Japonia 8 lat pózniej

Nasze dzieci od kilku lat regularnie dopytują: „Kieeedy w końcu pójdziemy do Japonii?” (tłumacząc dosłownie na polski francuskie aller, które odnosi się zarówno do przemieszczania się pieszo, jak i środkami transportu). Mila skarży się, że to niesprawiedliwe, że mimo że jest “najbardziej japońska” z całej rodziny, to nie ma z tego kraju żadnych wspomnień. Janek zna Japonię głównie ze zdjęć Wiktora. Zostało mu raptem kilka obrazów (stopa uszkodzona ciężkimi wejściowymi drzwiami, wizyta Babki i Dziadka, zabawa w zrzucanie ze schodów pieska Hecka). Ignacy, jako jedyny, zachował żywe wspomnienia i marzy o powrocie do “raju utraconego”.

Mikołaj wsłuchał się w te błagania i pod choinkę sprezentował całej rodzinie 2-tygodniowy wypad do Japonii. I to nie byle kiedy, a na przełomie marca i kwietnia - to apogeum kwitnienia wiśni.

Zawirowania spowodowane wojną w Iranie nie krzyżują nam na szczęście planów, bo lecimy Finnairem. Trochę naokoło świata (2,5 godziny do Helsinek, a potem 13 do Tokio), ale za to dostajemy zaświadczenie, że przelecieliśmy nad Biegunem Północnym.

 
 

Dzień 1-5

Pierwsze dni spędzamy w Tokio, odwiedzając bliskie sercu miejsca i osoby

Chcemy pokazać dzieciom nasze tokijskie “top picks”, ale nie da się wejść dwukrotnie do tej samej rzeki. Na skrzyżowaniu Shibuya, gdzie jedziemy zaraz po przylocie, stanowczo mniej ludzi niż w naszych wspomnieniach (i na zdjęciach Wiktora). Wpadające do wody różową kaskadą wiśnie nad rzeką Meguro zostały w czasie naszej nieobecności drastycznie przycięte. Na placu przed parkiem Yoyogi bezskutecznie wypatrujemy tańczących Elvisów, a na pobliskiej uliczce Takeshita Dori - cosplayerów. Po namyśle przypominamy sobie, że zawsze zjawiali się tam głównie w niedzielę, a nie w ciągu tygodnia. Po prostu stworzyliśmy sobie w głowie wyidealizowany obraz tych miejsc i jesteśmy zawiedzeni, że rzeczywistość nie przystaje do naszych wspomnień.

Oczywiście mamy masę miłych i wzruszających momentów: spotkania z byłą nianią Winnie i dawnymi znajomymi, wizyta w starym domu, kolacja w naszej ulubionej izakayi w Roppongi. Ale nic już nie przywróci nam tego uczucia fascynacji i niedowierzania rodem z “Lost in Translation”, które towarzyszyło nam przy pierwszym przyjeździe do Tokio.

W dodatku jesteśmy wszyscy zjetlagigowani, a w naszym (poza tym bardzo trafionym hotelem) spać akurat się nie da, bo gorąco jak w saunie, a klimatyzacja nieczynna do połowy kwietnia. Zdarza nam się kilka spinek, głównie o to, gdzie i co jeść. Specjalizacja japońskich restauracji oznacza, że albo chłopaki zjedzą swoje ukochane tonkatsu (rodzaj kotleta schabowego), albo ja dostanę potrzebną mi do szczęścia porcję warzyw.

Miłą niespodzianką są natomiast ceny, zwłaszcza jedzenia. W Japonii zawsze można było tanio zjeść (czasem zastanawialiśmy się, czy cena posiłku nie jest niższa niż cena jego składników). W dodatku od naszego wyjazdu jen prawie dwukrotnie stracił wartość względem euro, więc wszystko stało się znacząco tańsze.

