Japonia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Zwyczaje Anna Jassem

Dyskretny urok jesiennych listków

w końcu przychodzi jesień - wspaniała nagroda od natury za przetrwanie japońskiego lata. Nie obyło się  wprawdzie bez tajfunów, ale po nich nadchodzi słońce i oszałamiająca eksplozja koloru. W połowie listopada zaczyna się szał koyo, czyli podziwiania jesiennych kolorowych liści - rozrywka niemal tak popularna jak wiosenne pikniki pod kwitnącymi wiśniami. 

37920585275_20d4ab5d92_o.jpg

I w końcu przychodzi jesień - wspaniała nagroda od natury za przetrwanie japońskiego lata. Nie obyło się wprawdzie bez tajfunów, ale po nich nadchodzi słońce i oszałamiająca eksplozja koloru. W połowie listopada zaczyna się szał koyo, czyli podziwiania jesiennych kolorowych liści - rozrywka niemal tak popularna jak wiosenne pikniki pod kwitnącymi wiśniami. Odwrotnie do sezonu wiśniowego, czerwone klony i żółte miłorzęby najpierw pojawiają się na północnej wyspie Hokkaido, a następnie powoli postępują na południe.  W mediach pojawiają się codzienne aktualizacje na temat frontu koyo, a poniedziałkowe rozmowy zaczynają się od debriefingu na temat najlepszych miejsc do podziwiania kolorowych listków.

31253391385_7201679ac8_o.jpg

A listki faktycznie obłędne! Nie mogę się zdecydować, czy bardziej zachwycają mnie jaskrawoczerwone momiji (kloniki) w kształcie łapek Mili, czy też złote wachlarzyki ginkgo (prastarych miłorzębów). Jedne i drugie delikatne jak najszlachetniejsza koronka. Nie pierwszy już raz nachodzi mnie spostrzeżenie, że japońska natura jest zminiaturyzowana, ale też bardziej „skondensowana”. Kwintesencja piękna i witalności. Podobnie ma się rzecz z warzywami (ogórkami, bakłażanami) – znacznie mniejszymi, ale też bardziej intensywnymi w smaku od swoich zachodnich odpowiedników – a nawet z samymi ludźmi – drobnymi, niepozornymi, a żyjącymi dłużej niż jakakolwiek inna nacja.

37920588245_c801f767ef_o-1.jpg
37920654145_457c51853f_o.jpg
37920576715_8afcea2316_o-1.jpg
38806914451_3807fe2acf_o.jpg
38650697921_49694083c7_o.jpg

Snując się po parkach i świątyniach, jeszcze bardziej niż drzewami zachwycamy się japońską umiejętnością celebrowania ich piękna. Ta rzadka umiejętność zatrzymania się na chwilę w szaleńczym pędzie, dostrzeżenia małych codziennych cudów czyni Japończyków prawdziwymi smakoszami życia. Choć koyo - podobnie jak wiosenne hanami - ma też swoje ciemniejsze strony.

Do podświetlanego wieczorem parku Rikugien wybieramy się (w dodatku z wózkiem!) w sobotnie popołudnie. Na miejscu okazuje się, że na podobny pomysł wpadło pół Tokio. Mrowiem tym dyrygują - wyposażeni w megafony i „miecze świetlne” (jak nasi chłopcy określają podłużne latarki) - zawiadowcy ruchu. Posuwamy się więc w żółwim tempie w jedynym dozwolonym kierunku. Co chwila z przerażeniem sprawdzamy, czy któreś z pięciorga „naszych” dzieci (towarzyszą nam dwie koleżanki Jasia i Ignasia) nie zostało porwane przez ludzką masę albo nie wpadło do stawu. Okoliczności umiarkowanie sprzyjające kontemplacji…

38594957226_d6026ec9e8_o-2.jpg
24934758338_8440462fd5_k.jpg

W kolejny weekend decydujemy się na znacznie rozleglejszy Shinjuku Gyoen – tokijski odpowiednik Central Parku i jedno z naszych ulubionych miejsc w Tokio. Chłopcy jak szczeniaki tarzają się po równo przystrzyżonych trawnikach, a my z rozczuleniem przyglądamy się idealnym japońskim rodzinkom pozującym do zdjęć pod kolorowymi drzewami. Ona najczęściej  w płaszczyku w stonowanym kolorze, on w stylowym kaszkiecie, dzidzio w kamizelce (chłopcy) lub gustownej sukience (dziewczynki). Po 15 minutach robi nam się jednak szkoda maluchów, które zamiast biegać, przekazywane są z rąk do rąk i zmuszane do ciągłego uśmiechu. Sweet focia na Instagramie okazuje się ważniejsza od samego doświadczenia…

37920628895_0617b544a5_o.jpg
37920668855_b3692dc16a_o.jpg

Mimo to na myśl, że to nasza ostatnia jesień w Japonii (tak, tak, latem wracamy do Europy) nachodzi mnie iście japońska melancholia przemijania.

Już jesień czy to wszystko jest życiem małej cykady

Buson (1755)

Read More
Japonia, Religia, Tokio, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Religia, Tokio, Zwyczaje Anna Jassem

Przetrwaliśmy japońskie lato!

Nikt o zdrowych zmysłach nie decyduje się na lato w Tokio – słyszeliśmy na długo przed naszym przyjazdem do Japonii. Znakomita większość naszych zagranicznych znajomych na dwa wakacyjne miesiące wraca do Europy. Sami tokijczycy wytchnienia szukają w chłodniejszych górskich rejonach albo na północnej wyspie Hokkaido, choć mało kto pozwala sobie na urlop dłuższy niż tydzień. My w tym roku zostajemy w Tokio, w oczekiwaniu zapowiadanej na początek sierpnia córeczki. Do Polski wysyłamy jedynie Ignasia, który na skypie torturuje nas opowieściami o twarogu i porzeczkach.

