Japonia, Służba zdrowia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Służba zdrowia, Zwyczaje Anna Jassem

Małe a cieszy

Od przyjazdu do Japonii zachwycam się małymi praktycznymi udogodnieniami, czyniącymi życie dużo łatwiejszym i przyjemniejszym. Większość rozwiązań jest tak prosta, że aż dziw bierze, że nie przeszczepiono ich jeszcze na grunt europejski. Oto moje subiektywne „top 5”

20170415_123027-1.jpg

Od przyjazdu do Japonii zachwycam się małymi praktycznymi udogodnieniami, czyniącymi życie dużo łatwiejszym i przyjemniejszym. Większość rozwiązań jest tak prosta, że aż dziw bierze, że nie przeszczepiono ich jeszcze na grunt europejski.

Oto moje subiektywne „top 5”:

  • W restauracji

Parasole zostawiamy w specjalnym stojaku przy wejściu (lub wkładamy w foliowy pokrowiec zabezpieczający przed kapaniem). Płaszcz i torebkę wrzucamy do koszyka, żeby nie wycierały podłogi ani nie wadziły na oparciu krzesła. W oczekiwaniu na zamówienie zostaniemy poczęstowani zwiniętym w rulonik wilgotnym ręcznikiem do wytarcia rąk (ciepłym zimą, chłodnym latem). Na stole znajdziemy też termos z bezpłatną zieloną herbatą i/lub karafkę z wodą. Po skończonym posiłku – zamiast przywoływać kelnera, a następnie czekać długie minuty na rachunek i na resztę – kierujemy się po prostu do wyjścia i tam uiszczamy należną kwotę. I największy plus - instytucja napiwków jest w Japonii zupełnie nieznana, co oszczędza dylematu, ile zostawić, żeby nie urazić, ale i nie zbankrutować.

  • W toalecie

O japońskich super-sedesach napisano już chyba wszystko. Z funkcją bidetu, z podgrzewanym siedzeniem (rewelacja zwłaszcza zimą), niwelujące naturalne odgłosy „toaletowe” (do wyboru szum wody lub świergot ptaków), a przede wszystkim nieskalanie czyste i – inaczej niż kosze na śmieci - dostępne dosłownie na każdym kroku. Zupełnie inaczej niż w Europie, gdzie śmietników akurat dostatek (co nie zapobiega śmieciom na ulicach), za to toalety (zwłaszcza czystej) ze świecą szukać. Jedyna trudność to rozszyfrowanie kilkunastu przycisków podpisanych znakami kanji.

20170423_Ginza-144.jpg

W większości japońskich toalet znajdziemy też przymocowane do ściany trzymadełka na niemowlaka (mummy’s little helper), pozwalające komfortowo załatwić własne potrzeby bez uciekania się do 1) akrobacji z pociechą na rękach, 2) deponowania tejże na podłodze wewnątrz kabiny czy 3) porzucania w wózku na zewnątrz, ryzykując porwanie. Dla pań chcących przypudrować nosek dostępne są też wyposażone w duże lustra i dobre oświetlenie stanowiska do makijażu.

thumb_IMG_20170430_124135_1024.jpg
  • U lekarza

Wszelkie badania  przeprowadzane są niezwykle delikatnie i z poszanowaniem intymności pacjenta. Odkrywana jest jedynie część ciała wymagająca bezpośredniej inspekcji. W czasie pierwszej wizyty ginekologicznej najbardziej ujmuje mnie różowa firanka oddzielająca pacjentkę od lekarza. No bo i po co patrzeć sobie w oczy w czasie mało komfortowej dla obu stron sytuacji. Zresztą lekarz zjawia się dopiero, gdy pacjentka jest już zainstalowana w fotelu i szczelnie pozakrywana ręcznikami, a samo badanie (za które lekarz na wejściu przeprasza) odbywa się zawsze w obecności pielęgniarki. Na parę kroków od przebieralni do fotela dostaje się różowe kapcie, żeby nie zbrukać sobie przypadkiem stóp. Dodatkowy komfort ma zapewnić ustawienie siedzeń w poczekalni w rzędach, jedno za drugim, tak że czekający nie muszą na siebie patrzeć.

  • W metrze

Metrem podróżują już kilkuletnie szkraby, więc oznaczenia muszą być jasne i czytelne. Na peronie narysowane są linie, wskazujące jak powinna ustawić się kolejka, a drzwi metra otwierają się dokładnie w zaznaczonym miejscu. Pismem obrazkowym oznaczone są również miejsca z siedzeniami zarezerwowanymi dla osób starszych, ciężarnych czy rodziców z dziećmi, a także osobne wagony dla kobiet (tak, tak, w godzinach szczytu panie mogą się tam schronić przed, częstym podobno, obmacywaniem). Na monitorach wewnątrz wagonów, oprócz reklam, wyświetlane są też mapki z topografią najbliższej stacji, więc bez problemu znajdziemy ruchome schody, windę czy toaletę.