Dzień 6. - W drodze na nieodkryte Shikoku


W samolocie do Kochi, stolicy Shikoku, jesteśmy jedynymi gaijinami. Najmniejsza i najuboższa z czterech głównych japońskich wysp nie jest oczywistym kierunkiem turystycznym wśród cudzoziemców. My nastawiamy się na piękne krajobrazy, dziewiczą naturę i lokalną kuchnię. Już na lotnisku witają nas makiety katsuo no tataki, czyli opalanego na słomie tuńczyka bonito, będącego przysmakiem regionu. Po nowoczesnym Tokio tutaj wszystko wydaje się zminiaturyzowane i spowolnione. Poletka ryżowe z dopiero co zasadzonym ryżem, malutkie domki z tradycyjnie dekorowanymi dachami, pocieszne, pudełkowate kei cary – czyli kompaktowe wersje regularnych samochodów, znacznie łatwiejsze w parkowaniu i podlegające niższym opłatom.

 
 

My pożyczamy pełnowymiarową Toyotę, do której mieścimy się „na dopych” i jedziemy na wieczorny spacer na plaży Katsurahama. Oprócz malowniczych widoków na Pacyfik znajduje się tu także pomnik ku czci „japońskiego Che Guevary” – Sakamoto Ryoma. Zanim został zamordowany w wieku 33 lat, ten XIX-wieczny samuraj znacząco przyczynił się do obalenia feudalnego rządu szogunatu Tokugawa i wprowadzenia demokracji w Japonii. Do dziś jest czczony przez Japończyków jako bohater narodowy, a koszulki z jego podobizną przypominają te z argentyńskim rewolucjonistą.

 
 

Na kolację obowiązkowy opalany tuńczyk i tempura z wodorostów aonori na targu Hirome. Po 10 minutach oczekiwania na wolny stolik, postanawiamy się wycofać. Wtedy w pościg za nami rusza blondwłosa Japonka, która mimo bardzo podstawowego angielskiego zapewnia, że z chęcią przygarnie nas wraz z mężem do swojego stolika. To najlepszy przykład kultury okyaku (wspólnego ucztowania), z której słynie Kochi.

Dzień 7. - Wodne przygody

Poranek wita nas ścianą deszczu, który według prognozy ma trwać do późnego popołudnia. Skoro i tak leje, postanawiamy postawić na „wodne przygody”. Najpierw spacer wzdłuż rwącej rzeki Nakatsu. Do pobliskich wodospadów idziemy dosłownie w potoku, co jakiś czas przechodząc pod formacjami skalnymi i pokonując mostki bez barierek, co mnie przyprawia o zawroty głowy.

Namaczanie kontynuujemy w pobliskim onsenie. Zgodnie z etykietą, dzielimy się na grupę męską i żeńską i - po dokładnym wyszorowaniu całego ciała - wskakujemy do wrzących basenów. Szczególny urok ma ten na zewnątrz — wylegujemy się w gorącej wodzie, wsłuchując się w dźwięk deszczu. To niezwykle relaksujące doświadczenie. Szkoda tylko, że zaraz po naszym przybyciu następuje exodus lokalsów i zostajemy z Milą same.

Wieczorem logujemy się w naszym nowym lokum w prefekturze Tokushima. W domku, który wynajmujemy od Megumi-san, wszystko jest miniaturowe, ale doskonale pomyślane. Cieszy zwłaszcza tradycyjna japońska łazienka – cała z plastiku, więc można do woli chlapać. Tak jak w łaźni, najpierw siada się na stołeczku, żeby porządnie wypucować się pod prysznicem, a następnie można zanurzyć się w głębokiej wannie z gorącą wodą. Na kolację ruszamy do polecanej przez Megumi-san suszarni. Gdy widzimy maleńkie wnętrze z dwoma pustymi stołami i menu w kanji bez zdjęć, mamy ochotę się wycofać. Ostatecznie spędzamy tu przeuroczy wieczór, konwersując z właścicielem i jego leciwą mamą przy użyciu 50 japońskich słów zapamiętanych przez Wiktora (ja zapomniałam wszystko). Na pożegnanie dostajemy kieliszek sake i purezento w postaci małych ręczniczków, mając poczucie głębokiej więzi z naszymi gospodarzami, mimo że dzieli nas wszystko.