29210739811_0c70abe746_z.jpg

Nikt o zdrowych zmysłach nie decyduje się na lato w Tokio – słyszeliśmy na długo przed naszym przyjazdem do Japonii. Znakomita większość naszych zagranicznych znajomych na dwa wakacyjne miesiące wraca do Europy. Sami tokijczycy wytchnienia szukają w chłodniejszych górskich rejonach albo na północnej wyspie Hokkaido, choć mało kto pozwala sobie na urlop dłuższy niż tydzień. My w tym roku zostajemy w Tokio, w oczekiwaniu zapowiadanej na początek sierpnia córeczki. Do Polski wysyłamy jedynie Ignasia, który na skypie torturuje nas opowieściami o twarogu i porzeczkach.

Po japońskim lecie spodziewamy się najgorszego, a udaje nam się odkryć nieco inne, bardziej „dzikie” oblicze tego kraju.

36608860185_de0b21a65e_z-1.jpg

Dopiero latem okazuje się, że Japonia to jednak Azja. Aseptyczne Tokio nagle pokazuje swoją mniej ulizaną naturę. W połowie lipca całkiem przyjemna i klimatyczna mżawka charakterystyczna dla pory deszczowej ustępuje miejsca prawdziwej łaźni parowej. Wystarczy uchylić drzwi klimatyzowanego wnętrza, a zderza się człowiek ze ścianą obezwładniającego gorąca i wilgoci – coś jakby zarzucić sobie na głowę mokrą, parzącą kołdrę. Na nic kilkakrotne w ciągu dnia prysznice, na nic parasolki przeciwsłoneczne, na nic ręczniczki do ocierania twarzy, bez których żaden Japończyk nie ruszy się latem z domu. Gorąc jest do tego stopnia nieznośny, że Japończycy mają nawet specjalne określenie na będące jego skutkiem „letnie zmęczenie” (natsubate).

Do tego dochodzi dzika letnia fauna. Nawet w centrum miasta bezlitośnie tną komary, po chodnikach i tarasach spacerują karaluchy wielkości pudełka od zapałek, a w przydomowym parku grasują całkiem pokaźne (choć podobno niejadowite) węże. Nic jednak nie przebije wrzasku cykad, które właśnie latem - po wielu (czasem aż 17!) latach pod ziemią w postaci larwalnej – budzą się do zaledwie kilkutygodniowego, dorosłego życia. Japońskie cykady to prawdziwe giganty (według chłopców, przypominają Kylo Rena z „Gwiezdnych Wojen”), a zarazem najgłośniejsze owady świata. Ich ogłuszający śpiew godowy przekracza podobno 100 decybeli, co odpowiada dźwiękowi młota pneumatycznego (oraz trelom naszej domowej krzykaczki).

Podobnie jak przyroda, również sami Japończycy zdają się latem bardziej żywiołowi. Po pracy zgrzebne biurowe uniformy zastępują kolorowymi yukatami (letnia wersja kimoną) i drewnianymi sandałami getta i ruszają na jedną z niezliczonych letnich imprez.

35813195512_be927645db_z.jpg

To właśnie latem (a nie z okazji Nowego Roku) organizowane są gigantyczne pokazy sztucznych ogni, zwanych hanabi. Hanabi to po japońsku „ogniste kwiaty” i faktycznie większość z nich ma kulisty kształt przywodzący na myśl pąki kwiatów.

34794388061_2043395143_z.jpg

W każdej dzielnicy odbywają się też większe lub mniejsze festyny, zwane matsuri. Każda okazja do świętowania jest dobra – a to ku czci lokalnego bóstwa, a to w modlitwie o dobre plony, a to dla uczczenia duchów przodków. Choć matsuri często mają genezę religijną, większość jest po prostu okazją do dobrej – czasem wręcz szalonej - zabawy.

I tak chramy organizują barwne procesje, w trakcie których figury lokalnych bóstw obnoszone są przez mieszkańców dzielnicy w przenośnych ołtarzach mikoshi. Czyli coś na kształt naszego Bożego Ciała, z tym że ciężkie mikoshi podrzucane są rytmicznie w górę i w dół, czasem z dodatkowym obciążeniem w postaci tancerzy, a wszystko odbywa się przy akompaniamencie transowej muzyki i gromkich okrzyków tłumu.

35594720080_52a428fc25_z.jpg
34522390181_c0b54e8512_z.jpg

Z kolei w trakcie święta Obon (japońskiego odpowiednika Wszystkich Świętych) bardzo popularne są żywiołowe tańce odori. Zgodnie z japońskimi wierzeniami, to czas, kiedy dusze zmarłych wracają na ziemię, a zbiorowe pląsy pomagają w ich godnym przyjęciu. Nas najbardziej ujmuje inkluzywny charakter tych imprez. Tańczą wszyscy – od maluchów po seniorów, od debiutantów w jeansach i trampkach po zaprawionych tancerzy w pięknych tradycyjnych strojach.

29181063932_17b1c1558b_z-1.jpg
35338433802_2a73c9e47e_z.jpg

Nieodzownym elementem letnich imprez są uliczne stoiska z jedzeniem. Mimo upału, festiwalowe rarytasy to przede wszystkim smażenina (yaki): szaszłyki z kurczaka (yaki-tori), smażony makaron z dodatkami (yaki-soba), klopsy z ośmiornicy (tako-yaki), grube naleśniki z kapustą (okonomi-yaki) czy ukochane przez Jaśka grillowane kalmary (ika-yaki). Na deser – obowiązkowo kakigori, czyli kopiec kruszonego lodu polany przeraźliwie słodkim syropem owocowym.

35851524961_e99ee62796_z.jpg

Są też atrakcje dla dzieci (np. łowienie rybek w misce), występy bębniarzy i niezliczone kramy z lokalną cepelią.

Słowem, nie tylko przeżyliśmy japońskie lato, ale będzie to jedno z naszych milszych wspomnień z Japonii!

Read More
Japonia, Służba zdrowia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Służba zdrowia, Zwyczaje Anna Jassem

Ciąża po japońsku

Gdy zakładaliśmy bloga „We czworo przez świat” nie przypuszczaliśmy, że dwa lata później nasza rodzina po raz kolejny się powiększy. Jako że z małą Milą jest nas pięcioro, myślimy nad nową nazwą bloga :)

A jak wygląda ciąża po japońsku?