20170415_123027.jpg
  • W sytuacji awaryjnej

Co zrobić, gdy późnym wieczorem przypomnimy sobie z rozpaczą, że zapomnieliśmy przygotować dzieciom lunch na szkolną wycieczkę. Albo gdy do pieczonego w środku nocy tortu urodzinowego zabraknie jajek? Z pomocą przychodzą konbini, czyli wszechobecne sklepy całodobowe typu szwarc, mydło i powidło, gdzie oprócz gotowych zestawów lunchowych i jajek można też nabyć czystą koszulę do pracy, podjąć pieniądze czy skorzystać z ksero. W Japonii znajduje się ponad 19 tysięcy sklepów 7-Eleven (ponad dwukrotnie więcej niż w USA) i 18 tysięcy sklepów Family Mart, a ich dostępność zmniejszyła podobno wśród japońskich panów popyt na żony, które tradycyjnie zapewniały wikt i opierunek.

Oczywiście są też w Japonii rzeczy, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji (ot, choćby konieczność targania ze sobą przez cały dzień własnych śmieci), ale o tym innym razem.

Read More
Japonia Anna Jassem Japonia Anna Jassem

Być cudzoziemką w Japonii – z perspektywy półtora roku

Nawet w dosyć kosmopolitycznym Tokio mam poczucie, że bycie cudzoziemką jest moją cechą konstytutywną. Przekleństwem i atutem zarazem. I tak, gdy przez przypadek blokuję parkometr (wkładając banknot o zbyt wysokim nominale), stojąca za mną Japonka zaczyna rozmowę z pomocą techniczną nie od tego, że parkometr nie działa, ale że na parkingu znalazła się nieoczekiwanie z gaijinką.

metro.jpg

Nawet w dosyć kosmopolitycznym Tokio mam poczucie, że bycie cudzoziemką jest moją cechą konstytutywną. Przekleństwem i atutem zarazem. I tak, gdy przez przypadek blokuję parkometr (wkładając banknot o zbyt wysokim nominale), stojąca za mną Japonka zaczyna rozmowę z pomocą techniczną nie od tego, że parkometr nie działa, ale że na parkingu znalazła się nieoczekiwanie z gaijinką. Gdy w porze lunchu przychodzę do pełnej restauracji, kelnerka pyta siedzącego przy czteroosobowym stoliku klienta, czy moja obecność nie będzie dla niego dyskomfortem, ale gdy po chwili to mnie dosadzają kompana, nikt nie sprawdza, czy nie będzie mi to przeszkadzać. Japończycy jasno dają wyraz przekonaniu o wyjątkowości własnej kultury, kuchni, etykiety. W obliczu japońskiego „ideału” stale mam poczucie własnej nieadekwatności – mówię za głośno, stopy mam za duże, moje dzieci nie potrafią usiedzieć w jednym miejscu. W porównaniu z eterycznymi, perfekcyjnie ubranymi, uczesanymi i umalowanymi Japonkami czuję się wielka, niezdarna i zapuszczona. W dodatku ciągle zapominam, że euforię czy złość należy zostawić w domowym zaciszu, a w sferze publicznej przywdziać maskę spokoju i samokontroli.

Z drugiej strony, jako cudzoziemka (będąca w Japonii tylko „przelotem” i obracająca się w dużej mierze w środowisku ekspatów), w wielu sytuacjach korzystam z taryfy ulgowej. Wiadomo, że gaijini to barbarzyńcy, więc nie można od nich wiele oczekiwać. I tak, gdy próbując rozszyfrować pokrętne instrukcje naszego GPSa, przejeżdżam w centrum miasta na czerwonym świetle, policjant puszcza mnie wolno, bo nie jest pewien, czy aby na pewno dobrze zrozumiałam, na czym polega moje wykroczenie. Gdy upuszczam na ziemię niemal nowy telefon - mimo moich protestów i wbrew warunkom umowy gwarancyjnej - za naprawę nie płacę ani jena, a na do widzenia słyszę jedynie dumne „Japanese service, madam”. Zbieram pochwały za znajomość kilku marnych zwrotów po japońsku i podstawową wiedzę o tutejszej kulturze.  Od czasu do czasu zdarza mi się też usłyszeć zupełnie niespodziewany komplement na temat swojego wyglądu, na przykład „eleganckiego, długiego nosa” (który dla mnie jest akurat źródłem kompleksów).

thumb_rower-1_1024-1.jpg

Jednak zdecydowanie największą zaletą półtorarocznego pobytu w Japonii jest uświadomienie sobie, jaką jestem szczęściarą, że pochodzę jednak z innej kultury i nie muszę podporządkowywać się tutejszym rygorystycznym normom społecznym. Nie dotyczą mnie znane większości Japonek dylematy typu „praca albo dzieci”, konieczność przyjęcia nazwiska męża czy szykowanie temuż bladym świtem lunchowego pudełka bento. Lekce sobie ważę restrykcyjny dress code na każdą okoliczność czy podział świata społecznego na męski i żeński. Z niedowierzaniem słucham opowieści Japończyków, a zwłaszcza ich niejapońskich połówek o małżeństwie jako związku przede wszystkim praktycznym czy małżonkach zaczynających zwracać się do siebie per „mamo” i „tato” zaraz po wydaniu na świat potomka. Tym bardziej doceniam własnego męża, który mimo dwójki dzieci potrafi porwać się na romantyczny gest, a w samodzielnym przygotowaniu kolacji nie widzi zagrożenia dla swojej męskości.

