Przetrwaliśmy japońskie lato!
Nikt o zdrowych zmysłach nie decyduje się na lato w Tokio – słyszeliśmy na długo przed naszym przyjazdem do Japonii. Znakomita większość naszych zagranicznych znajomych na dwa wakacyjne miesiące wraca do Europy. Sami tokijczycy wytchnienia szukają w chłodniejszych górskich rejonach albo na północnej wyspie Hokkaido, choć mało kto pozwala sobie na urlop dłuższy niż tydzień. My w tym roku zostajemy w Tokio, w oczekiwaniu zapowiadanej na początek sierpnia córeczki. Do Polski wysyłamy jedynie Ignasia, który na skypie torturuje nas opowieściami o twarogu i porzeczkach.
Nikt o zdrowych zmysłach nie decyduje się na lato w Tokio – słyszeliśmy na długo przed naszym przyjazdem do Japonii. Znakomita większość naszych zagranicznych znajomych na dwa wakacyjne miesiące wraca do Europy. Sami tokijczycy wytchnienia szukają w chłodniejszych górskich rejonach albo na północnej wyspie Hokkaido, choć mało kto pozwala sobie na urlop dłuższy niż tydzień. My w tym roku zostajemy w Tokio, w oczekiwaniu zapowiadanej na początek sierpnia córeczki. Do Polski wysyłamy jedynie Ignasia, który na skypie torturuje nas opowieściami o twarogu i porzeczkach.
Po japońskim lecie spodziewamy się najgorszego, a udaje nam się odkryć nieco inne, bardziej „dzikie” oblicze tego kraju.
Dopiero latem okazuje się, że Japonia to jednak Azja. Aseptyczne Tokio nagle pokazuje swoją mniej ulizaną naturę. W połowie lipca całkiem przyjemna i klimatyczna mżawka charakterystyczna dla pory deszczowej ustępuje miejsca prawdziwej łaźni parowej. Wystarczy uchylić drzwi klimatyzowanego wnętrza, a zderza się człowiek ze ścianą obezwładniającego gorąca i wilgoci – coś jakby zarzucić sobie na głowę mokrą, parzącą kołdrę. Na nic kilkakrotne w ciągu dnia prysznice, na nic parasolki przeciwsłoneczne, na nic ręczniczki do ocierania twarzy, bez których żaden Japończyk nie ruszy się latem z domu. Gorąc jest do tego stopnia nieznośny, że Japończycy mają nawet specjalne określenie na będące jego skutkiem „letnie zmęczenie” (natsubate).
Do tego dochodzi dzika letnia fauna. Nawet w centrum miasta bezlitośnie tną komary, po chodnikach i tarasach spacerują karaluchy wielkości pudełka od zapałek, a w przydomowym parku grasują całkiem pokaźne (choć podobno niejadowite) węże. Nic jednak nie przebije wrzasku cykad, które właśnie latem - po wielu (czasem aż 17!) latach pod ziemią w postaci larwalnej – budzą się do zaledwie kilkutygodniowego, dorosłego życia. Japońskie cykady to prawdziwe giganty (według chłopców, przypominają Kylo Rena z „Gwiezdnych Wojen”), a zarazem najgłośniejsze owady świata. Ich ogłuszający śpiew godowy przekracza podobno 100 decybeli, co odpowiada dźwiękowi młota pneumatycznego (oraz trelom naszej domowej krzykaczki).
Podobnie jak przyroda, również sami Japończycy zdają się latem bardziej żywiołowi. Po pracy zgrzebne biurowe uniformy zastępują kolorowymi yukatami (letnia wersja kimoną) i drewnianymi sandałami getta i ruszają na jedną z niezliczonych letnich imprez.
To właśnie latem (a nie z okazji Nowego Roku) organizowane są gigantyczne pokazy sztucznych ogni, zwanych hanabi. Hanabi to po japońsku „ogniste kwiaty” i faktycznie większość z nich ma kulisty kształt przywodzący na myśl pąki kwiatów.
W każdej dzielnicy odbywają się też większe lub mniejsze festyny, zwane matsuri. Każda okazja do świętowania jest dobra – a to ku czci lokalnego bóstwa, a to w modlitwie o dobre plony, a to dla uczczenia duchów przodków. Choć matsuri często mają genezę religijną, większość jest po prostu okazją do dobrej – czasem wręcz szalonej - zabawy.
I tak chramy organizują barwne procesje, w trakcie których figury lokalnych bóstw obnoszone są przez mieszkańców dzielnicy w przenośnych ołtarzach mikoshi. Czyli coś na kształt naszego Bożego Ciała, z tym że ciężkie mikoshi podrzucane są rytmicznie w górę i w dół, czasem z dodatkowym obciążeniem w postaci tancerzy, a wszystko odbywa się przy akompaniamencie transowej muzyki i gromkich okrzyków tłumu.