AvZ8mIJLMG1Fo72_24297.jpeg

Gdy zakładaliśmy bloga „We czworo przez świat” nie przypuszczaliśmy, że dwa lata później nasza rodzina po raz kolejny się powiększy. Jako że z małą Milą jest nas pięcioro, myślimy nad nową nazwą bloga :)

A jak wygląda ciąża po japońsku?

Pierwsza wizyta u ginekologa zaskakuje bezpośredniością. Żadnych tam gratulacji czy zachwytów nad słodziutkim zarodkiem. Zamiast tego pani ginekolog bez ogródek pyta, czy ojcem dziecka jest mój mąż oraz czy życzę sobie ciążę przerwać, czy też utrzymać (w Japonii aborcja jest legalna ze „względów społeczno-ekonomicznych”, a więc w praktyce na życzenie, choć w przypadku mężatek niezbędna jest zgoda męża). W czasie następnej wizyty - kolejna niespodzianka. Okazuje się, że genetyczne badania prenatalne - w Europie przeprowadzane rutynowo - w Japonii nadal są rzadkością i kosztują fortunę. Dla spokoju ducha przesyłam próbki krwi do badania w belgijskim laboratorium (niech żyje globalizacja!).

Kolejne comiesięczne kontrole nie różnią się znacząco od tych w Polsce czy Belgii. Dużo większy nacisk kładzie się jednak na kontrolę wagi przyszłej mamy. Znajome Japonki z dumą opowiadają, jak to po wyjściu ze szpitala ważyły mniej niż przed ciążą. Podobno japońscy lekarze „zezwalają” na przybranie średnio jedynie 6-8 kg w czasie całej ciąży, co skutkuje znacznie wyższym niż w Europie odsetkiem noworodków o niskiej wadze urodzeniowej. Na szczęście oczekiwania wobec gaijinek są mniej wyśrubowane, choć i mój kształcony w USA lekarz pół żartem, pół serio napomyka, że jeśli nie zapanuję nad przyrostem wagi, będziemy musieli zakończyć współpracę.

Co ciekawe, mimo że nawet dziewięciomiesięczna ciąża jest u Japonek ledwo widoczna, większość proponowanych w sklepach ubrań ciążowych to bezkształtne suknie namioty w rozmiarze XXL. Mój okazały brzuch budzi spore zainteresowanie, graniczące z konsternacją („cóż ta słonica robi na rowerze!”). Nie gwarantuje jednak wolnego miejsca w środkach komunikacji miejskiej. Mimo że podpadam pod dwie uprawnione kategorie (ciężarna i podróżująca z małym dzieckiem) i dysponuję sygnalizującym ciążę różowym breloczkiem, miejsca sporadycznie ustępują mi starsze panie, podczas gdy młode byczki nieporuszone wpatrują się w ekrany swoich komórek.

thumb_AvZ8mIJLMG1Fo72_24297_1024.jpg

Pozytywnym zaskoczeniem jest natomiast całkowita wolność żywieniowa. Sprawdzam z trzema niezależnymi lekarzami i każdy potwierdza, że – z wyjątkiem tytoniu i alkoholu – jeść mogę, co mi się żywnie podoba. Sushi – proszę bardzo, oby tylko było świeże. Sałatka na mieście – jak najbardziej, japońskie warzywa są ponoć wolne od toksoplazmozy, mam się tylko nie spoufalać z kotami. Dojrzewające sery – nie ma problemu, sprzedawane w Japonii pochodzą z pasteryzowanego mleka. To miła odmiana po Europie, gdzie przez sam fakt bycia w ciąży przyszła matka czuje się jak potencjalna zabójczyni.

Przyznaję, że najbardziej obawiałam się porodu à la japonaise. Nasłuchawszy się opowieści o dzielnych Japonkach rodzących w bólu i ciszy, z przerażeniem zastanawiam się, czy sprostam wyzwaniu. Znieczulenie - postrzegane w Japonii jako szkodliwa dla dziecka fanaberia i osobista porażka dla matki - dostępne jest jedynie w nielicznych prywatnych szpitalach, a i wówczas przeważnie tylko w godzinach pracy lekarza. Na wszelki wypadek płacimy krocie za jednego z dwóch lekarzy w mieście gwarantujących epidural „na życzenie”, bo „co jeśli poród będzie trwał półtorej doby”. Ostatecznie nasza córeczka rodzi się zaledwie 3,5 godziny po pierwszym skurczu, a całe doświadczenie jest nader budujące. Wszystko odbywa się dużo bardziej naturalnie niż w Belgii. Bez wchodzenia w technikalia, 2 dni po porodzie czuję się lepiej niż 2 tygodnie po wydaniu na świat Ignasia i Jaśka. Jedyny bemol to fakt, że zaraz po narodzinach porywają Milę na badania i nie widzimy jej aż do kolejnego karmienia.

Tak jak poród pozytywnie nas zaskakuje, tak pobyt w szpitalu po raz kolejny (tu wrażenia z naszej pierwszej hospitalizacji) okazuje się męczarnią. Pokój jest wprawdzie luksusowy, a pielęgniarki przemiłe, ale nie do zniesienia jest nieustanny korowód personelu – a to żeby w środku nocy wręczyć mi broszurę o karmieniu piersią, a to opróżnić kosz na śmieci, a to po podpis na entym już dokumencie. W nocy nie ma mowy o spaniu, bo – zgodnie z japońskimi wytycznymi – noworodka należy karmić co najmniej co 3 godziny. Gdy zaś dziecka nie udaje się obudzić, świeżo upieczonej mamie na pobudzenie laktacji aplikuje się masaż piersi (brrr!).

IMG_20170819_202424.jpg

Japonki pozostają w szpitalu średnio przez pięć dni (a kolejny miesiąc tradycyjnie spędzają w rodzinnym domu, gdzie noworodkiem zajmuje się babcia). Jako że w ocenie lekarzy obie z Milą jesteśmy genki (w formie), udaje nam się czmychnąć już po 36 godzinach. W domu stanowczo najlepiej!

