sashimi (sushi bez ryżu) nadal podchodziłem z pewna nieśmiałością. Jednak wszystkie relacje z podroży do Japonii opisywały doświadczenia kulinarne jako absolutny hit. Tak więc, poprzeczka była ustawiona wysoko. Po przyjeździe do Tokio rzuciliśmy się do odkrywania. Ponieważ nasze tymczasowe mieszkanie znajdowało się w dzielnicy Meguro, mieliśmy pod nosem mnóstwo knajpek i restauracyjek. Jednak wypracowanie rodzinnego modus vivendi nie było łatwe. Ania nie je mięsa, Ignacy jest zatwardziałym kotletożercą, a Jasiek - najbardziej kooperatywny członek rodziny - nie może jeść surowych ryb (dzieci poniżej dwóch lat nie są odporne na rybie pasożyty, o czym dowiedzieliśmy się dopiero po paru dniach od znajomych Japończyków).

Nie mieliśmy więc zbyt wielkiego wyboru, co - w połączeniu z maleńkimi porcjami i szalonymi cenami produktów, które byliśmy w stanie rozpoznać - sprawiło, że chodziliśmy ciągle głodni. Po miesiącu sytuacja była niewesoła. Wizja kolejnych czterech lat spędzonych na dzieleniu na ćwiartki jednego jabłka (kosztującego swoja wagę w zlocie) i rozdzielaniu opakowania serka na jednogramowe porcje była koszmarna. W oczach Ani widziałem, że w duchu powtarza słowa piosenki Elektrycznych Gitar “co ja tutaj robię”...

Po przeprowadzce do naszego docelowego mieszkania postanowiliśmy gotować więcej w domu. Ale znalezienie składników do naszych ulubionych potraw wcale nie było łatwe. Owszem, niedaleko domu jest sklep National Azabu, który sprzedaje produkty dla ekspatów, ale ceny sprawiają, że łzy same cisną się do oczu. Masło (które jest zresztą racjonowane - dwie kostki na klienta) kosztuje ok. 17 euro a ser żółty 20 euro za kostkę. Szybko została nam wskazana Hanamasa, sklep otwarty 24/7 w którym zaopatrują się podobno restauratorzy, ale pomimo bardziej przyjaznych cen, nie byliśmy w stanie rozpoznać większości produktów.

DSC_0904

Myuki-san w akcji

Kończyło się to wbiciem ugotowanych jajek do ciasta naleśnikowego (godzina płaczu Ignasia) albo dodaniem ulepkowato-słodkiej czerwonej fasoli (deserowej) do sałatki nicejskiej (grymasy Ani). Wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze (?) kiedy Ania odkryła Miyuki Suyari, wychowaną w Stanach Japonkę, i jej lekcje gotowania. Misją Miyuki-san jest przybliżenie japońskiej kultury kulinarnej mieszkającym w Tokio gaijinom. Miyuki szybko staje się naszym aniołem-stróżem. Pierwszą lekcję Ania odbywa w supermarkecie, gdzie uczy się rozpoznawać różne rodzaje sosów sojowych, octów ryżowych, sake czy past miso. Okazuje się też, że pełne mleko można znaleźć niemal z zamkniętymi oczami (na kartonie jest małe wgłębienie). Co środę, po odbytym kursie, Ania z wypiekami na twarzy opowiada, jaki magiczny składnik był punktem centralnym lekcji. Tak więc, w pierwszym tygodniu nauk w całym domu roznosi się rybi aromat dashi - podobno ultrazdrowego wywaru z suszonych wodorostów konbukatsuobushi (suszonych płatków tuńczyka bonito). Zdecydowanie bardziej smakuje nam słodki sos banno (dosłownie wszechmocny), który zajadamy w drugim tygodniu w postaci marynaty (np. do łososia teriyaki) lub polewki do warzyw. Zaczęło się też pojawiać tofu (coś jak serek z mleka sojowego), które na surowo jest zupełnie niezjadliwe, ale usmażone nabiera tekstury (choć ja ciągle mam wrażenie jedzenia minimalnie smaczniejszej wersji torebki plastikowej). Codziennym gościem na naszym stole stało się też miso (sfermentowana pasta sojowa) - w milionie i jednej wersji, włączając w to oczywiście zupę miso. Ania, z wyrazem błogostanu na twarzy, przekonuje nasza mięsożerną trójkę, że pasta miso rozsmarowana na aburaage (usmażonej wersji wyżej wspomnianej “plastikowej torebki”) stanowi świetną alternatywę dla tradycyjnej pizzy. Hmm…