Co ciekawe, doświadczenia Polek z dużo dłuższym stażem w Japonii są bardzo zróżnicowane - od pełnej asymilacji po trwałe poczucie bycia "inną".

Read More
Japonia Anna Jassem Japonia Anna Jassem

Belgijskie ‘normalement’ versus japońskie ‘chotto’

Przez kilkanaście lat mieszkania w Brukseli przyzwyczailiśmy się, że przesyłki rzadko dostarczane są na czas, do przeciekającego dachu nie sposób znaleźć fachowca, który zjawiłby się przed końcem zimy, a wszelkie szacunki dotyczące wyceny, czasu oczekiwania itp. poprzedzane są przysłówkiem normalement (czytaj: ‘jeśli dobrze pójdzie’, ‘jak Bóg da’, ‘Inch`Allah’). Wielokrotnie doprowadzało nas to do szewskiej pasji.

Przez kilkanaście lat mieszkania w Brukseli przyzwyczailiśmy się, że przesyłki rzadko dostarczane są na czas, do przeciekającego dachu nie sposób znaleźć fachowca, który zjawiłby się przed końcem zimy, a wszelkie szacunki dotyczące wyceny, czasu oczekiwania itp. poprzedzane są przysłówkiem normalement (czytaj: ‘jeśli dobrze pójdzie’, ‘jak Bóg da’, ‘Inch`Allah’). Wielokrotnie doprowadzało nas to do szewskiej pasji. Na przykład, gdy któreś z nas brało dzień wolnego i czatowało w domu w oczekiwaniu na nowo zakupioną kanapę, by kolejnego dnia, po wielu zdesperowanych telefonach, dowiedzieć się, że akurat zachorował kierowca. Albo gdy w dniu planowanej przeprowadzki Wiktor (miast cieszyć się trzydniowym synem) staszczył na parter cały nasz dobytek, a firma przeprowadzkowa nie raczyła go powiadomić, że tego dnia nie dadzą jednak rady. Normalement miało jednak i dobre strony – pewną, bliską polskiej duszy - kreatywność i elastyczność w interpretowaniu przepisów, którą socjologowie tłumaczą wiekami opresji ze strony obcych potęg. Normalement (tu: zgodnie z regułami) wydanie tego dokumentu trwa tydzień, no ale skoro sytuacja taka paląca, zobaczymy co się da zrobić. Normalement po zwolnienie lekarskie trzeba się stawić w pierwszym dniu choroby, ale skoro Madame nie może zwlec się z łóżka, to zapraszam w bardziej dogodnym terminie, itp., itp.

W Japonii sytuacja wygląda zgoła odmiennie. Z punktu widzenia konsumenta, jest to bowiem kraj, w którym wszystko (poza zaporowymi cenami) działa dokładnie tak, jak powinno. W ultra szybkich shinkansenach roczne opóźnienia liczone są w sekundach. Zakupy internetowe dostarczane są nierzadko tego samego dnia, z dokładnością niemal co do minuty. W rezultacie w internecie kupujemy wszystko, od jabłek i skarpetek po rowery. Gdy Wiktor przez pomyłkę poprosił o dostawę tych ostatnich o godzinie 10:05 (mając na myśli 15:00), sprzedawca najpierw dwukrotnie się upewnił, czy dobrze go zrozumiał, po czym bez szemrania spełnił kaprys. W dodatku klient czuje się jak król, nawet gdy kupuje opakowanie chusteczek do nosa. Te zostaną starannie zapakowane w co najmniej jedną siateczkę i wręczone kupującemu z pełnym szacunku pokłonem, jakby chodziło o najcenniejsze klejnoty.

15036203_1786726184878101_7495763958053915834_n.jpg

Ale japoński perfekcjonizm ma również swoją cenę. W przeciwieństwie do Belgów, Japończycy  głęboko wierzą, że przepisy są po to, żeby ich przestrzegać, nawet gdy w danej sytuacji nie mają one większego sensu. Niewinnie brzmiące chotto… (dosłownie ‘troszkę’) na pytanie, czy i dla młodszego synka mogę wynająć rowerek wcale nie oznacza, że jest to trochę skomplikowane, ale absolutnie nie wchodzi w rachubę. Przecież jest wyraźnie napisane, że z rowerków mogą korzystać dzieci powyżej lat 3 i nic to, że dwuipółletni Jasiek jest większy od  japońskich pięciolatków. Chotto jest również jazda na hulajnodze w większości parków, skakanie w skarpetkach na trampolinie czy odebranie telefonu w autobusie. Owego posłuszeństwa wobec nakazów i zakazów Japończycy uczą się podobno już w szkole. Jakkolwiek irytujące, jest ono pewnie niezbędne w 120-milionowym kraju, regularnie doświadczanym przez katastrofy naturalne.