 
 

Dzień 8. - Odkrywamy Dolinę Ilya

Po wczorajszej ścianie deszczu dzisiaj wita nas bezchmurne niebo. Ruszamy na odkrywanie krajobrazów Tokushimy w dolinie Iya. Zaczynamy od hiku w okolicach przepięknego wąwozu Oboke. Seledynowa rzeka kłębiąca się w dole głębokiego kanionu wygląda iście zjawiskowo. Wzdłuż trasy mijamy też gaje bambusowe, wodospady i pola herbaty. Jest cudnie.

Kolejny przystanek to Kazurabashi – 45-metrowy most linowy zawieszony nad rwącą rzeką. Most jest przeplatany na nowo co trzy lata przy użyciu świeżych pnączy z okolicy, zachowując technikę niezmienioną od wieków. Stare pnącza sprzedawane są jako talizmany w pobliskiej świątyni. Cieszę się, że (jako jedyna z rodziny) nie zdecydowałam się na przeprawę, bo szczeliny między deskami okazują się większe niż stopa. Dalej wąską, krętą drogą wśród stromych zboczy górskich jedziemy do Manneken Pis - chłopca siusiającego z 200-metrowego klifu. To jeden z kilku japońskich sikających łobuzów zainspirowanych belgijskim pierwowzorem.

 
 

W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o miejscowy supermarket. Oprócz egzotycznego asortymentu, zaskakują nas również porcje znanych produktów – pakowane pojedynczo ziemniaki czy sprzedawane w połówkach papryki i brokuły. Na kolację maszerujemy 2 km do polecanej przez Megumi-san izakayi (japońskiego odpowiednika pubu). Ciekawe doświadczenie, choć połączenie pomidorów z katsuobushi (suszone wiórki tuńczyka) czy sałaty, sosu ponzu i prażonej skóry kurczaka (specjał Shikoku) nie do końca do nas przemawia. Długo nie zapomnimy minki Janka, który po ponad godzinie oczekiwania na swoje danie (w Japonii potrawy nie są serwowane jednocześnie) w upragnionej carbonarze (makaronie z boczkiem) odkrył głównie grzybki shimeji i wodorosty nori.

 
 

Dzień 9. - Coś dla ducha‍ ‍

Oprócz dzikiej natury Shikoku słynie także z licznych sanktuariów. My decydujemy się na Kompira-san i Zentsū-ji – odpowiednio najpopularniejsze miejsca kultu szinto i buddyzmu (dwóch głównych religii japońskich) na wyspie.

Podejście do Kompira-san to nie lada wyzwanie. Podobnie jak Fushimi Inari, chram położony jest na stoku góry. Po niewinnym początku wśród sklepów z pamiątkami i restauracji udon zaczynają się schody: 785 do głównej świątyni (na której poprzestaje większość odwiedzających) i kolejne 583 do „wewnętrznego” sanktuarium. Japończycy robią zdjęcia chłopcom pokonującym ostatnie stopnie sprintem.

Kompira-san jest głównym wśród wielu japońskich chramów poświęconych bezpieczeństwu podróży morskich, ale także pomyślności w interesach, o czym świadczą liczne kamienne tablice z nazwami firm, które przekazały darowizny na rzecz świątyni. Chram ten od wieków należy do miejsc, które należy odwiedzić choć raz w życiu. Co ciekawe, ci, którzy nie mogli udać się na pielgrzymkę, wysyłali w swoim imieniu psa, wyposażonego w plakietkę z imieniem właściciela i miejscem zamieszkania, a także w woreczek z wystarczającą ilością pieniędzy na amulet ze świątyni oraz na jedzenie, noclegi lub inne niezbędne rzeczy w drodze. W ten sposób psy podążały w ślad za innymi pielgrzymami, którzy troszczyli się o nie podczas podróży.