Z tygodnia na tydzień nasza lodówka zmienia się nie do poznania. Rozpoznaję w niej coraz mniej produktów. Wszelką nadzieje straciłem, znajdując w niej pęk zapiaszczonych badyli (które małżonka dumnie przedstawiła jako korzenie gobo - japońskiego łopianu – ponoć pełnego potasu i innych minerałów).

DSC_0106

Gobo - japoński łopian

Kurs okazuje się jednak zbawieniem dla naszych finansów (japońskie produkty są znacząco tańsze od importowanej żywności), a także doskonałym wprowadzeniem do kultury naszej nowej ojczyzny. Powoli zaczynamy się oswajać z nowymi smakami i teksturami. Fakt, że wiemy, co jemy, pozwala nam się pozbyć niektórych lęków i uprzedzeń. Ja przez długi czas myślałem, na przykład, że ultrazdrowy korzeń konnyaku (bezkaloryczny i napakowany odtruwającymi włóknami) jest kawałkiem tłuszczu o gumowatej konsystencji. Cała kuchnia japońska jest zresztą napakowana “magicznymi” składnikami, które podobno przedłużają życie. Japończycy zjadają też o wiele mniej mięsa w porównaniu z mieszkańcami Europy, zastępując je rybami i owocami morza, grzybami, warzywami. Małe porcje oraz filozofia umiaru (hara hachi - nie jedz do osiągnięcia poczucia sytości) sprawiają, że Japończycy żyją średnio najdłużej na świecie (kobiety 87 lat, a mężczyźni - 80.), mimo ogólnie panującego stresu i dużej liczby palaczy.

Mimo otoczki wyrafinowania, większość japońskich dań okazuje się dość szybka w przygotowaniu. Przygotowanie typowego posiłku, który składa się z ichijū-sansai (czyli zupy i trzech przystawek oraz obowiązkowej miski ryżu) nie wymaga spędzenia wielu godzin w kuchni. Większość potraw bazuje na jednym - dwóch podstawowych składnikach, a czas gotowania jest o wiele krótszy niż w kuchni zachodniej. Przygotowanie zupy miso trwa nie więcej niż kwadrans, o ile zawczasu namoczy się konbu. Do tego dodać kawałek upieczonej ryby lub usmażone tofu (tak, tak, plastikowa torebka) jako danie główne, dwa rodzaje warzyw i voilà, wykwintny obiad gotowy w 45 minut - dokładnie tyle, ile zajmuje ugotowanie ryżu.

thumb_IMG_0340_1024

Podobno badania pokazały, że człowiek przyzwyczaja się do nowego smaku po co najmniej kilku próbach. Pamiętacie Wasza pierwsza filiżankę kawy? W okresie przedkofeinowym zastanawiałem się, czy jakikolwiek zdrowy na umyśle człowiek może to pić, a teraz nie wyobrażam sobie dnia bez małej czarnej. Smaki japońskiej kuchni coraz bardziej do nas przemawiają, choć cały czas wydaje się nam ona do bólu minimalistyczna (bo składniki mają mówić same za siebie). Poza złotą szóstką (sos sojowy, sake, miso, ocet, sól i cukier) oraz sporadycznym użyciem imbiru, liści shiso albo myozy (japońskiego imbiru), w zasadzie nie używa się tu przypraw. Sahimi już się delektujemy, ale nadal leci nam ślinka na myśl o libańskiej picie i naszej ukochanej pizzy, którymi będziemy się zajadać w tym tygodniu w Brukseli.

Read More