Japoński ordnung tak wszedł nam w krew, że w czasie wypadów do Europy czujemy się teraz jak na “dzikim zachodzie” – nasza rodzina nie jest jedynym (a nawet głównym) źródłem hałasu w miejscach publicznych, atrakcji dla dzieci nie nadzoruje tłum życzliwych strażników, a opakowanie po kanapce (którą zresztą można zjeść na ulicy – rzecz nie do pomyślenia w Japonii) można wrzucić do pierwszego lepszego kosza na śmieci. Po kilku tygodniach samowolki chętnie wracamy jednak do japońskiego „ucywilizowania” :-)

Read More

Wygrywamy wycieczkę do Wakayamy!

Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym  konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).

30449830861_e69db4bdeb_o.jpg

Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym  konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).

I tak o 5:30 wyruszamy dziarsko na lotnisko (wyściskawszy jeszcze oba stwory, które wiedzione jakąś intuicją budzą się tuż przed naszym wyjściem). W taksówce uskuteczniamy najdłuższą od przyjazdu do Tokio konwersację w języku japońskim.  O dziwo, taksówkarz nie bardzo kojarzy, dokąd się wybieramy (Waka-co?). Na lotnisku, witusiowym zwyczajem, jesteśmy pół godziny przed czasem. Niestety Starbucks o tej porze jeszcze zamknięty, a w pozostałych miejscach kawy można się napić wyłącznie w zestawie z curry lub udonem. Tak zdesperowani nie jesteśmy. O 6:30 spotykamy pozostałych „wybrańców”.  W sumie jest nas (parszywa?) dwunastka – bardzo różne, ale wydaje się ciekawe, postaci. Bez zbędnych ceregieli (zdejmowania butów czy spowiadania się z przewożonych płynów) wsiadamy do samolotu. Przed samym startem trójka bagażowych ustawia się na baczność, po czym głęboko kłania i macha do nas na do widzenia (ku naszemu wzruszeniu, większość pasażerów odmachuje).

Na maciupeńkim acz bardzo malowniczo położonym lotnisku Nanki-Shirahama (które sponsoruje nasza wycieczkę) lądujemy o 8:30. I tu pierwszy niespodzianka –„anglojęzyczna przewodniczka” okazuje się starszą panią z Osaki, która w pilotowaniu wycieczek nie ma wcześniejszego doświadczenia, a po angielsku duka mniej więcej tak jak my po japońsku. Niezrażeni pakujemy się do autobusu, by natychmiast zanurzyć się w dzikie, górskie krajobrazy Półwyspu Kii. Strome zbocza porośnięte gęstymi lasami, urwiste brzegi rzek, idylliczne wioseczki – aż trudno uwierzyć, ze jeszcze przed chwilą byliśmy w Tokio.

new

Po dwóch godzinach jazdy docieramy do słynnego szlaku pielgrzymkowego Kumano Kodo, wpisanego (jako drugi na świecie, obok hiszpańskiego Camino de Santiago) na listę dziedzictwa kultury UNESCO. To tutaj od ponad tysiąca lat pielgrzymowali Japończycy wszystkich stanów i klas, w tym rezydujący w Kioto cesarze i arystokraci. Z pierwotnych 300 kilometrów, łączących trzy wielkie świątynie, do dzisiaj zachowało się ponad 70 km szlaków. My zaczynamy w punkcie widokowym Fushiogami-oji - miejscu, do którego dawni pielgrzymi docierali po wielu dniach marszu i padali na kolana, zobaczywszy po raz pierwszy cel swojej wędrówki. Mijamy dawny punkt poboru opłat i wchodzimy w piękny soczystozielony las. Po szarym Tokio takie uderzenie zieleni przyprawia o zawroty głowy. Mamy szczęście, bo udaje nam się uniknąć deszczu, choć to podobno drugi (po wyspie Yakushima) najbardziej deszczowy region Japonii (4000 ml opadów rocznie, w porównaniu z 1600 w Tokio). W dodatku szlak jest zupełnie pusty. Byłoby magicznie, gdyby nie „uroki” grupowej wycieczki. I tak, od połowy drogi asekuruję nie pierwszej już młodości Libankę, której na kamiennych stopniach bardzo doskwiera kolano (przewodniczka zapewniała ją  przed wymarszem, ze trasa jest bardzo łagodna…). Dowiaduję się za to sporo o historii Libanu (z którego Madelaine uciekła w czasie wojny domowej) i o teatrze noh (któremu jest oddana cała jej japońska rodzina).

30449830861_e69db4bdeb_o.jpg
30500742646_8a5d9b66d4_o
14729381_331178463940843_7618887752518452997_n

Po niecałych 4 kilometrach (i półtorej godzinie marszu) docieramy do chramu Kumano Hongu Taisha, w którym zbiegają się wszystkie szlaki Kumano Kodo. Świątynia początkowo była położona nieco niżej, ale uległa niemal całkowitemu zniszczeniu w wyniku wielkiej powodzi z 1889. Ocalone budynki przeniesiono w bezpieczniejsze miejsce, a w miejscu pierwotnej świątyni w 2000 roku wzniesiono największą w Japonii bramę torii (34 metry wysokości, 42 szerokości). Koreanka Jin odmawia wejścia na teren świątyni, tłumacząc że jej rodakom szintoizm (do 1945 narodowa religia Japonii) kojarzy się z japońską okupacją Korei (1910-1945). Dzisiaj Korea jest jednym z niewielu azjatyckich krajów, w których dominującą religią jest chrześcijaństwo.