 
 
 

Widok z głównej świątyni. Góra Iino do złudzenia przypomina Fuji-san.

 

Po kolejnym lunchu składającym się w 100% z węglowodanów (makaron udon w bulionie plus miska ryżu) ruszamy do kompleksu świątynnego Zentsū-ji. To miejsce narodzin Kōbō Daishi, założyciela buddyzmu Shingon (więcej na ten temat za 3 dni). To również najważniejsza z 88 buddyjskich świątyń Shikoku, będących częścią 1200-kilometrowego szlaku pielgrzymkowego - japońskiego odpowiednika Santiago de Compostela.

Nad ogromnym terenem dominuje pięciopiętrowa pagoda. Przy wejściu znajduje się też imponujące drzewo kamforowe, które ponoć pamięta jeszcze dziecięce lata Kōbō Daishi (VIII wiek). W jednym z dwóch głównych pawilonów znajduje się ogromny złoty posąg Buddy, natomiast w drugim można przejść w ciemności stumetrową podziemną ścieżką, w rytuale oczyszczenia. Spotykamy kilku pielgrzymów w tradycyjnych białych strojach, trzcinowych kapeluszach i z książeczkami, w których zbierają stemple z każdej z 88 odwiedzonych świątyń. Panuje podniosła atmosfera, która robi wrażenie nawet na naszej zupełnie niereligijnej rodzinie.

 
 

Dzień kończymy relaksem w domowym ofuro i „naszym” makaronem tuńczykowym.

 

Lunch Mili - kawaii, ale umiarkowanie odżywczy

 

Dzień 10. - trochę japońskiej historii   

Przez 13-kilometrowy most na Morzu Wewnętrznym Seto przeprawiamy się z Shikoku z powrotem na główną wyspę Japonii – Honshu.

 
 

Ignacy nalega, żeby odwiedzić zamek Himeji, który kojarzy z mang (czyżby miały one jednak jakąś wartość edukacyjną?). To największy i najczęściej odwiedzany z 12 zachowanych japońskich zamków z okresu feudalnego. Co więcej, jako jedyny nigdy nie został zniszczony przez wojnę, trzęsienie ziemi ani pożar, choć przetrwał nie lada zagrożenia. Pod koniec XIX wieku, podczas demontażu feudalizmu w okresie Meiji, twierdza została sprzedana na aukcji za 23 jeny (odpowiednik dzisiejszych 2000 euro!). Nabywca planował jej zburzenie, ale na szczęście koszty okazały się zbyt wysokie. Kolejny raz zamek o mały włos uniknął zniszczenia podczas amerykańskich bombardowań miasta w 1945 roku; bomba zrzucona na główną wieżę cudem nie eksplodowała. W 1993 roku zamek Himeji stał się pierwszym obiektem dziedzictwa światowego UNESCO w Japonii, co przypieczętowało jego status jako skarbu narodowego.

W odróżnieniu od masywnych twierdz obronnych znanych nam z Europy, zamek Himeji urzeka lekkością i elegancją. Śnieżnobiałe ściany, przypominające skrzydła szykującego się do lotu ptaka, nadały mu przydomek „zamku białej czapli”. Dodatkowego uroku miejscu nadają setki kwitnących wiśni. Gdy zdejmujemy buty, żeby wejść do środka, pod podeszwami zamiast błota mamy różowe płatki.

 
 

Wieczorem odwiedzamy jeszcze Kurashiki, czyli japońską Wenecję. Historyczna dzielnica miasta pełna jest dawnych magazynów, zwanych kura (stąd nazwa miasta), usytuowanych wzdłuż malowniczego kanału. W okresie Edo (1603-1868). Kurashiki było ważnym centrum handlowym dla kluczowego towaru Japonii, jakim był ryż. Ryż z okolicy przechowywano w tutejszych magazynach przed wysłaniem do Osaki czy Edo (Tokio). Dzisiaj byłe magazyny mieszczą kawiarnie, sklepy z pamiątkami i butiki z jeansem, który dzisiaj jest głównym towarem eksportowym miasta.