36392870651_66cb82826a_z.jpg
Read More
Japonia, Służba zdrowia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Służba zdrowia, Zwyczaje Anna Jassem

Małe a cieszy

Od przyjazdu do Japonii zachwycam się małymi praktycznymi udogodnieniami, czyniącymi życie dużo łatwiejszym i przyjemniejszym. Większość rozwiązań jest tak prosta, że aż dziw bierze, że nie przeszczepiono ich jeszcze na grunt europejski. Oto moje subiektywne „top 5”

20170415_123027-1.jpg

Od przyjazdu do Japonii zachwycam się małymi praktycznymi udogodnieniami, czyniącymi życie dużo łatwiejszym i przyjemniejszym. Większość rozwiązań jest tak prosta, że aż dziw bierze, że nie przeszczepiono ich jeszcze na grunt europejski.

Oto moje subiektywne „top 5”:

  • W restauracji

Parasole zostawiamy w specjalnym stojaku przy wejściu (lub wkładamy w foliowy pokrowiec zabezpieczający przed kapaniem). Płaszcz i torebkę wrzucamy do koszyka, żeby nie wycierały podłogi ani nie wadziły na oparciu krzesła. W oczekiwaniu na zamówienie zostaniemy poczęstowani zwiniętym w rulonik wilgotnym ręcznikiem do wytarcia rąk (ciepłym zimą, chłodnym latem). Na stole znajdziemy też termos z bezpłatną zieloną herbatą i/lub karafkę z wodą. Po skończonym posiłku – zamiast przywoływać kelnera, a następnie czekać długie minuty na rachunek i na resztę – kierujemy się po prostu do wyjścia i tam uiszczamy należną kwotę. I największy plus - instytucja napiwków jest w Japonii zupełnie nieznana, co oszczędza dylematu, ile zostawić, żeby nie urazić, ale i nie zbankrutować.

  • W toalecie

O japońskich super-sedesach napisano już chyba wszystko. Z funkcją bidetu, z podgrzewanym siedzeniem (rewelacja zwłaszcza zimą), niwelujące naturalne odgłosy „toaletowe” (do wyboru szum wody lub świergot ptaków), a przede wszystkim nieskalanie czyste i – inaczej niż kosze na śmieci - dostępne dosłownie na każdym kroku. Zupełnie inaczej niż w Europie, gdzie śmietników akurat dostatek (co nie zapobiega śmieciom na ulicach), za to toalety (zwłaszcza czystej) ze świecą szukać. Jedyna trudność to rozszyfrowanie kilkunastu przycisków podpisanych znakami kanji.

20170423_Ginza-144.jpg

W większości japońskich toalet znajdziemy też przymocowane do ściany trzymadełka na niemowlaka (mummy’s little helper), pozwalające komfortowo załatwić własne potrzeby bez uciekania się do 1) akrobacji z pociechą na rękach, 2) deponowania tejże na podłodze wewnątrz kabiny czy 3) porzucania w wózku na zewnątrz, ryzykując porwanie. Dla pań chcących przypudrować nosek dostępne są też wyposażone w duże lustra i dobre oświetlenie stanowiska do makijażu.

thumb_IMG_20170430_124135_1024.jpg
  • U lekarza

Wszelkie badania  przeprowadzane są niezwykle delikatnie i z poszanowaniem intymności pacjenta. Odkrywana jest jedynie część ciała wymagająca bezpośredniej inspekcji. W czasie pierwszej wizyty ginekologicznej najbardziej ujmuje mnie różowa firanka oddzielająca pacjentkę od lekarza. No bo i po co patrzeć sobie w oczy w czasie mało komfortowej dla obu stron sytuacji. Zresztą lekarz zjawia się dopiero, gdy pacjentka jest już zainstalowana w fotelu i szczelnie pozakrywana ręcznikami, a samo badanie (za które lekarz na wejściu przeprasza) odbywa się zawsze w obecności pielęgniarki. Na parę kroków od przebieralni do fotela dostaje się różowe kapcie, żeby nie zbrukać sobie przypadkiem stóp. Dodatkowy komfort ma zapewnić ustawienie siedzeń w poczekalni w rzędach, jedno za drugim, tak że czekający nie muszą na siebie patrzeć.

  • W metrze

Metrem podróżują już kilkuletnie szkraby, więc oznaczenia muszą być jasne i czytelne. Na peronie narysowane są linie, wskazujące jak powinna ustawić się kolejka, a drzwi metra otwierają się dokładnie w zaznaczonym miejscu. Pismem obrazkowym oznaczone są również miejsca z siedzeniami zarezerwowanymi dla osób starszych, ciężarnych czy rodziców z dziećmi, a także osobne wagony dla kobiet (tak, tak, w godzinach szczytu panie mogą się tam schronić przed, częstym podobno, obmacywaniem). Na monitorach wewnątrz wagonów, oprócz reklam, wyświetlane są też mapki z topografią najbliższej stacji, więc bez problemu znajdziemy ruchome schody, windę czy toaletę.

20170415_123027.jpg
  • W sytuacji awaryjnej

Co zrobić, gdy późnym wieczorem przypomnimy sobie z rozpaczą, że zapomnieliśmy przygotować dzieciom lunch na szkolną wycieczkę. Albo gdy do pieczonego w środku nocy tortu urodzinowego zabraknie jajek? Z pomocą przychodzą konbini, czyli wszechobecne sklepy całodobowe typu szwarc, mydło i powidło, gdzie oprócz gotowych zestawów lunchowych i jajek można też nabyć czystą koszulę do pracy, podjąć pieniądze czy skorzystać z ksero. W Japonii znajduje się ponad 19 tysięcy sklepów 7-Eleven (ponad dwukrotnie więcej niż w USA) i 18 tysięcy sklepów Family Mart, a ich dostępność zmniejszyła podobno wśród japońskich panów popyt na żony, które tradycyjnie zapewniały wikt i opierunek.

Oczywiście są też w Japonii rzeczy, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji (ot, choćby konieczność targania ze sobą przez cały dzień własnych śmieci), ale o tym innym razem.