Z kolei w trakcie święta Obon (japońskiego odpowiednika Wszystkich Świętych) bardzo popularne są żywiołowe tańce odori. Zgodnie z japońskimi wierzeniami, to czas, kiedy dusze zmarłych wracają na ziemię, a zbiorowe pląsy pomagają w ich godnym przyjęciu. Nas najbardziej ujmuje inkluzywny charakter tych imprez. Tańczą wszyscy – od maluchów po seniorów, od debiutantów w jeansach i trampkach po zaprawionych tancerzy w pięknych tradycyjnych strojach.
Nieodzownym elementem letnich imprez są uliczne stoiska z jedzeniem. Mimo upału, festiwalowe rarytasy to przede wszystkim smażenina (yaki): szaszłyki z kurczaka (yaki-tori), smażony makaron z dodatkami (yaki-soba), klopsy z ośmiornicy (tako-yaki), grube naleśniki z kapustą (okonomi-yaki) czy ukochane przez Jaśka grillowane kalmary (ika-yaki). Na deser – obowiązkowo kakigori, czyli kopiec kruszonego lodu polany przeraźliwie słodkim syropem owocowym.
Są też atrakcje dla dzieci (np. łowienie rybek w misce), występy bębniarzy i niezliczone kramy z lokalną cepelią.
Słowem, nie tylko przeżyliśmy japońskie lato, ale będzie to jedno z naszych milszych wspomnień z Japonii!
Faceci w jedwabnych stringach
W Japonii jesteśmy już prawie rok, a jeszcze nie widzieliśmy turnieju sumo. Straszny wstyd, choć poniekąd dla nas to normalne (na targu rybnym Tsukiji też nas jeszcze nie było, choć w listopadzie przenosi się na obrzeża Tokio…). Tak więc kiedy odwiedzili nas brukselscy przyjaciele, nie znaleźliśmy już żadnej wymówki…
W Japonii jesteśmy już prawie rok, a jeszcze nie widzieliśmy turnieju sumo. Straszny wstyd, choć poniekąd dla nas to normalne (na targu rybnym Tsukiji też nas jeszcze nie było, choć w listopadzie przenosi się na obrzeża Tokio…). Tak więc kiedy odwiedzili nas brukselscy przyjaciele, nie znaleźliśmy już żadnej wymówki…
Walk sumo nie można obejrzeć, kiedy się chce. Turnieje (zwane basho) odbywają się w Tokio w styczniu, maju i wrześniu. Można je także obejrzeć w Osace w marcu, w Nagoi w lipcu i w Fukuoce w listopadzie, a każdy trwa 15 dni.
Sumo - obok baseballu, jeden z najpopularniejszych sportów w Japonii -ma swoje początki w starożytności i jest połączone z ceremoniałem religijnym. Do dzisiaj, zawodnicy wstępujący na ring wykonują wiele rytualnych czynności, takich jak posypanie ringu solą (oczyszczenie) lub potarcie i uderzenie rąk (prośba o uwagę bogów). Cała rytualna otoczka (wywołanie zawodnika, wejście na ring, powitanie itp.) trwa o wiele dłużej niż sama walka, która w ogromnej większości przypadków rozstrzyga się przy pierwszym zwarciu i nie trwa dłużej niż kilka - kilkanaście sekund. Co ciekawe, dopiero w 1928 roku wprowadzono 10 minutowy limit na rytuały, który obecnie został skrócony do 4 minut dla najwyższej kategorii zawodników i do zera dla najniższej kategorii. Wcześniej przygotowanie do walki, które jest jej strategiczno-psychologiczną częścią, mogło trwać w nieskończoność.
Walkę wygrywa się poprzez wypchnięcie przeciwnika poza ring (dohyo) lub zmuszenie go jako pierwszego do dotknięcia ziemi dowolną częścią ciała poza stopami. Z odległości walka może się wydawać mało brutalna, ale zawodnicy nie szczędzą sobie uderzeń w twarz czy łapania za gardło (jeśli uda się je namierzyć pod zwałami tłuszczu). Spektakularne upadki też nie należą do rzadkości. Nawet my widzieliśmy paru zawodników spadających z areny, która jest ściśle otoczona sędziami, innymi zawodnikami i fotografami. A przygniecenie ludzkim odpowiednikiem lwa morskiego, spadającym z wysokości prawie metra, nie może być przyjemne.
Waga wielu zawodników grubo przekracza 140 kg, a w sumo nie ma podziału na kategorie wagowe, tak jak np. w boksie. I choć rozmiary przeważnie są zbliżone, to i my widzieliśmy pojedynki Dawidów z Goliatami. O dziwo, szybkość i zwinność są tak samo ważne jak masa i impet. Każdy z zawodników ma swoją strategię wygrywania. Japońskie Stowarzyszenie Sumo skodyfikowało 82. techniki wygrywania (kimarite). Na koniec każdej walki ogłasza się, jaką technikę zastosował zwycięzca. Np. technika watashi-komi polega na pchnięciu łydki przeciwnika do przodu jedną ręką, przy jednoczesnym nacisku na korpus drugą w celu obalenia go na ring. Co jest zabronione? Ciągnięcie za włosy, uderzanie pięścią, uderzenia w uszy, duszenie, albo łapanie za przepaskę mawashi w okolicy klejnotów. Czyli zasady podobne do walk w piaskownicy.