 
 

Śpimy w stolicy prefektury Okayamie. Spodziewamy się małego miasteczka, a odkrywamy tętniącą życiem aglomerację z populacją porównywalną z Trójmiastem.

Dzień 11. - Na wyspie sztuki

Z portu Uno wyruszamy promem na japońską „wyspę sztuki” Naoshimę. Jeszcze pod koniec lat 80. ta rybacka wysepka o powierzchni zaledwie 8 km² była jednym z najszybciej wyludniających się rejonów Japonii. Wtedy to narodził się pomysł przekształcenia jej w świątynię sztuki współczesnej. Do projektu zaproszono m.in. najsłynniejszego japońskiego architekta Tadao Ando i królową kropek, Yayoi Kusamę.

 
 

Na pewno jest to miejsce, które warto choć raz odwiedzić, choć chwilami wydaje nam się lekko pretensjonalne. Gdy na wiejskiej drodze prowadzącej z portu Honmura do głównych atrakcji wyspy mijamy grupki elegancko ubranych koneserów sztuki, czujemy się trochę jak w „Dyskretnym uroku burżuazji” Buñuela. Straszne z nas prostaki, ale od większości artystycznych instalacji bardziej zachwycają nas dzikie pejzaże wyspy i widok na iskrzące się Morze Wewnętrzne Seto.

Największe wrażenie robi na nas zaprojektowane  przez Tadao Ando Chichu (dosłownie podziemne) Art Musem. Minimalistyczna betonowa konstrukcja jest rzeczywiście zakopana w ziemi, żeby nie zakłócać otaczającego krajobrazu. Jednocześnie naturalne światło wpada do podziemnych sal przez precyzyjnie wycięte otwory w sufitach, współtworząc artystyczne doświadczenie. Byłoby to przeżycie prawdziwie medytacyjne, gdyby nie stały nadzór odzianych w białe laboratoryjne stroje pracowników muzeum i powtarzane w kółko zakazy (nie wchodzić w butach, nie rozmawiać, nie robić zdjęć). Pod czujnym okiem laborantów, śledzących każdy nasz krok, czujemy się bardziej jak w eksperymencie społecznym.

Dzień 12. - Z Okayamy do Wakayamy

Przed dalszą podróżą odwiedzamy jeszce dwie chluby Okayamy: ogród Korakuen, uznawany za jeden z trzech najpiękniejszych ogrodów w Japonii, oraz czarny “zamek kruka" - mniej imponujący niż ten w Himeji, ale również bardzo wytworny. Po drodze mijamy liczne statuetki Momotarō („chłopca z brzoskwini”), gdyż to właśnie stąd pochodził słynna legenda o dzielnym chłopcu, który narodził się z ogromnej brzoskwini i jako nastolatek stanął do walki z bandą demonów nękających okoliczne ziemie.

 
 

Przed wyjazdem kupujemy jeszcze dwie siaty warzyw i owoców. Po prawie dwóch tygodniach japońskiej diety nawet nasze dzieci zaczynają marzyć o błonniku. W domku, który wynajęliśmy na półwyspie Wakayama, mamy nadzieję przygotować dzisiaj prawdziwą witaminową ucztę. Niestety, po przyjeździe okazuje się, że obiecana kuchnia to odrapany kąt o powierzchni metra kwadratowego, wyposażony w czajnik, pałeczki, pięć miseczek i pięć kubków. Za to w piwnicy pełen wypas - drewniana balia dla całej rodziny i dwie podgrzewane kamienne leżanki!