Read More
Atrakcje turystyczne, Japonia, Tokio, Zwyczaje Wiktor Staniecki Atrakcje turystyczne, Japonia, Tokio, Zwyczaje Wiktor Staniecki

Faceci w jedwabnych stringach

W Japonii jesteśmy już prawie rok, a jeszcze nie widzieliśmy turnieju sumo. Straszny wstyd, choć poniekąd dla nas to normalne (na targu rybnym Tsukiji też nas jeszcze nie było, choć w listopadzie przenosi się na obrzeża Tokio…). Tak więc kiedy odwiedzili nas brukselscy przyjaciele, nie znaleźliśmy już żadnej wymówki…

sumo_14052016-40.jpg

W Japonii jesteśmy już prawie rok, a jeszcze nie widzieliśmy turnieju sumo. Straszny wstyd, choć poniekąd dla nas to normalne (na targu rybnym Tsukiji też nas jeszcze nie było, choć w listopadzie przenosi się na obrzeża Tokio…). Tak więc kiedy odwiedzili nas brukselscy przyjaciele, nie znaleźliśmy już żadnej wymówki…

Walk sumo nie można obejrzeć, kiedy się chce. Turnieje (zwane basho) odbywają się w Tokio w styczniu, maju i wrześniu. Można je także obejrzeć w Osace w marcu, w Nagoi w lipcu i w Fukuoce w listopadzie, a każdy trwa 15 dni.

Sumo - obok baseballu, jeden z najpopularniejszych sportów w Japonii -ma swoje początki w starożytności i jest połączone z ceremoniałem religijnym. Do dzisiaj, zawodnicy wstępujący na ring wykonują wiele rytualnych czynności, takich jak posypanie ringu solą (oczyszczenie) lub potarcie i uderzenie rąk (prośba o uwagę bogów). Cała rytualna otoczka (wywołanie zawodnika, wejście na ring, powitanie itp.) trwa o wiele dłużej niż sama walka, która w ogromnej większości przypadków rozstrzyga się przy pierwszym zwarciu i nie trwa dłużej niż kilka - kilkanaście sekund. Co ciekawe, dopiero w 1928 roku wprowadzono 10 minutowy limit na rytuały, który obecnie został skrócony do 4 minut dla najwyższej kategorii zawodników i do zera dla najniższej kategorii. Wcześniej przygotowanie do walki, które jest jej strategiczno-psychologiczną częścią, mogło trwać w nieskończoność.

Walkę wygrywa się poprzez wypchnięcie przeciwnika poza ring (dohyo) lub zmuszenie go jako pierwszego do dotknięcia ziemi dowolną częścią ciała poza stopami. Z odległości walka może się wydawać mało brutalna, ale zawodnicy nie szczędzą sobie uderzeń w twarz czy łapania za gardło (jeśli uda się je namierzyć pod zwałami tłuszczu). Spektakularne upadki też nie należą do rzadkości. Nawet my widzieliśmy paru zawodników spadających z areny, która jest ściśle otoczona sędziami, innymi zawodnikami i fotografami. A przygniecenie ludzkim odpowiednikiem lwa morskiego, spadającym z wysokości prawie metra, nie może być przyjemne.

sumo_14052016-40.jpg
Uwaga niebezpieczeństwo!

Waga wielu zawodników grubo przekracza 140 kg, a w sumo nie ma podziału na kategorie wagowe, tak jak np. w boksie. I choć rozmiary przeważnie są zbliżone, to i my widzieliśmy pojedynki Dawidów z Goliatami. O dziwo, szybkość i zwinność są tak samo ważne jak masa i impet. Każdy z zawodników ma swoją strategię wygrywania. Japońskie Stowarzyszenie Sumo skodyfikowało 82. techniki wygrywania (kimarite). Na koniec każdej walki ogłasza się, jaką technikę zastosował zwycięzca. Np. technika watashi-komi polega na pchnięciu łydki przeciwnika do przodu jedną ręką, przy jednoczesnym nacisku na korpus drugą w celu obalenia go na ring. Co jest zabronione? Ciągnięcie za włosy, uderzanie pięścią, uderzenia w uszy, duszenie, albo łapanie za przepaskę mawashi w okolicy klejnotów. Czyli zasady podobne do walk w piaskownicy.

Chwyt za gardło
Chwyt za gardło

Zawodnicy sumo mają status podobny do greckich herosów. Ale ich (krótkie) życie jest pasmem wyrzeczeń. Oprócz bardzo intensywnego treningu zapaśnicy muszą na co dzień nosić tradycyjne japońskie ubrania i przestrzegać surowego regulaminu (np. nie można im prowadzić samochodu). Długość życia sumoki jest krótsza od średniej z uwagi na częste nadciśnienie i ataki serca.

Obecnie Japońskie Stowarzyszenie Sumo ocenia, że jest około 800 profesjonalnych zawodników. Są oni podzieleni na kategorie w hierarchii ważności: Maku-uchi (najwyższa kategoria), Juryo, Makushita (juniorzy), Sandanme, Jonidan, Jonokuchi (najniższa). W trakcie turnieju wszyscy zawodnicy są też podzieleni pomiędzy “wschód” i “zachód”. Oczywiście każdy z nich marzy o dostaniu się do kategorii maku-uchi (około 40 zawodników), i zdobyciu tytułu yokozuna, wielkiego mistrza. Ranking nazywany banzuke jest rewidowany po każdym turnieju, a pozycja yokozuna jest wyjątkowa. Od XVII w., kiedy ten tytuł został stworzony, yokozunem zostało tylko 69 zawodników. Jeśli ktoś się tego tytułu dochrapie, nie może już być go pozbawiony. Ale jeśli zacznie przegrywać, powinien odejść na emeryturę. Rekord zwycięstw, do dziś niepobity należy do Futabayamy Sadaji (1912-1968), który odniósł pasmo 69 zwycięstw i był 35. yokozunem.