30449753491_d76c15079f_o
30500690056_47e665724f_o

Wątek wojenny pojawia się ponownie w czasie lunchu (w wersji bezmięsnej: tofu z tartym gobo). Amerykanin Sherwin potwierdza historię, która słyszałam już na kursie gotowania. Otóż w czasie drugiej wojny światowej amerykańskich jeńców karmiono właśnie korzeniem gobo. To jedno ze smaczniejszych i najbardziej odżywczych japońskich warzyw, choć wygląda jak zapiaszczony badyl. Po wojnie zarządcy więzienni zostali ponoć oskarżeni przez aliancki wymiar sprawiedliwości za karmienie jeńców korzeniami drzew…

Wracamy do autobusu. Kręta droga wśród zamglonych szczytów jest piękna i tajemnicza. Naszym celem (i główną atrakcją całej wycieczki) jest Kōya-san - święta góra buddyjska. To tutaj w IX wieku młody mnich Kūkai (znany po śmierci jako Kōbō-Daishi), ustanowił pierwszą wspólnotę ezoterycznego buddyzmu o nazwie Shingon (dosł. „prawdziwe słowo”). Dziś ten nurt buddyzmu liczy 10 milionów wyznawców i niemal 4000 świątyń, z których ponad 110 znajduje się w Kōya-san. Sam Kōbō-Daishi był zaś nie tylko reformatorem religijnym, ale także uczonym, poetą, kaligrafem oraz wynalazcą dwóch japońskich alfabetów sylabicznych (hiragany i katakany).

14725554_331178377274185_3277144944914540393_n

Niestety z powodu deszczu i długiego postoju w sklepie z pamiątkami na miejsce dojeżdżamy z półtoragodzinnym opóźnieniem. Sprintem puszczamy się do świątyni Kongōbu-ji (głównej świątyni sekty Shingon), gdzie chcieliśmy zobaczyć największy w Japonii kamienny ogród. Jednak mimo błagań nie udaje nam się już wejść do środka. W strugach deszczu docieramy jeszcze do kompleksu świątynnego Danjo Garan (z ogromną podświetloną pagodą) i do okazałej bramy Daimon (tę jednak ledwo widzimy z powodu zapadających ciemności).

30449735421_0169928159_o
30500674376_56a11063c9_o
29903919093_d84905b3d1_o
30500676336_5488de04e3_o

Przemoczeni i zawiedzeni wleczemy się do klasztoru Jizu-in, w której mamy spędzić noc (opcję noclegu proponuje niemal połowa tutejszych klasztorów, choć w „naszym” jesteśmy pierwszymi w tym roku cudzoziemcami). Tu czeka nas kolejna niemiła niespodzianka: zamiast do obiecanego prywatnego pokoju z łazienką, Wiktor trafia do panów, a ja do pań. Toaleta na korytarzu, a łazienki brak. Nasz zawód trochę rekompensuje wspaniała wegańska kolacja w stylu buddyjskim (shōjin ryōri). Mnisi buddyjscy nie używają żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego. Stronią też od roślin o ostrym smaku (takich jak czosnek czy cebula). Główne źródło białka stanowią warzywa strączkowe (zwłaszcza soja, z której wytwarza się tofu) oraz orzechy. Czujemy się trochę, jak robaczki z „entliczka-pentliczka”, bo w naszym menu tofu pojawia się aż w czterech odsłonach: gotowane (yudōfu), mrożone, suszone a potem gotowane (koyadōfu, dosłownie “tofu z góry Koya”), ze zmielonego sezamu (goma dofu) oraz jako sos do sałatki (shira ae). Oprócz tego obowiązkowy ryż i zupa miso, a także pikle, czarna soja, warzywna tempura oraz przepyszne owoce. Obsługujący nas mnich zapewnia, że codzienne jedzenie klasztorne jest dużo skromniejsze.

Kolacja w stylu shojin-ryori

Kolacja w stylu shojin-ryori

Po kolacji – już we własnym zakresie – dołączamy do nocnej przechadzki po cmentarzu Okunoin - największej nekropolii w Japonii. Oprócz mauzoleum Kōbō Daishi znajduje się tu ponad 200 tysięcy grobów. Porośnięte mchem nagrobki, ogromne cedrowe drzewa (najstarsze mają ponad 1000 lat), nikłe światła latarni. Do tego pustka i cisza, zmącona jedynie uderzającymi o parasole kroplami deszczu. Wszystko to tworzy zupełnie niezwykły klimat. Nasz przewodnik - przesympatyczny mnich buddyjski  - wprowadza nas w arkana japońskiej religijności. Tłumaczy, że pokojowe występowanie dwóch głównych wyznań (szintoizmu i buddyzmu) gwarantuje  przede wszystkim jasny podział ról – szintoizm zajmuje się początkiem (narodzinami, ślubami), a buddyzm końcem (ceremoniami pogrzebowymi). Za cechę odróżniającą Shingon od innych nurtów buddyjskich uznaje natomiast nacisk na „tu i teraz”. Shingon naucza, że każdy (i to za tego życia) może osiągnąć oświecenie i stać się Buddą. Do wyzwolenia wewnętrznego potencjału niezbędne jest kultywowanie tzw. „trzech tajemnic”, czyli właściwy trening ciała (symboliczne gesty, tzw. mudry), mowy (mantry) i umysłu (medytacja).