 
 
 

Pracownik recepcji zawczasu przygotował całą rozmowę powitalną

 

Kierowani głodem, jedziemy do najbliższego miasteczka. W tamtejszym ryokanie nie tylko załapujemy się na wykwintną, tradycyjną kolacją, ale również decydujemy się na wizytę w obszernym onsenie. Ku naszemu zdziwieniu, obok przestrzeni iście medytacyjnych, z szemrzącą wodą i leżankami do relaksu, znajduje się też basen z ogromnymi ekranem, nadającym talkshow z piekła rodem. Doskonałe ilustruje to japońskie kontrasty - z jednej strony wyciszenie i kontemplacja, z drugiej nieustanny zalew dzięków i obrazów. Z jednej ceremonia herbaty i estetyka zen, z drugiej karaoke i pachinko.

 
 

Dzień 13 - Na świętej górze buddyjskiej

Na Kōyasan byliśmy już z Wiktorem 10 lat temu w ramach wygranej wycieczki (o czym piszemy tutaj). Ponieważ jest to najbardziej magiczne miejsce, jakie dotychczas odwiedziliśmy w Japonii, bardzo chcieliśmy wrócić tu z dziećmi. Poza tym po ostatniej wizycie pozostał nam ogromny niedosyt, bo dotarliśmy do celu dosłownie w momencie, gdy zamykano świątynie.

Tym razem czasu mamy aż nadto. Jak ostatnim razem, leje jak z cebra, a 800-metrowa góra spowita jest tajemniczym oparem. Gdy wjeżdżamy krętą drogą, czujemy się, jakbyśmy wkraczali do jakiejś mistycznej krainy.

Spośród 117 świątyń znajdujących się na górze, dzieci przystają na odwiedzenie dwóch najważniejszych. Zaczynamy od kompleksu świątynnego Kongobuji, głównej świątyni buddyzmu Shingon, sekty wprowadzonej do Japonii przez Kobo Daishi na początku IX wieku. Długim korytarzem przechodzimy przez szereg sal z podłogami z mat tatami i przesuwanymi drzwiami ozdobionymi zachwycającymi malowidłami ptaków i kwitnących drzew. Intrygują nas też współczesne malowidła przedstawiające historię Kobo Daishi, jego dwuletni pobyt w Chinach oraz powrót do Japonii w celu propagowania buddyzmu Shingon. Japończycy z reguły skrzętnie przemilczają chińskie wpływy w swojej kulturze, a tu wprost mówi się o wyższości cywilizacyjnej ówczesnych Chin! W świątyni znajduje się też największy ogród kamienny w Japonii. Minimalistyczny krajobraz zachęca do kontemplacji i daje poczucie wewnętrznego spokoju. A w dodatku nie trzeba ścinać trawy - a nuż to jakiś pomysł na nasz ogród?

 

Pierwsze zdjęcie ze strony https://www.japan-guide.com/

 

Po lunchu kontynuujemy zwiedzanie w kompleksie świątynnym Danjo Garan, pierwszej świątyni wzniesionej w Kōyasan. To na stojącej tu do dziś sośnie wylądowało rzucone przez Kobo Daishi z Chin sankosho (ceremonialne narzędzie buddyjskie), wskazując mu tym samym miejsce na założenie nowej religii. Największe wrażenie robi 45-metrowa czerwona pagoda, mieszcząca złoty posąg Buddy, otoczony czterema mniejszymi figurami. Żałujemy, że nie wiemy wystarczająco dużo o buddyzmie, żeby w pełni zrozumieć symbolikę tych wizerunków. Co ciekawe, wejście do pagody jest płatne, ale zamiast tradycyjnej kasy, należy wrzucić wymaganą kwotę do stojącego przy wejściu pojemnika. Cały system opiera się na poszanowaniu reguł, niezależnie od tego, czy są one bezpośrednio nadzorowane, co odzwierciedla japoński nacisk na zachowanie społecznej harmonii.

