Japonia 8 lat pózniej
Dzień 6. - W drodze na nieodkryte Shikoku
W samolocie do Kochi, stolicy Shikoku, jesteśmy jedynymi gaijinami. Najmniejsza i najuboższa z czterech głównych japońskich wysp nie jest oczywistym kierunkiem turystycznym wśród cudzoziemców. My nastawiamy się na piękne krajobrazy, dziewiczą naturę i lokalną kuchnię. Już na lotnisku witają nas makiety katsuo no tataki, czyli opalanego na słomie tuńczyka bonito, będącego przysmakiem regionu. Po nowoczesnym Tokio tutaj wszystko wydaje się zminiaturyzowane i spowolnione. Poletka ryżowe z dopiero co zasadzonym ryżem, malutkie domki z tradycyjnie dekorowanymi dachami, pocieszne, pudełkowate kei cary – czyli kompaktowe wersje regularnych samochodów, znacznie łatwiejsze w parkowaniu i podlegające niższym opłatom.
My pożyczamy pełnowymiarową Toyotę, do której mieścimy się „na dopych” i jedziemy na wieczorny spacer na plaży Katsurahama. Oprócz malowniczych widoków na Pacyfik znajduje się tu także pomnik ku czci „japońskiego Che Guevary” – Sakamoto Ryoma. Zanim został zamordowany w wieku 33 lat, ten XIX-wieczny samuraj znacząco przyczynił się do obalenia feudalnego rządu szogunatu Tokugawa i wprowadzenia demokracji w Japonii. Do dziś jest czczony przez Japończyków jako bohater narodowy, a koszulki z jego podobizną przypominają te z argentyńskim rewolucjonistą.
Na kolację obowiązkowy opalany tuńczyk i tempura z wodorostów aonori na targu Hirome. Po 10 minutach oczekiwania na wolny stolik, postanawiamy się wycofać. Wtedy w pościg za nami rusza blondwłosa Japonka, która mimo bardzo podstawowego angielskiego zapewnia, że z chęcią przygarnie nas wraz z mężem do swojego stolika. To najlepszy przykład kultury okyaku (wspólnego ucztowania), z której słynie Kochi.
Dzień 7. - Wodne przygody
Poranek wita nas ścianą deszczu, który według prognozy ma trwać do późnego popołudnia. Średnio mamy ochotę w tej ulewie zwiedzać tutejszy zamek czy świątynie. Skoro i tak leje, postanawiamy postawić na „wodne przygody”. Najpierw spacer wzdłuż rwącej rzeki Nakatsu. Do pobliskich wodospadów idziemy dosłownie w potoku, co jakiś czas przechodząc pod formacjami skalnymi i pokonując mostki bez barierek, co mnie przyprawia o zawroty głowy.
Namaczanie kontynuujemy w pobliskim onsenie. Zgodnie z etykietą, dzielimy się na grupę męską i żeńską i - po dokładnym wyszorowaniu całego ciała - wskakujemy do wrzących basenów. Szczególny urok ma ten na zewnątrz — wylegujemy się w gorącej wodzie, wsłuchując się w dźwięk deszczu. To niezwykle relaksujące doświadczenie. Szkoda tylko, że zaraz po naszym przybyciu następuje exodus lokalsów i zostajemy z Milą same.
Wieczorem logujemy się w naszym nowym lokum w prefekturze Tokushima. W domku, który wynajmujemy od Megumi-san, wszystko jest miniaturowe, ale doskonale pomyślane. Cieszy zwłaszcza tradycyjna japońska łazienka – cała z plastiku, więc można do woli chlapać. Tak jak w łaźni, najpierw siada się na stołeczku, żeby porządnie wypucować się pod prysznicem, a następnie można zanurzyć się w głębokiej wannie z gorącą wodą. Na kolację ruszamy do polecanej przez Megumi-san suszarni. Gdy widzimy maleńkie wnętrze z dwoma pustymi stołami i menu w kanji bez zdjęć, mamy ochotę się wycofać. Ostatecznie spędzamy tu przeuroczy wieczór, konwersując z właścicielem i jego leciwą mamą przy użyciu 50 japońskich słów zapamiętanych przez Wiktora (ja zapomniałam wszystko). Na pożegnanie dostajemy kieliszek sake i purezento w postaci małych ręczniczków, mając poczucie głębokiej więzi z naszymi gospodarzami, mimo że dzieli nas wszystko.
Dzień 8. - Odkrywamy Dolinę Ilya
Po wczorajszej ścianie deszczu dzisiaj wita nas bezchmurne niebo. Ruszamy na odkrywanie krajobrazów Tokushimy w dolinie Iya. Zaczynamy od hiku w okolicach przepięknego wąwozu Oboke. Seledynowa rzeka kłębiąca się w dole głębokiego kanionu wygląda iście zjawiskowo. Wzdłuż trasy mijamy też gaje bambusowe, wodospady i pola herbaty. Jest cudnie.