Publika
Publika

Wśród zawodników są też obcokrajowcy, głównie zawodnicy z Azji Centralnej. Był okres, gdy nie było żadnych ograniczeń co do narodowości zawodnika. Obecnie na stajnię przypada maksimum jeden obcokrajowiec. Powodem tego ograniczenia jest fakt, że od 2006 roku aż do stycznia 2016 zwycięzcami wszystkich turniejów byli obcokrajowcy. Majowy turniej był znów zdominowany przez zawodników pochodzących z Mongolii.

Popularność sumo wśród młodych Japończyków maleje. Średni wiek widzów dobija do 50, a oglądanie publiki było dla nas bardziej fascynujące niż sam turniej, który po kilku walkach zaczynał nas nieco nużyć (oczywiście żaden fan się z tym nie zgodzi).

Jeśli macie bilety na jeden z dni turnieju, nie przychodźcie tam rano. Sala będzie świeciła pustkami, bo walki zawodników najwyższych kategorii zaczynają się dopiero około 16.00. Tokijska arena Ryogoku Kokugikan może pomieścić ponad 11 tysięcy widzów. Koło 17.00 sala zaczyna pękać w szwach, a każda akcja jest okraszana krzykami zawodu lub zachwytu. Widzowie, którzy przychodzą w grupach, z kolegami z pracy lub rodzinami, zapamiętale pałaszują swoje bento, popijając je nieodłącznym piwem.

Pełna sala
Pełna sala

Jeśli wybieracie się do Japonii w miesiącu, kiedy odbywają się turnieje, zarezerwujcie sobie bilet, aby zobaczyć to niepowtarzalne widowisko.

Źródła:

1) http://www.sumo.or.jp/pdf/en/sumo_introduction2014.pdf

2) https://en.wikipedia.org/wiki/Sumo

3) http://www.japan-talk.com/jt/new/11-things-you-might-not-know-about-Sumo

4)Współczesna Japonia w pytaniach i odpowiedziach: 現代日本 Q & A, Katsuyoshi Watanabe, Natalia Kuźmicz, Aleksandra Watanuki, 15 Czerwca 2015, Waneko Sp. z o.o.

5) http://www.rp.pl/Sport/160129631-Japonia-doczekala-sie-mistrza-sumo.html 

Read More
Japonia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Zwyczaje Anna Jassem

Szaleństwo kwitnącej wiśni

Od połowy marca tokijczycy z niepokojem wyglądają informacji na temat frontu sakury (kwitnienia wiśni), który przesuwa się powoli z południa na północ. Sezon wiśniowy rozpoczyna się w styczniu na subtropikalnej Okinawie, a kończy w maju na Hokkaido. Już miesiąc wcześniej w Starbucksie pojawiają się okolicznościowe różowe napitki, a w supermarketach połowa produktów sprzedawana jest w różowych opakowaniach. Co ciekawe, przed wiśniami pięknie kwitną śliwy i magnolie, ale nimi nikt nie zawraca sobie głowy.

12932852_1533056326995345_8913299853717643466_n.jpg
sakura weathernews.jp

sakura weathernews.jp

Od połowy marca tokijczycy z niepokojem wyglądają informacji na temat frontu sakury (kwitnienia wiśni), który przesuwa się powoli z południa na północ. Sezon wiśniowy rozpoczyna się w styczniu na subtropikalnej Okinawie, a kończy w maju na Hokkaido. Już miesiąc wcześniej w Starbucksie pojawiają się okolicznościowe różowe napitki, a w supermarketach połowa produktów sprzedawana jest w różowych opakowaniach. Co ciekawe, przed wiśniami pięknie kwitną śliwy i magnolie, ale nimi nikt nie zawraca sobie głowy.

thumb_sakura_1024

W końcu 21 marca na „referencyjnym” drzewku wiśniowym w świątyni Yasukuni pojawiło się wyczekiwane pięć kwiatów i tokijska agencja meteorologiczna oficjalnie obwieściła nadejście wiosny. Na ten sygnał, mieszkańcy Tokio (matki z małymi, kolumny pracowników biurowych, staruszkowie z akwarelami, a przede wszystkim tabuny fotografów) karnie ruszyli do parków na obowiązkowe hanami (dosł. oglądanie kwiatów), zwyczaj znany od ponad tysiąca lat. W rozmowach i mediach dominują informacje na temat najlepszych miejsc do oglądania różowych kwiatów i stanu ich rozkwitu (rozróżnia się aż 11 faz!).

26315554722_4774d350d1_o

Radość z wiśniowych płatków trwa zaledwie dwa tygodnie. ale na tym też polega ich urok. Japończycy są niezwykle wyczuleni na punkcie ulotności życia. Mono no aware (dosł. patos rzeczy) - piękno przemijania - to kluczowy koncept estetyki japońskiej, a efemeryczne kwiaty wiśni są jego doskonałym ucieleśnieniem. Nie przez przypadek kwiat wiśni stał się symbolem japońskich samurajów, którzy (podobnie jak wiśniowe płatki) kończą żywot w momencie największego rozkwitu.

Przemijanie przemijaniem, a tymczasem trzeba posilić ciało. Według japońskiego przysłowia, hana yori dango – “od kwiatów lepsze dango” (słodkie ryżowe kulki). Impreza hanami nie może się obyć bez hanami bento, czyli lunchowego pudełka z sezonowymi smakołykami. Do tego oczywiście duże ilości piwa i sake (w samym Tokio w okresie hanami z powodu zatrucia alkoholem hospitalizowano ponad 100 osób). Potrzebna nam też będzie błękitna brezentowa płachta, na której po zdjęciu butków stłoczą się wszyscy biesiadujący oraz duże ilości worków na śmieci. Jedną z osobliwości tokijskich parków (i w ogóle przestrzeni publicznej) jest bowiem zupełny brak śmietników. Nie ma ich nawet w toaletach, więc zużyte jaśkowe pieluchy taszczymy z powrotem do domu.