Zawodnicy sumo mają status podobny do greckich herosów. Ale ich (krótkie) życie jest pasmem wyrzeczeń. Oprócz bardzo intensywnego treningu zapaśnicy muszą na co dzień nosić tradycyjne japońskie ubrania i przestrzegać surowego regulaminu (np. nie można im prowadzić samochodu). Długość życia sumoki jest krótsza od średniej z uwagi na częste nadciśnienie i ataki serca.
Obecnie Japońskie Stowarzyszenie Sumo ocenia, że jest około 800 profesjonalnych zawodników. Są oni podzieleni na kategorie w hierarchii ważności: Maku-uchi (najwyższa kategoria), Juryo, Makushita (juniorzy), Sandanme, Jonidan, Jonokuchi (najniższa). W trakcie turnieju wszyscy zawodnicy są też podzieleni pomiędzy “wschód” i “zachód”. Oczywiście każdy z nich marzy o dostaniu się do kategorii maku-uchi (około 40 zawodników), i zdobyciu tytułu yokozuna, wielkiego mistrza. Ranking nazywany banzuke jest rewidowany po każdym turnieju, a pozycja yokozuna jest wyjątkowa. Od XVII w., kiedy ten tytuł został stworzony, yokozunem zostało tylko 69 zawodników. Jeśli ktoś się tego tytułu dochrapie, nie może już być go pozbawiony. Ale jeśli zacznie przegrywać, powinien odejść na emeryturę. Rekord zwycięstw, do dziś niepobity należy do Futabayamy Sadaji (1912-1968), który odniósł pasmo 69 zwycięstw i był 35. yokozunem.
Wśród zawodników są też obcokrajowcy, głównie zawodnicy z Azji Centralnej. Był okres, gdy nie było żadnych ograniczeń co do narodowości zawodnika. Obecnie na stajnię przypada maksimum jeden obcokrajowiec. Powodem tego ograniczenia jest fakt, że od 2006 roku aż do stycznia 2016 zwycięzcami wszystkich turniejów byli obcokrajowcy. Majowy turniej był znów zdominowany przez zawodników pochodzących z Mongolii.
Popularność sumo wśród młodych Japończyków maleje. Średni wiek widzów dobija do 50, a oglądanie publiki było dla nas bardziej fascynujące niż sam turniej, który po kilku walkach zaczynał nas nieco nużyć (oczywiście żaden fan się z tym nie zgodzi).
Jeśli macie bilety na jeden z dni turnieju, nie przychodźcie tam rano. Sala będzie świeciła pustkami, bo walki zawodników najwyższych kategorii zaczynają się dopiero około 16.00. Tokijska arena Ryogoku Kokugikan może pomieścić ponad 11 tysięcy widzów. Koło 17.00 sala zaczyna pękać w szwach, a każda akcja jest okraszana krzykami zawodu lub zachwytu. Widzowie, którzy przychodzą w grupach, z kolegami z pracy lub rodzinami, zapamiętale pałaszują swoje bento, popijając je nieodłącznym piwem.
Jeśli wybieracie się do Japonii w miesiącu, kiedy odbywają się turnieje, zarezerwujcie sobie bilet, aby zobaczyć to niepowtarzalne widowisko.
Źródła:
1) http://www.sumo.or.jp/pdf/en/sumo_introduction2014.pdf
2) https://en.wikipedia.org/wiki/Sumo
3) http://www.japan-talk.com/jt/new/11-things-you-might-not-know-about-Sumo
4)Współczesna Japonia w pytaniach i odpowiedziach: 現代日本 Q & A, Katsuyoshi Watanabe, Natalia Kuźmicz, Aleksandra Watanuki, 15 Czerwca 2015, Waneko Sp. z o.o.
5) http://www.rp.pl/Sport/160129631-Japonia-doczekala-sie-mistrza-sumo.html
Oczami gości
Ostatni raz byliśmy w Tokio (na kongresie naukowym) ponad 10 lat temu. Poza hotelem i salami konferencyjnymi niewiele udało nam się wówczas zobaczyć. Pozostało w nas jednak wspomnienie klaustrofobii (ciasny pokój w hotelu, zatłoczone metro, huk reklam). Pamiętam też, że przez te kilka dni - żeby uniknąć surowych ryb i innych japońskich „specjałów” - żywiłam się głownie suchymi bułkami.