Po dwóch kilometrach docieramy do najświętszej części cmentarza. Przez zapierającą dech Halę Lampionów (gdzie dzień i noc pali się 10 tysięcy lampionów ofiarowanych przez wiernych) dochodzimy do miejsca ostatniego spoczynku Kōbō-Daishiego. Wyznawcy Shingon wierzą, że ich mistrz nigdy tak naprawdę nie umarł, a wstąpił w stan wiecznej medytacji i modlitwy za cierpienia tego świata. W tym wysiłku mają go wspomóc dostarczane dwa razy dziennie posiłki. Nasz przewodnik zachęca nas do zamknięcia oczu i pomyślenia marzenia, po czym odśpiewuje sutrę w naszej intencji.

Żegnamy się serdecznie z mnichem, kłaniamy Kōbō-Daishiemu i wracamy do naszego klasztoru. Jeszcze szybka wizyta w łaźni i wracamy do naszych sypialni, gdzie czekają już na nas ułożone jeden przy drugim futony i twarde jak kamień poduszki ryżowe.

Po nocy urozmaiconej pochrapywaniem kompanów, czas na kolejną wczesną (6:00) pobudkę i poranne modły. Monotonne recytacje sutr i zapach kadzideł przenoszą nas w jakąś zupełnie inną rzeczywistość. Po śniadaniu (będącym okrojoną wersją kolacji) ruszamy w dalszą drogę. Czujemy ogromny niedosyt i chętnie zostalibyśmy dłużej w Koya-san zamiast kisić się znów w autobusie.

thumb_img-20161031-wa0000_1024

Nasz pierwszy przystanek to zamek w Wakayamie, stolicy prefektury. Wspinamy się na dach górującej nad miastem budowli, skąd rozpościera się malowniczy widok na okolicę. Potem sekretnym, krytym mostkiem (który umożliwiał zamkowe schadzki) przechodzimy do wymanikurowanego ogrodu, gdzie przemyślane jest ułożenie każdego kamyczka. Najciekawszy okazuje się jednak lokalny festiwal (matsuri), na który trafiamy zupełnie przypadkiem w drodze powrotnej do autobusu.

29906277284_59fe80604f_o
14753723_10155290592105961_1636483314452038358_o
30500649676_1b9150f38a_o

Z zamku żółwim tempem (bo większość dróg zamknięta z powodu maratonu) zmierzamy w stronę mariny. Tutejsze atrakcje to m.in. wielki targ rybny (gdzie trafiamy na pokaz ćwiartowania tuńczyka), stragany z owocami (Wakayama słynie z produkcji cytrusów) i park rozrywki Porto Europa z rekonstrukcjami włoskich i francuskich uliczek.

30420325192_7e7e11ff70_o
30420321652_89fd410ba1_o
img_20161023_124401-01

Jeszcze tylko godzina w autobusie i jesteśmy na lotnisku Kansai, by po trzech godzinach uściskać nasze stęsknione pyszczki.

Na pewno nie był to stracony weekend. Poznaliśmy  sporo ciekawych ludzi, a do Koya-san jeszcze wrócimy, by na spokojniej odkryć jego uroki. Z punktu widzenia sponsora (lotnisko Nanki-Shirahama) wycieczkę trzeba jednak uznać za promocyjną klapę. Choć w pobliżu samego lotniska jest sporo atrakcji (m.in. efektowne klify i jaskinia, która przez długie wieki stanowiła kryjówkę piratów), spędziliśmy dwa dni w autobusie, żeby przekonać się, ze do Koyasan czy Wakayamy zdecydowanie łatwiej jest dotrzeć z lotniska Kansai. Cóż, jak głosi mądrość ludowa, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby :)

Read More

Tokijska "Mała Polska"

Po 10 wspólnych latach w brukselskim tyglu kulturowym uświadomiliśmy sobie, że znakomitą większość naszych znajomych stanowią pracujący w instytucjach europejskich Polacy, najczęściej posiadacze dwójki dzieci. Polką była nasza pani sprzątająca, z Polski sprowadzaliśmy meble, książki i papierową „Politykę”, a w polskich sklepach zaopatrywaliśmy się regularnie w twaróg, jabłka i pigwówkę.

IMG_20160609_145430.jpg

Po 10 wspólnych latach w brukselskim tyglu kulturowym uświadomiliśmy sobie, że znakomitą większość naszych znajomych stanowią pracujący w instytucjach europejskich Polacy, najczęściej posiadacze dwójki dzieci. Polką była nasza pani sprzątająca, z Polski sprowadzaliśmy meble, książki i papierową „Politykę”, a w polskich sklepach zaopatrywaliśmy się regularnie w twaróg, jabłka i pigwówkę.