3caccd2e88c710c98cbced2b7f382f68
12400535_1527434157557562_2201540871873371586_n

Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one. Przez dwa tygodnie uczestniczymy więc - we wszelkich konstelacjach -w wiśniowym szaleństwie. Z innymi mamami (ja), ze współpracownikami (Wiktor), w gronie rodzinnym. Wiśniowy sezon kończymy z przytupem na dorocznym pikniku organizowanym w parku Shinjuku przez japońskiego premiera. Zadziwia jakikolwiek brak środków bezpieczeństwa (moja ogromna torba nie budzi przy wejściu najmniejszego zainteresowania - rzecz nie do pomyślenia w Europie…). Na samej imprezie najciekawsi jak zwykle inni goście (np. szacowne matrony w tradycyjnych kimonach upychające w reklamówkach bento z łakociami). Nie udaje nam się uścisnąć dłoni premiera Abe, za to robimy sobie fotkę z jego kartonową podobizną.

12717884_1534137733553871_1237725224441029221_n
12993350_1535630686737909_1140476231910732328_n
12987184_1535630640071247_1403536942497829834_n
26137917861_acf0a15071_k

Kontemplację kwitnących wiśni kontynuujemy w … Brukseli, gdzie spędzamy upojny tydzień, korzystając z wakacji szkolnych Ignasia. Choć pochodzą z Japonii, brukselskie wiśnie są jeszcze bardziej imponujące - kwiaty są intensywniej różowe i bardzie dorodne, tworząc na gałęziach małe bukieciki. Niektóre dzielnice (Etterbeek, Schaerbeek, Watermael-Boisfort) dosłownie toną w soczystym różu. Niestety pogoda (6-9 stopni i deszcz) nie zachęca do piknikowania, ale spotkania z przyjaciółmi, pizze, pity i pastille rekompensują wszelkie niedogodności.

thumb_IMG_20160423_180017_1024
Read More
Japonia, Kuchnia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Kuchnia, Zwyczaje Anna Jassem

Japanese kitchen story

Our culinary expectations before coming to Japan were rocket high. We had always been great fans of its export hits like sushi, ramen or tempura and imagined that it could only get better at the source. Yet, the reality was not quite as rosy…

najameguro_hanami-26-e1460986813123.jpg

Our culinary expectations before coming to Japan were rocket high. We had always been great fans of its export hits like sushi, ramen or tempura and imagined that it could only get better at the source. Yet, the reality was not quite as rosy…

25805085773_74f3707b44_o (1)

We spent our first month in Tokyo in a miniscule apartment, with an almost nonexistent kitchen. While Meguro area is full of cheap eateries, most of the places specialise in one particular type of food (ramen, sushi, curry, tempura, okonomyaki), and we found it difficult to satisfy the preferences of all our family members (our elder son being a devoted carnivore, myself not eating meat and the little one not yet being able to eat raw fish). We could also not help the impression that form (most dishes indeed look like tiny pieces of art) prevails over substance. Restaurant portions were too small for our stomachs (it was not unusual for us to devour a stack of sandwiches back home after a restaurant dinner). Plus - with the notable exception of ramen - much of the food felt quite bland to our barbarian palates and/or slightly disquieting. What we took for grated radish, at a closer inspection turned out to have little eyes... The fish dish on the menu proved to be an enormous yellowtail head (with eyes). Even sushi (slimy prawns, smelly sea urchin, rubbery octopus) looked somehow more daunting than in Europe.

Once in our final apartment, I hoped to make use of the kitchen again. But grocery shopping proved no piece of cake either! The posh National Azabu, targeted at the neighborhood’s expats, offers anything from cottage cheese to celery root but the prices are several times higher than in Europe. There’s also a cheap wholesale Hanamasa just round the corner, but here most of the products are sold in huge packs and only few of them resemble anything edible. Our inability to read in Kanji (one of three Japanese alphabets based on Chinese characters) led to one culinary flop after another. Eggs added to pancake batter turned out to be boiled, red beans added to salade niçoise were syrup-sweet, and grilled salmon came out so salty it was almost uneatable.

IMG_4223

Things change when I come across Miyuki Suyari, who’d grown up in the US and having lived all over the world decided to introduce foreigners to the secrets of Japanese cuisine. Together with a French and an Italian friend, I signed up for her intensive course, consisting of five 3-hour lessons. We started off with a supermarket tour, where Miyuki acquainted us with Japanese staples such as different types of soy sauce, sake, rice vinegar, miso paste etc. She also enlightened us on how to tell fresh fish from pre-salted one, full milk from skimmed (nothing to do with the carton colour) or pre-rinsed rice from the regular type.

DSC_0904

Each of the courses has one star ingredient, which can be used as a basis for many dishes. For instance, dashi – a very healthy broth prepared from dried kelp seaweed (konbu) and dried bonito flakes katsuobushi - is the foundation of miso soup, salad dressings and dipping sauces for noodles. Sweet banno (literally “almighty”) sauce can be used to marinate tofu, fish or meat (e.g. teriyaki salmon) or to season vegetables (e.g. radish or spinach). Tofu – rather bland as it is – tastes fantastic when deep-fried, cooked in a nabe hotpot or turned into a salad sauce. Miso (fermented soybean paste) comes in many different varieties and can be used in countless ways, beyond just miso soup. Try spreading it over aburaage (deep-fried slices of tofu) for a quick, gluten-free pizza or over grilled eggplants for a delicious side dish, full of umami (the mysterious fifth basic taste that gives dishes their rich, deep flavour).

Miyuki’s class soon became the highlight of my week, and after the kick-start intensive course, I decided to continue with à la carte sessions (hotpots, sushi, noodles etc.). What distinguishes Miyuki’s classes from other courses given in Tokyo is their cosy atmosphere - the classes take place in her own living room and the maximum number of participants is four. Having lived outside Japan for many years, Miyuki speaks perfect English and has an interesting look on the Japanese culture, which makes her a fantastic guide on local customs and etiquette (you will find some of her insights in my recent interview with her).