Dzień pierwszy
Ostatni raz byliśmy w Tokio (na kongresie naukowym) ponad 10 lat temu. Poza hotelem i salami konferencyjnymi niewiele udało nam się wówczas zobaczyć. Pozostało w nas jednak wspomnienie klaustrofobii (ciasny pokój w hotelu, zatłoczone metro, huk reklam). Pamiętam też, że przez te kilka dni - żeby uniknąć surowych ryb i innych japońskich „specjałów” - żywiłam się głownie suchymi bułkami.
Przylatujemy więc nieco niepewni, czy damy sobie radę. Z trudem znajdujemy odpowiedni peron szybkiej kolei do centrum. Podczas godzinnej podróży (lotnisko Narita jest ponad 100 km od miasta) oglądamy z niedowierzaniem niekończące się wąskie, biedne domki, slumsy właściwie, oddzielone od siebie metrowym pasem przestrzeni, całkowicie wypełnionej przez plątaninę kabli, transformatorów i klimatyzatorów różnej maści. To obrzeża ogromnej tokijskiej aglomeracji, gdzie na powierzchni ok. 13,5 tysięcy kilometrów kwadratowych żyje niemal 40 milionów ludzi, a więc tyle, co w całej Polsce. W samym Tokio na jednym kilometrze kwadratowym – jeśli wierzyć oficjalnym statystykom – żyje około 6000 ludzi. To okropne otoczenie i informacje o przeludnieniu trochę nas niepokoją w drodze do stacji Ueno, na której czeka Ania.
Wzruszające spotkanie, chwila odpoczynku w naszym mieszkaniu w delegaturze Unii Europejskiej. Z pewnym zaskoczeniem znajdujemy w szafie suchy prowiant, butelki z wodą, kaski i sprzęt ratunkowy – to zestaw na wypadek trzęsienia ziemi.
Po kilku godzinach wyruszamy do jednego z najwyższych muzeów, jakie widziałam – na 50. piętrze wystawa znanego japońskiego malarza Murakamiego. Poruszające obrazy, oglądane biegiem, w pogoni za uciekającym sześcioletnim Ignacym.
Jesteśmy porażeni odmiennością japońskiego świata. Życie toczy się tu na wielu poziomach, na rozświetlonych wystawach dobra całego świata. Najbardziej zdumiewają nas jednak utensylia dla piesków, które traktowane są tu jak najdroższe istoty. Szczeniaki kosztują nawet kilka tysięcy euro, a małych ulubieńców (przeważają drobne rasy) wozi się w dziecinnych wózeczkach i przystraja w kolorowe ciuszki i kokardy.
Japończycy wydają się uniżenie grzeczni, ale jest w tej pokornej grzeczności niezachwiane przekonanie, że zasady muszą być spełniane, a wszystko, niemal każdy ruch, podlega jakiejś regulacji. Metro jeździ z idealną punktualnością i zatrzymuje się w wyznaczonych miejscach z dokładnością do jednego centymetra. Pasażerowie na peronie ustawiają się w długich kolejkach w miejscach oznakowanych jako wejścia do pociągu. Mimo ogromnego tłoku panuje wzorowy porządek, nikt się nie przepycha i nie denerwuje. W metrze wszyscy czytają w skupieniu (oczywiście „w pionie” i „od końca”) niewielkie, wydawane na gazetowym papierze książeczki, a młodzi – jak na całym świecie - bawią się smartfonami. Charakterystyczne są także maseczki na twarzach – japońskie czarczafy. W obawie przed infekcją przenoszoną drogą kropelkową nosi je prawie co trzeci mieszkaniec tego sterylnego kraju. Przy wielu przejściach dla pieszych, wyjazdach z parkingów czy wyjściach ze sklepów stoi po kilku starszych panów regulujących ruch. Inni nieruchomo stoją godzinami z ogromnymi strzałkami wskazującymi jak należy się poruszać, choć powieszenie strzałek na ścianie przyniosłoby ten sam efekt. Nie wiadomo, dlaczego tych czynności nigdy nie wykonują panie. Całość sprawia wrażenie ogromnego marnowania ludzkich zasobów, ale w ten sposób w Japonii prawie nie ma bezrobocia.
Dzień drugi
Wypuszczamy się do starej dzielnicy Tokio – Asakusy (czyt. Asaksy), w której przede wszystkim ciekawi nas buddyjska świątynia z VII wieku. Starodawna architektura, nieco obca dla przybyszów z dalekiej Europy, nas jednak zachwyca. Zadziwia ponad 600-kilogramowy lampion wiszący u powały bramy wejściowej prowadzącej na rozległy plac. Po obu stronach kolejnej bramy wiszą niemal 5-metrowe, plecione z ogromnych powrozów sandały sprzed kilkuset lat, których dotknięcie (trzeba w tym celu trochę podskoczyć) ma gwarantować szczęście i spokój duszy. Na tym placu, jak we wszystkich większych miejscach kultu na świecie, mnóstwo kramów z dewocjonaliami i drobnym rękodziełem. Wokół harmider i niekończący się tłum, gdzieniegdzie upstrzony pięknymi jak kolorowe ptaki Japonkami w tradycyjnych kimonach, z pękami kwiatów we włosach. Docieramy do świątyni. Za namową Ani odważam się zakupić wróżbę (ach te przesądy), która okazuje się całkiem korzystna. Jacek w tym czasie robi sobie kilka fotek w towarzystwie grupy Japonek w różowych kimonach.