Po części świątynnej planowaliśmy mały hike w okolicznych lasach, ale przy wejściu na szlak wita nas tabliczka ostrzegającą o obecności niedźwiedzi. Obawiam się że po zimowej hibernacji pociągać ich może zwłaszcza moja jaskrawożółta kurtka (żółty to podobno ulubiony kolor niedźwiadków). Po przejściu kilkuset metrów zawracamy jak niepyszni i zabijamy czas w sklepikach z pamiątkami.

 
 

I w końcu wyczekiwany klucz programu - nocny spacer po cmentarzu Okunoin z miejscowym mnichem. 10 lat temu było nas na takim spacerze czworo, tym razem maszerujemy w 20-osobowej grupie. Ale sam cmentarz nie stracił nic ze swojego czaru, a uroczo zawodzący po angielsku przewodnik (chwilami mamy wrażenie, że śpiewa) dzieli się z nami kolejnymi fascynującymi ciekawostkami na temat tej największej nekropolii w Japonii i buddyzmu Shingon.

  • Okunoin otwarty jest dla każdego, kto zechce być tam pochowany, również cudzoziemców i przedstawicieli innych wyznań. Przypuszczamy jednak, że ten przywilej musi mieć swoją (słoną) cenę.

  • Oprócz osób prywatnych, na cmentarzu znajdują się też groby firm, takich jak Panasonic czy Kubota, które w ten sposób pragną uhonorować swoich najbardziej zasłużonych pracowników.

  • Kamienne nagrobki reprezentują pięć żywiołów, które tworzą wszechświat oraz ciało ludzkie. Ułożone od dołu do góry symbolizują ziemię (sześcian), wodę (kula), ogień (piramida), wiatr/powietrze (półkula) oraz przestrzeń/pustkę (kształt przypominający kwiat lotosu).

  • W sześcianie u podstawy nagrobka znajduje się mały kwadratowy pojemnik mieszczący kość gnykową zmarłego, która kształtem przypomina medytującego Buddę. Żeby nie spalić ciała na drobny proch, w japońskiej kremacji stosuje się niższe temperatury niż na Zachodzie. Następnie rodzina osobiście przenosi kości do urny specjalnymi pałeczkami. Jest to ważny rytuał pożegnania, pozwalający bliskim uczestniczyć w procesie przeniesienia zmarłego do następnego świata.

  • Kamienne latarnie oświetlające główną alejkę mają po bokach małe otwory przedstawiające różne fazy księżyca. Formy te symbolizują zmieniającą się naturę ludzkiego umysłu, który początkowo zawsze znajduje się w pełni (stanie oświecenia). Codzienne troski i zmartwienia, powodują, że się kurczy i ciemnieje, jak księżyc w nowiu. Zawsze jednak ma możliwość powrotu do pierwotnego, jasnego stanu. Muszę przyznać, że przemawia to do mnie dużo bardziej niż chrześcijańska koncepcja grzechu pierworodnego i odkupienia….

  • Innym ważnym w buddyzmie symbolem jest lotos. Roślina ta rośnie w błotnistej wodzie, ale jej kwiaty są czyste i nieskalane. Symbolizuje to naszą zdolność do osiągnięcia oświecenia i bycia dobrymi niezależnie od trudnych okoliczności.

Wizyta kończy się sutrą w intencji gości. Pojedyncze słowa, które jesteśmy w stanie zrozumieć - w tym o dziwo Ginza i Shinjuku (dzielnice Tokio) - oraz załamujący się co jakiś czas jak zepsuty motor głos mnicha sprawiają, że nasze dzieci duszą się ze śmiechu w tej podniosłej chwili.

 
 

Żegnamy się z naszym przewodnikiem i ruszamy na poszukiwanie kolacji. Nieliczne obecne w Kōyasan restauracje o 21 są już dawno zamknięte. Ale nawet na najświętszej z gór nie mogłoby się obyć bez wszechobecnych w Japonii kombini. Ku przerażeniu sprzedawcy, wykupujemy pół asortymentu sklepu, który pożeramy w domu na podgrzewanych leżankach.