The classes gave me the courage to start using local ingredients instead of their Western equivalents: shiso leaves instead of basil or parsley, bamboo shoots instead of artichokes, tofu instead of cottage cheese. This proved beneficial not only for the diversity of our diet but for our wallets too.

thumb_IMG_0340_1024

What struck me most is that preparing a Japanese meal – which typically consists of ichijū-sansai, i.e. “one soup, three sides” (plus of course a bowl rice) – does not require hours in the kitchen. Most dishes use 1-2 ingredients and the cooking time is much shorter than in Western cuisine. If only you soak you konbu in advance, preparing miso soup will take you 15 minutes (or even less if you are using instant dashi granules), nothing like the 2-hour simmering of chicken stock. Add to that a piece of grilled fish or deep-fried tofu as the main course and two quick vegetable side-dishes, and you will be done within the 45 minutes that it takes to cook the rice (especially if you skip some of the ‘non-essentials’ (such as plunging blanched vegetables in iced water or the various tricks to remove the fishy smell from the fish).

DSC_0106

So does it taste good? Well, this is a more tricky question. Apparently, you need to try an unfamiliar taste several times to learn to like it. This holds true not only for children but for adults too. After several attempts, we gradually warm up to fishy dashi-based sauces, raw fish and fresh tofu (I can actually eat it straight from the package now). Knowing more about the ingredients (and their beneficial properties) helps to dissipate fears too. Gelatinous noodle-like strips (which we initially took for some kind of sea creatures) turn out to come from the konnyaku root - a perfect detox agent, high in fiber and calorie free. The unappealing brown sticks of gobo root (burdock) are another Japanese superfood, rich in potassium and minerals.

What attracts me most in Japanese cuisine is its ‘healthiness’ – the wide variety of simmered vegetables, seaweed and mushrooms, little use of meat, and the emphasis on freshness and seasonality. I also admire Japanese culture of moderation, epitomised in the saying hara hachi bu “eat until you are 80% full”. No wonder that Japanese enjoy the highest life expectancy in the world (87 years for women and 80 for men) even though they lead relatively stressful lives (working very long hours), smoke like chimneys (at least men) and are not the greatest fans of sport.

What I appreciate less is the extreme “minimalism” (letting the ingredients “speak for themselves”). Beyond the “golden six” (soy sauce, sake, miso, vinegar, salt and sugar) - plus occasionally ginger, shiso leaves or myoza (Japanese ginger) – Japanese cuisine uses virtually no condiments. My taste buds are still more accustomed to more intense flavours (such as those found in the Italian, Indian or Moroccan or Thai cuisines) but hopefully this is a question of time.

Read More
Japonia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Zwyczaje Anna Jassem

Co w Japonii jest cudne, a co paskudne – zapiski z perspektywy 6 miesięcy

Oto, co w Japonii jest cudne:

  • Gdy wracam o północy ze środowych, babskich pogadanek o książkach i nie muszę bać się ani o siebie, ani o rower (którego zresztą nigdy nie przypinam). Albo gdy obserwuję z oddali szalejących po parku synków, nie obawiając się pedofila, porywacza czy agresywnego psa. Miłą odmianą po Brukseli jest też fakt, że pozostawiona na stacji metra torba nie budzi popłochu; jest po prostu zgubą, którą należy przekazać zawiadowcy stacji.

DSC_0429.jpg

Oto, co w Japonii jest cudne:

  • Gdy wracam o północy ze środowych, babskich pogadanek o książkach i nie muszę bać się ani o siebie, ani o rower (którego zresztą nigdy nie przypinam). Albo gdy obserwuję z oddali szalejących po parku synków, nie obawiając się pedofila, porywacza czy agresywnego psa. Miłą odmianą po Brukseli jest też fakt, że pozostawiona na stacji metra torba nie budzi popłochu; jest po prostu zgubą, którą należy przekazać zawiadowcy stacji.

  • Gdy w zatłoczonym porannym metrze nikt człowieka nie popycha, nie atakuje nadmiarem perfum czy wonią potu, a zapytany o drogę współpasażer (mimo że sam w pośpiechu) bez cienia zniecierpliwienia doprowadzi zgubionego gaijina do celu. Bardzo też jest przyjemne, że gdy uśmiechnąć się bezinteresownie do mijanego przechodnia, ten nie zareaguje ani spojrzeniem „czego”, ani nie uzna cię natychmiast za swojego „best frienda”.

  • Małe życia uciechy. Nabierać pałeczkami malutkie kąski z osobnych naczynek; w jesiennym kociołku nabe znaleźć plasterek marchewki w kształcie liścia klonu; delektować się czarką gęstej matchy o poranku. Wychodząc z restauracji, otrzymać symboliczny upominek, który szkoda otworzyć, żeby nie zniszczyć opakowania. Przysiąść z przyjaciółmi na kocu, przyglądając się opadającym płatkom wiśni.

_20151119_213414

Oto, co jest paskudne:

  • Akihabara, z jej smutkiem, zagubieniem i alienacją. Tłum mężczyzn, a każdy osobny i samotny. Wyuzdano-słodkie pokojówki o wielkich oczach przywołują na myśl przerażone zwierzątka. Huk elektroniki i krzykliwe reklamy dopełniają poczucia upiorności.

  • Słodkie chotto… na pytanie, czy mogę wsiąść z trójką dzieci do (6-osobowego) wagonika w parku rozrywki wcale nie oznacza, że jest to „troszkę” skomplikowane, ale stanowczo wykluczone. Przecież jest napisane, że na jednego dorosłego przypada maksimum dwoje dzieci i nic to, że wagonik jest całkowicie pusty, a najmłodsza z pociech ma 5 lat… Nawet moim dzieciom (które na trampolinie mogłyby spędzić cały dzień) skakanie nie sprawia przyjemności, gdy muszą to robić pojedynczo, a każdy ich podskok jest nadzorowany i życzliwie komentowany.

  • Niemożność publicznego okazywania emocji - ryknięcia śmiechem (gdy człowiekowi wesoło) lub płaczem (gdy smutno). Gdy przy kolejnym już przyjęciu do szpitala, mojemu dziecku robią testy na sepsę, nie jestem w stanie ukryć łez. Na ten widok zmieszane pielęgniarki zaczynają chichotać. „Nerwowa matka” – zostaje skrupulatnie odnotowane w szpitalnych aktach.

DSC_0429.jpg

Podobno z czasem paskudne bierze górę nad cudnym, choć w wypowiedziach Polek z dużo dłuższym stażem w Japonii nadal przeważa optymizm.

Read More