Popołudnie Jacek z Ignackiem spędzają na Tokyo Skytree – najwyższej wieży świata (oraz drugiej najwyższej budowli na świecie, po Burj Khalifa w Dubaju). My z Anią obserwujemy w tym czasie kolorowy tłum i posilamy się w japońskiej restauracyjce. W knajpce wszyscy – co typowe dla Japonii – uniżenie grzeczni. Kelnerka niemal każde słowo potwierdza głębokim, pełnym szacunku ukłonem. Ania zwraca mi uwagę na typowe dla tej kultury podawanie pieniędzy (i rachunku) dwiema dłońmi, co oczywiście połączone jest z ukłonem.
thumb_DSC_0952_1024
Dzień trzeci
Ten dzień spędzamy w ultranowoczesnej części Tokio, na sztucznej wyspie Odaiba. Wielopoziomowe autostrady, wiszące mosty i szklano-metalowe elewacje drapaczy chmur. Czujemy się jak na Manhattanie, tylko napisy wzdłuż rzeki ostrzegające przed tsunami przypominają nam gdzie naprawdę jesteśmy. Wędrujemy wzdłuż nabrzeża do muzeum nauki. Wspaniale przygotowane sale, roboty udające ludzi (i ludzie działający niemal jak roboty), wiedza we wszystkich dziedzinach przedstawiana w przystępny sposób. Obaj nasi wnukowie, sześcioletni Ignaś i półtoraroczny Jaś są w euforii – wszystkiego można samemu dotknąć, sprawdzić jak działa. Zmęczeni atrakcjami, przygotowujemy obiecany Ignasiowi piknik na plaży, jednak zimno i wiatr wyganiają nas szybko do samochodu.
Dzień czwarty
Witamy kolejnych przyjezdnych z kraju – dołączają do nas Monika i Adam. Jadą odpocząć do domu, a my z wnukami wybieramy się do tokijskiego ZOO w rozległym parku Ueno. Jesteśmy wszyscy zachwyceni dużymi pandami, które można z bliska oglądać. Chłopcy są w euforii. Mały Jaś głośno i wyraźnie wypowiada nowe słowo „panda”, a potem z upodobaniem wybiera sobie plecaczek w kształcie tego zwierzątka. ZOO nie jest duże, ale zwierzęta są świetnie wyeksponowane, a zwiedzanie stanowi przy okazji miły spacer, gdyż alejki są otoczone bujną, parkową roślinnością.
Po wizycie w ZOO, tym razem już tylko z Jackiem, wybieramy się do Muzeum Narodowego. Skarby wystawione w muzeum – broń, wspaniałe i groźne figurki wojowników, przedmioty codziennego użytku i dzieła sztuki z minionych epok - robią na nas ogromne wrażenie. Początkowo planowaliśmy również wizytę w Muzeum Sztuki Zachodniej, gdzie można znaleźć sporo europejskich arcydzieł, ale jest ono z powodu remontu zamknięte i możemy tylko obejrzeć elewację budynku zaprojektowanego przez Le Corbusiera. Nie jest to podziw nadmierny; to co w ubiegłym wieku wydawało się supernowoczesne, teraz „trąci myszką”. Szara, betonowa, kanciasta bryła jest po prostu nieładna.
Wieczorem gościmy na kolacji kolegę Jacka, tokijskiego onkologa (który okazał ogromną pomoc podczas niedawnego pobytu Jasia w szpitalu), oraz jego małżonkę. Oboje drobni i trochę skrępowani, już w drzwiach – japońskim zwyczajem – rzucają się do zdejmowania butów. Ponieważ nie mamy dla nich obowiązkowych kapci (na marginesie – obowiązują tu dwie pary – jedna do mieszkania, druga do toalety) żartujemy, że w tym kawałku Europy nie muszą zmieniać obuwia. Nasi goście cały czas dzierżą w dłoni teczkę, z której po chwili zaczynają wyjmować drobne, bardzo „japońskie” prezenciki dla dzieci i dla nas. My rewanżujemy się polskimi produktami eksportowymi - albumem płyt z muzyką Chopina i okazałą butelką wódki noszącej to samo imię. W tym momencie pani włącza tablet i z dumą pokazuje swoją kilkuletnią córkę grającą jeden z utworów naszego kompozytora. Japończycy kochają jego muzykę, czego wyrazem są liczne koncerty i kluby jego wielbicieli, a także tradycyjnie potężna reprezentacja tego kraju na naszych konkursach chopinowskich.