Wszystko miało się zmienić w Tokio. Będziemy zgłębiać inne kultury (z japońską na czele) i nawiązywać przyjaźnie z przedstawicielami wszystkich nacji, ras i wyznań! Początki faktycznie zapowiadały się nieźle. Na kursie kuchni indyjskiej poznaję dwójkę Amerykanów, Australijkę, Serba i kilka Japonek. W Ignasiowej szkole dominują mali Francuzi i Japończycy w proporcji (na oko) 40:60%. W naszej „międzynarodowej” dzielnicy (Hiroo) japoński miesza się z angielskim i francuskim, ale polskiego (dotąd) nie uświadczyliśmy.

Jednak obywatelski obowiązek wzywa. Udajemy się więc karnie do polskiej ambasady oddać głos w wyborach parlamentarnych. Tam dowiadujemy się, że w Tokio funkcjonują dwie (!) sobotnie szkoły polonijne. Ano tak, mimo że tokijska polonia liczy raptem 350 osób (w całej Japonii jest niewiele ponad 1300 Polaków), już zdążyło dojść do schizmy... Na samodzielną lekturę „Pana Tadeusza” pewnie jeszcze trochę poczekamy, ale już po drugich zajęciach nasze dziecko zadziwia nas zwrotami typu „poproszę” i „słucham?” zamiast dotychczasowych „daj” i „coooo?”.

12063786_10154394555900961_6374402292686345867_n

Przez szkołę polonijną zostaję zwerbowana do jurorowania w konkursie języka polskiego, organizowanym co roku przez ambasadę RP. Tam z kolei poznaję dziewczyny z jednego z dwóch (a jakże!) portali polonijnych. Natychmiast zgłaszam się na ochotnika, zwłaszcza że jest o czym pisać, bo polskich imprez kulturalnych jest w Tokio od liku. Mam okazję rozmawiać m.in. ze światowej sławy polską śpiewaczką operową, Iwoną Sobotką oraz z fenomenalnymi muzykami elektronicznymi z wytworni U Know Me Records.

artofpoetry_20160527-7
DSC_0332~2

Oprócz garstki Polaków, jest też w Tokio nieliczna, acz prężna, grupa polonofilów. Na Tokijskim Uniwersytecie Studiów Międzynarodowych (TUFS) co roku naukę naszego języka rozpoczyna około 15 studentów. Skąd taki egzotyczny pomysł? Jedna ze studentek - pod wpływem mangi „Ten no Hate Made” („Aż do nieba”), opowiadającej o życiu księcia Józefa Poniatowskiego - zafascynowała się na przykład polską historią. Innych oczarowała polska literatura, film, teatr.

thumb_IMG_20160606_122703_1024
thumb_IMG_20160606_124553_1024

Trafiają się nawet miłośnicy polskiej kuchni. Poznajemy m.in. japońską pisarkę Mihoe Sano, która organizuje cykliczne polskie imprezy kulinarne. Sama mam okazje udzielić lekcji kuchni polskiej grupie dziesięciorga Japończyków. Robimy barszcz … ukraiński (polską specyfiką jest podobno dodatek białej fasoli), a na drugie: kaszę gryczaną (której, o dziwo, kursanci nigdy wcześniej nie jedli, choć to z mąki gryczanej produkowany jest popularny makaron soba), surówkę z kapusty kiszonej i sos z suszonych prawdziwków. Kolejne lekcje zaplanowane są na wrzesień i grudzień.

Z adeptami polskiej kuchni

Z adeptami polskiej kuchni

Czyżby po raz kolejny „ucieczka od polskości” okazała się niemożliwa?

Read More
Customs, English, Japan Wiktor Staniecki Customs, English, Japan Wiktor Staniecki

Men in strings

We have been in Japan for almost a year now, but – shame to admit - have not yet seen any sumo tournament. So typical of us… We have not been to Tsukiji fish market either even though it will be relocated to the outskirts of Tokyo by autumn. So when our friends from Brussels mentioned they were going to see sumo, we seized the opportunity.

Chwyt za gardło

We have been in Japan for almost a year now, but – shame to admit - have not yet seen any sumo tournament. So typical of us… We have not been to Tsukiji fish market either even though it will be relocated to the outskirts of Tokyo by autumn. So when our friends from Brussels mentioned they were going to see sumo, we seized the opportunity.

But you cannot just go to see sumo whenever you want. Tournaments (called basho) take place in January, May and September in Tokyo, as well as in March in Osaka, in July in Nagoya and in November in Fukuoka. Each lasts for 15 days.

Together with baseball, sumo is one of the most popular sports in Japan. It dates back to the ancient times, when it was closely interwoven with religious rites. Until today, sumo wrestlers sprinkle the arena with salt to purify it and clap their hands to ask for gods’ assistance. All the rituals (introduction of the wrestler, greetings etc.) take way more time than the fight itself, which rarely goes beyond a minute and in the majority of cases is decided with the first impact. Interestingly, until 1928, there were no limits on how long the rituals could last. At the moment, they are limited to four minutes for the highest levels of wrestlers while the lowest ranks have to start the fight right away. Truth to be told, these rituals serve their purpose. This is psychological warfare between two opponents.