Kolejny przystanek to Kazurabashi – 45-metrowy most linowy zawieszony nad rwącą rzeką. Most jest przeplatany na nowo co trzy lata przy użyciu świeżych pnączy z okolicy, zachowując technikę niezmienioną od wieków. Stare pnącza sprzedawane są jako talizmany w pobliskiej świątyni. Cieszę się, że (jako jedyna z rodziny) nie zdecydowałam się na przeprawę, bo szczeliny między deskami okazują się większe niż stopa.
Dalej wąską, krętą drogą wśród stromych zboczy górskich jedziemy do Manneken Pis - chłopca siusiającego z 200-metrowego klifu. To jeden z kilku japońskich sikających łobuzów zainspirowanych belgijskim pierwowzorem.
W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o miejscowy supermarket. Oprócz egzotycznego asortymentu, zaskakują nas również porcje znanych produktów – pakowane pojedynczo ziemniaki czy sprzedawane w połówkach papryki i brokuły. Na kolację maszerujemy 2 km do polecanej przez Megumi-san izakayi (japońskiego odpowiednika pubu). Ciekawe doświadczenie, choć połączenie pomidorów z katsuobushi (suszone wiórki tuńczyka) czy sałaty, sosu ponzu i prażonej skóry kurczaka (specjał Shikoku) nie do końca do nas przemawia. Długo nie zapomnimy minki Janka, który po ponad godzinie oczekiwania na swoje danie (w Japonii potrawy nie są serwowane jednocześnie) w upragnionej carbonarze (makaronie z boczkiem) odkrył głównie grzybki shimeji i wodorosty nori.
Dzień 9. - Coś dla ducha
Oprócz dzikiej natury Shikoku słynie także z licznych sanktuariów. My decydujemy się na Kompira-san i Zentsū-ji – odpowiednio najpopularniejsze miejsca kultu szinto i buddyzmu (dwóch głównych religii japońskich) na wyspie.
Podejście do Kompira-san to nie lada wyzwanie. Podobnie jak Fushimi Inari, chram położony jest na stoku góry. Po niewinnym początku wśród sklepów z pamiątkami i restauracji udon zaczynają się schody: 785 do głównej świątyni (na której poprzestaje większość odwiedzających) i kolejne 583 do „wewnętrznego” sanktuarium. Japończycy robią zdjęcia chłopcom pokonującym ostatnie stopnie sprintem.
Kompira-san jest głównym wśród wielu japońskich chramów poświęconych bezpieczeństwu podróży morskich, ale także pomyślności w interesach, o czym świadczą liczne kamienne tablice z nazwami firm, które przekazały darowizny na rzecz świątyni.
Kompira-san, podobnie jak chram Ise, od wieków należy do miejsc, które należy odwiedzić choć raz w życiu. Ci, którzy nie mogli udać się na pielgrzymkę, wysyłali w swoim imieniu psa, wyposażonego w plakietkę z imieniem właściciela i miejscem zamieszkania, a także w woreczek z wystarczającą ilością pieniędzy na amulet ze świątyni oraz na jedzenie, noclegi lub inne niezbędne rzeczy w drodze. W ten sposób psy podążały w ślad za innymi pielgrzymami, którzy troszczyli się o nie podczas podróży.
Widok z głównej świątyni. Góra Iino do złudzenia przypomina Fuji-san.
Po kolejnym lunchu składającym się w 100% z węglowodanów (makaron udon w bulionie plus miska ryżu) ruszamy do kompleksu świątynnego Zentsū-ji. To miejsce narodzin Kōbō Daishi, założyciela buddyzmu Shingon (więcej na ten temat za 3 dni). To również najważniejsza z 88 buddyjskich świątyń Shikoku, będących częścią 1200-kilometrowego szlaku pielgrzymkowego - japońskiego odpowiednika Santiago de Compostela.
Nad ogromnym terenem dominuje pięciopiętrowa pagoda. Przy wejściu znajduje się też imponujące drzewo kamforowe, które ponoć pamięta jeszcze dziecięce lata Kōbō Daishi (VIII wiek). W jednym z dwóch głównych pawilonów znajduje się ogromny złoty posąg Buddy, natomiast w drugim można przejść w ciemności stumetrową podziemną ścieżką, w rytuale oczyszczenia. Spotykamy kilku pielgrzymów w tradycyjnych białych strojach, trzcinowych kapeluszach i z książeczkami, w których zbierają stemple z każdej z 88 odwiedzonych świątyń. Panuje podniosła atmosfera, która robi wrażenie nawet na naszej zupełnie niereligijnej rodzinie.
Dzień kończymy relaksem w domowym ofuro i „naszym” makaronem tuńczykowym.