Dzień piąty
Rano świętujemy urodziny Ignasia, które w tym roku odbywają się pod hasłem Star Wars. Po śniadaniu na piechotę ruszamy do parku Yoyogi. Kilka kilometrów prawdziwego Tokio - ulice, przechodnie – zwykłe codzienne życie. Potem wędrujemy przez tokijskie Champs Elysees – nazwy światowych marek mody, przepych wystaw, nawet widok samej ulicy bardzo przypominają francuski pierwowzór. Francja jest tu zresztą przedmiotem powszechnego zachwytu i uwielbienia. Tokijczycy zafundowali sobie nawet replikę wieży Eiffla, a wiele restauracji nosi dumnie francuskie nazwy i reklamuje się francuską kuchnią. Zapuszczamy się w maleńką uliczkę sklepików – jak to określił Adam – dla hipsterów. Podobno w czasie weekendu można tam spotkać wyjątkowo dziwacznie poprzebieranych i wystylizowanych młodych ludzi. Nam udaje się zobaczyć obfitych kształtów czterdziestolatkę wciśniętą w różowy kostium lalki Barbie oraz przeraźliwie szczupłego młodzieńca, całego w konsekwentnej czerni i z makijażem, jakiego nie powstydziłby się żaden przedstawiciel piekielnych czeluści. Choć to dopiero piątek przed południem, uliczka jest bardzo zatłoczona; w tym tłumie nie ma jednak prawie osobników rasy kaukaskiej. Nasza piątka, dołączyli do nas bowiem Monika i Adam, wyraźnie góruje wzrostem nad przewalającym się tłumem.
Poruszającym przerywnikiem w tej wędrówce przez tokijskie ulice jest wizyta w szintoistycznym chramie, do którego wędrujemy przez niekończące się parkowe aleje. Zabudowa świątynna nieco bardziej ascetyczna niż ta, którą widzieliśmy w Asakusie Przyglądamy się tutejszym rytuałom – obmyciu wodą, okadzeniu dymem, a potem modlitwom. Ania słusznie zauważa, że katolicki „znak krzyża” może się wydawać Japończykom równie niezrozumiały, jak nam dwukrotny pokłon, dwukrotne klaśnięcie w dłonie i ponowny pokłon.
Po wizycie w świątyni powrót do współczesności. Idziemy na największe na świecie skrzyżowanie ulic, słynne Shibuya. Istotnie, tłum mrowiący się po wielokierunkowym przejściu dla pieszych zapiera nieco dech, choć Ania przekonuje nas, że dziś jest tu niemal pusto.
Późnym popołudniem sami wyruszmy do dzielnicy knajpek – Golden Gai i „czerwonej dzielnicy”. Z metra wysiadamy na największej, a właściwie najbardziej ludnej, stacji Shinjuku. Ania twierdzi, że dziennie przewija się tędy około 4 milionów ludzi. Mam wrażenie, że ta stacja to podziemne miasto, a właściwie labirynt, z którego nie sposób się wydostać. Mimo wszystko całkiem sprawnie udaje nam się wyjść na powierzchnię, aby zobaczyć wąziutkie uliczki Golden Gai i restauracyjki, jakie widuje się w japońskich thrillerach. Do żadnej nie weszłabym bez pełnego uzbrojenia. Przez okna widać bowiem gdzieniegdzie typy jak z Yakuza, japońskiej mafii. Z pewnością w tych zakamarkach załatwiają swoje brudne interesy. Niezależnie od tego kto i co tam załatwia, przewodnik Lonely Planet poleca to miejsce jako jedno z szesnastu, które koniecznie należy w Tokio odwiedzić. Po drodze do „czerwonej dzielnicy” mijamy szintoistyczno-buddyjską świątynię. Do niej to wracający z pracy Japończycy (ci sami, którzy budują japoński cud technologiczny) wstępują, żeby w pradawny sposób pomodlić się o pomyślność oraz wykupić wróżbę lub talizman na najbliższy rok. Tak oto mieszają się tutaj sacrum i profanum w XXI wieku.
Powrót ze stacji Shinjuku okazuje się niełatwy. Kiedy po długim krążeniu po podziemnych korytarzach wydaje nam się, że docieramy na peron upragnionej linii Yamamoto, okazuje się, że jesteśmy znów na powierzchni ulicy, w trudnym do określenia miejscu. Na pytanie, gdzie jest właściwe wejście, kolejne trzy osoby udzielają nam całkowicie odmiennych odpowiedzi. Ania wyjaśniła nam potem, że japońska duma nie pozwala przyznać się do niewiedzy, zwłaszcza przed obcokrajowcem. Jako ofiary tego zwyczaju krążymy jeszcze bezradnie przez długi czas po naziemnych i podziemnych ulicach. W końcu, gdy jesteśmy bliscy załamania, właściwy peron objawia nam się niemal przypadkowo i już bez trudu docieramy do domu.