Dzień 14 - W brzuchu Japonii

Dla równowagi, po uniesieniach duchowych na Koyasan, zmierzamy do hedonistycznej stolicy Japonii - Osaki, trzeciego co do wielkości miasta Japonii (po Tokio i Yokohamie).

Dla niepoznaki odwiedzamy tutejszy park, zamek i świątynię Shitenno-ji, ale tak naprawdę ciągnie nas do jedzenia, zgiełku i blichtru.

W hali targowej Kuromon Ichiba zadziwia różnorodność stworów morskich oraz kraby o mackach długości kości podudzia. Niestety wydaje się, że miejsce to stało się w ostatnich latach pułapką turystyczną, a egzotyczne rarytasy lepiej oglądać niż degustować. Trzy kawałki sushi zamówione przez Wiktora kosztują więcej niż cały mistrzowski “zestaw szefa” na Shikoku, a smakiem nie różnią się od tych z kombini.

 

Z Kuromon ruszamy w okolice słynnego deptaku Dotonbori - tętniącej 24 godziny na dobę arterii kiczu i fast-foodu. Gigantyczne makiety jedzenia, wszechobecne neony i zgiełk jednocześnie fascynują i przytłaczają. Chłopcy mówią, że to miejsce robi na nich większe wrażenie niż tokijskie skrzyżowanie Shibuya. Decydujemy się nawet na surrealistyczny półgodzinny rejs stateczkiem, w trakcie którego nasz przewodnik miota się po pokładzie w stroju ninjy i zachęca do wykrzykiwania "konnichiwa" na widok przepływających łódek.

 
 

Potem kręcimy się jeszcze po bocznych uliczkach, gdzie jak zawsze jest najciekawiej i bardziej autentycznie. Zaglądamy do mikro-świątynki, przycupniętej na uboczu, podglądamy ucztujących lokalsów Sami też pałaszujemy takoyaki (klopsiki z ośmiornicą) i okonomiyaki - rodzaj gigantycznego racucha z kapustą i dowolnymi dodatkami, posypany tańczącymi od ciepła płatkami katsuobushi. W pełni wczuwamy się w osakijskie podejście kuidaore (w wolnym tłumaczeniu "jedz, aż padniesz”), jakże odmienne od japońskiego kanonu, zgodnie z którym należy jeść tylko do 80% sytości.

Najbardziej podoba nam się w Osace tutejszy luzik. Mamy wrażenie, że obcowanie z gaijinami wzbudza tu mniejszy popłoch niż gdzie indziej w Japonii, przez co i my czujemy się mniej intruzami. Obiecujemy sobie, że jeszcze tu wrócimy. Celowo nie wybraliśmy się na wieżę widokową Umeda Sky, “żeby zostawić sobie coś na kolejny raz”.

 
 

Dzień 15 - Wśród świętych jelonków

Żeby zachować rytm sacrum-profanum, dzisiaj jedziemy do japońskiego Gniezna, czyli pierwszej japońskiej stolicy, Nary.

 
 
 
 

Dzień 16 - Sayonara Nihon, mata kondo!

Z Osaki jedziemy do Nagoi, gdzie po szybkim lunchu i ostatnich zakupach upominkowych, ruszamy na lotnisko.

O dziwo, mimo braku warzyw (ale pewnie dzięki 20–30 tysiącom kroków dziennie), wracamy nieco lżejsi, za to bogatsi w cudowne wspomnienia. Top highlights według dzieci:

- Mila: spotkanie z jelonkami w Narze

- Janek: wędrówka w deszczu na Shikoku

- Ignacy: Onsen po deszczowej wędrówce6

Mnie i Wiktora najbardziej ujmuje japońska delikatność i umiejętność celebrowania chwili.

Już planujemy kolejny wyjazd do Japonii, tym razem na wyspę Kyushu :)

Next
Next

Ostatnie japońskie wakacje