Dzień szósty
Przedpołudniowa wyprawa odbywa się w dwóch grupach. Ania, ja i chłopcy jedzemy do delfinarium, a Monika z Adamem zwiedzają stary zamek królewski i jego ogrody. Panowie odpoczywają, szykując siły na wieczór, przy czym odpoczynek Jacka jak zwykle polega na pisaniu kolejnej pracy naukowej. Wieczorem chłopcy zostają z filipińską nianią, a my wybieramy się wspólnie do tradycyjnej japońskiej restauracji, a potem na tradycyjną rozrywkę młodych Japończyków – karaoke.
Wejście do restauracji - jak w filmie – wąskie, słabo oświetlone schody, potem labirynt ciemnych korytarzy pomiędzy ściankami z parawanów. W końcu lądujemy w przygotowanej dla nas salce. Stół na wysokości łydki, pod stołem zagłębienie, w którym można schować nogi. Siedzi się całkiem wygodnie, choć nie ma wątpliwości, że siedzimy po prostu na podłodze. Usługuje nam dwoje Japończyków, którzy co chwilę przynoszą kolorowe miseczki z nieznanymi potrawami. Nie mamy wyboru, musimy używać pałeczek, co – po krótkim treningu – wydaje się dość proste. Wiktor uczy nas jak odkładać pałeczki. Nie można ich kłaść płasko na stole. Za oparcie mogą służyć specjalne porcelanowe lub drewniane podstawki, których tu nie ma, lub po prostu zwinięta kartonowa okładka, w której podaje się pałeczki. Przy okazji dowiadujemy się, że w żadnym wypadku nie należy przekazywać współbiesiadnikowi jedzenia z pałeczek do pałeczek ani umieszczać ich w ryżu znajdującym się w miseczce. Obie czynności związane są bowiem z pogrzebowymi rytuałami i żywym źle wróżą. Japońskie dania, choć nie przypominające w niczym europejskich, okazują się zaskakująco smaczne. Popite dużą ilością sake, wybornego wina lub piwa wprawiają nas w wyśmienity nastrój. Nic dziwnego, że nawet Jackowi i mnie, po takiej uczcie karakoke wydaje się świetną zabawą i razem z młodymi wydzieramy się, przekonując świat, że we are the champions.
Dzień siódmy
Ostatni dzień spędzamy w Jokohamie. Japonia postanawia pożegnać nas słonecznym, wiosennym dniem. Jesteśmy zdziwieni, że na podziemnym parkingu przy nabrzeżu jest sporo wolnych miejsc. Po chwili okazuje się, że wynika to z obaw tubylców o jego zalanie przez zdarzające się tu nierzadko tsunami Leniwie wędrujemy po nabrzeżu, zachwycając się ultranowoczesną architekturą. 500 metrów od portu znajduje się Chinatown, ponoć największe w Azji. Chińczycy przybyli tu w połowie XIX wieku, kiedy Japonia po wielowiekowej całkowitej izolacji otworzyła się nieco na świat, a rząd zezwolił na osiedlanie się obcych przybyszów. Jokohama, która bardzo ucierpiała w czasie katastrofalnego trzęsienia ziemi na początku XX wieku, jest obecnie niemal europejskim miastem, z szerokimi ulicami i nowoczesną zabudową.
To nasz ostatni japoński spacer. Oboje z Jackiem mamy te same wrażenia. Jechaliśmy tu z nieufnym nastawieniem, nieco podsyconym przez relacje Terzaniego. Spodziewaliśmy się zamkniętego, nieco wrogiego społeczeństwa. Tymczasem Japonia ukazała nam się jako cudownie kolorowy, choć bardzo zaludniony, zakątek świata. Różnorodność postaw, od lolitek i zdziecinniałych panienek wystrojonych jak trzylatki i tulących do piersi małe, równie wystrojone pieski, poprzez ciężko pracujących, dumnych ze swojej pracy ludzi, miłujących muzykę i sztukę, po okrutnych wojowników i bezwzględnych żołnierzy - szczęśliwie tych ostatnich można spotkać już tylko w muzeach i historycznych zapisach. Zaczęliśmy dostrzegać mądrość tego narodu, który – żyjąc w ogromnym zatłoczeniu i ciągłym zagrożeniu naturalnymi katastrofami i ze strony silnych sąsiadów – potrafił wypracować styl życia pozwalający zachować godność i radość z przeżywanej codzienności.
Tokijskie wakacje
"Mamo, a ile będę miał lat, jak będziemy wracać z tych wakacji w Tokio do Brukseli?" spytał ostatnio Ignaś, dobrze oddając stan ducha całej familii. Mimo (bardzo intensywnej) pracy Wiktora i ignasiowej szkoły, cały czas czujemy się trochę jak turyści. Wszystko nas fascynuje i nawet zwykła przejażdżka metrem nadal stanowi nie lada atrakcję. Podobno ta faza zauroczenia mija po kilku miesiącach (już teraz irytuje nas brak twarogu czy dezodorantu w kulce), ale tymczasem chciałoby się krzyknąć "chwilo trwaj". W dodatku pogoda zrobiła się absolutnie hiciorska (dwadzieścia parę stopni i piękne słońce), tak więc większość czasu spędzamy poza domem.
"Mamo, a ile będę miał lat, jak będziemy wracać z tych wakacji w Tokio do Brukseli?" spytał ostatnio Ignaś, dobrze oddając stan ducha całej familii. Mimo (bardzo intensywnej) pracy Wiktora i ignasiowej szkoły, cały czas czujemy się trochę jak turyści. Wszystko nas fascynuje i nawet zwykła przejażdżka metrem nadal stanowi nie lada atrakcję. Podobno ta faza zauroczenia mija po kilku miesiącach (już teraz irytuje nas brak twarogu czy dezodorantu w kulce), ale tymczasem chciałoby się krzyknąć "chwilo trwaj". W dodatku pogoda zrobiła się absolutnie hiciorska (dwadzieścia parę stopni i piękne słońce), tak więc większość czasu spędzamy poza domem.
Jasinek koło 11tej wskazuje znacząco na swoje buciki i wózek, dając znak, że czas ruszać do parku. Po krótkiej przerwie (na jaśkową drzemkę i moją naukę w Starbucksie) wracamy do parku, tym razem z Ignasiem. Białych dzieci jest tu co najmniej tyle co skośnookich (w każdym razie na pewno bardziej dają się we znaki) i tymczasem - zamiast japońskiego - ćwiczymy głównie francuski.
W weekendy kontynuujemy eksplorację Tokio. W ostatni weekend pada na pełną kontrastów dzielnicę Harajuku. Z jednej strony to centrum kiczu i subkultur wszelkiej maści. Na słynnym deptaku Takeshita-dori pozują do zdjęć przebrane za francuskie hrabiny czy gotyckie lolitki nastolatki, a w niezliczonych butikach można nabyć najbardziej wymyślne kostiumy i akcesoria (wiemy już, gdzie będziemy się zaopatrywać na imprezy karnawałowe w Brukseli). Ale już po chwili atmosfera festynu ustępuje miejca szykowi i elegancji w postaci wysmakowanej alei handlowej Omote-sando, czyli tokijskich Champs-Élysées.
Z mekki mody i konsumpcji zaledwie kilkuminutowy spacer wśrod pięknych, starych drzew prowadzi do najważniejszego chramu szintoistycznego w Tokio. Położona na terenie parku Yoyogi, Meiji Jingū została wybudowana w latach dwudziestych XX wieku ku czci ojca współczesnej Japonii - cesarza Meiji i jego małżonki Shoken. Animistyczny szintoizm jest najstarszą religią Japonii, ale od początku harmonijnie współegzystuje z przybyłym z Chin buddyzmem. Podobno nie jest niczym niezwykłym łączenie obu obrzędów (np. ślub według tradycji szintoistycznej, pogrzeb według buddyjskiej). W Meiji Jingū trafiamy akurat na szintoistyczny ślub, a także coroczną ceremonię … pogrzebu zabawek (Japończycy uważają, że lalki i pluszaki też mają “dusze” i nie można ich tak po prostu wyrzucić bez odpowiedniego pożegnania i podziękowania za wspólnie spędzone lata).
O dziwo, największym minusem tokijskich wakacji jest dla nas chluba Japończyków, czyli tutejsza kuchnia. Po kilku mocno nietrafionych eksperymentach (pozbawione jakiegokolwiek smaku tofu czy tempura, warzywa w sosie typu krochmal) postanawiamy trzymać się sprawdzonych smaków. Ale okazuje się, że po miesiącu nawet rameny i sushi mogą się opatrzyć. Sushi - o zgrozo! - bardziej smakowało nam zresztą w Europie. Tutejsze jest dla nas zbyt "dosłowne" (węgorz ma skórę, krewetki oczy, a ośmiorniczki macki). Nie ma rady - trzeba będzie wrócić do samodzielnego gotowania, zwłaszcza że nasze garnki - wraz resztą dobytku - właśnie dotarły do Tokio. W dodatku niedaleko domu znaleźliśmy całodobowy supermarket przeznaczony głownie dla kucharzy. Produkty w nieatrakcyjnych, standardowych opakowaniach, ale za to ceny znacznie niższe niż w okolicznych spożywczakach, a wielkość porcji bardziej odpowiadająca naszym potrzebom (Ignaś aż jęknął na widok 700-gramowej kostki ukochanego cheddara).