The fight is won when the adversary is pushed outside the ring (dohyo) or forced to touch it with any part of his body other than the soles of his feet. Seen from afar, the fight may seem benign, but wrestlers do not spare each other. They slap and try to grab each others’ throats (if they can find them under all this fat). Spectacular falls are also common. We have seen several wrestlers being thrown out of the ring directly into the judges and photographers. Imagine being squished by the human replica of walrus falling from a height of almost one meter. This is not fun.

Chwyt za gardło
Grab the throat

Average wrestler weights more than 140 kg, but – unlike in boxing, there are no weight categories in sumo. Even if the size of the wrestlers is usually similar, we did see a few fights between Davids and Goliaths. It turns out that speed and dexterity are equally important as mass and strength. Japanese Sumo Association recognised 82 techniques of winning called kimarite. At the end of the fight, the speaker announces which technique was used by the winner. For instance, watashi-komi technique consists in pushing opponent’s calf forward with one hand while pulling his torso with the other in order to topple him. What is banned? Pulling hair, punching with fist and at the ears, strangling or grabbing by the mawashi pants at the jewels zone.

Sumo wrestlers have semi-god status in Japan. But their life is full of hardship, filled with intense training and many restrictions such as a ban on driving. Their life expectancy is also shorter than that of an average Japanese man, due to common high blood pressure and hear attacks.

According to Japanese Sumo Association, there are around 800 professional sumo wrestlers. They are divided into hierarchical categories, including maku-uchi (top category), Juryo, Makushita (junior category) as well as Sandanme, Jonidan and Jonokuchi (lowest rank). During the tournament, all the wrestlers are also divided between west and east (but there are no teams). Of course, getting into maku-uchi rank (around 40 wrestlers) and then winning the yokozuna (grand champion) title is everybody’s dream.

The ranking, called banzuke, is reviewed after each tournament and the position of yokozuna is unique. It has been created in the XVII century, and once you get it, you cannot be downgraded. However, if yokozuna starts to lose fights, he is expected to retire. The unmatched record of 69 consecutive wins belongs to Futabayama Sadaji (1912-1968) who was the 35th yokozuna.

There are many foreigners among wrestlers. Until 2002, there were no restrictions on the number of foreigners but since then it has been limited to one per stable.Still, between 2006 and January 2016, no Japanese wrestler has won the tournament. The May tournament was again dominated by Mongolian-born wrestlers.

If you plan on going to see a tournament, do not show up in the morning. The day starts with the most junior fights and only around 16.00 big masters start to compete. Tokyo’s sumo arena, Ryogoku Kokugikan, can fit over 11000 spectators. Around 17.00 the arena is filled to the maximum.Average spectators’ age reaches 50 years because the popularity of sumo among young Japanese is on the wane.  For us, watching the public was even more fascinating than the fights themselves (apologies for this heresy). Reactions on wins and loses are loud, interrupted from time to time by chants in support of favourite wrestlers. People come in groups, with company colleagues and family members, munching their bentos and washing it down with beer.

Pełna sala
Full room

If you happen to be in Tokyo during a tournament month, book a ticket and go to see this incredible spectacle!

Sources:

1) http://www.sumo.or.jp/pdf/en/sumo_introduction2014.pdf

2) https://en.wikipedia.org/wiki/Sumo

3) http://www.japan-talk.com/jt/new/11-things-you-might-not-know-about-Sumo

4) Współczesna Japonia w pytaniach i odpowiedziach: 現代日本 Q & A, Katsuyoshi Watanabe, Natalia Kuźmicz, Aleksandra Watanuki, 15 Czerwca 2015, Waneko Sp. z o.o.

5) http://www.rp.pl/Sport/160129631-Japonia-doczekala-sie-mistrza-sumo.html

Read More
Atrakcje turystyczne, Japonia, Tokio, Zwyczaje Wiktor Staniecki Atrakcje turystyczne, Japonia, Tokio, Zwyczaje Wiktor Staniecki

Faceci w jedwabnych stringach

W Japonii jesteśmy już prawie rok, a jeszcze nie widzieliśmy turnieju sumo. Straszny wstyd, choć poniekąd dla nas to normalne (na targu rybnym Tsukiji też nas jeszcze nie było, choć w listopadzie przenosi się na obrzeża Tokio…). Tak więc kiedy odwiedzili nas brukselscy przyjaciele, nie znaleźliśmy już żadnej wymówki…

sumo_14052016-40.jpg

W Japonii jesteśmy już prawie rok, a jeszcze nie widzieliśmy turnieju sumo. Straszny wstyd, choć poniekąd dla nas to normalne (na targu rybnym Tsukiji też nas jeszcze nie było, choć w listopadzie przenosi się na obrzeża Tokio…). Tak więc kiedy odwiedzili nas brukselscy przyjaciele, nie znaleźliśmy już żadnej wymówki…

Walk sumo nie można obejrzeć, kiedy się chce. Turnieje (zwane basho) odbywają się w Tokio w styczniu, maju i wrześniu. Można je także obejrzeć w Osace w marcu, w Nagoi w lipcu i w Fukuoce w listopadzie, a każdy trwa 15 dni.

Sumo - obok baseballu, jeden z najpopularniejszych sportów w Japonii -ma swoje początki w starożytności i jest połączone z ceremoniałem religijnym. Do dzisiaj, zawodnicy wstępujący na ring wykonują wiele rytualnych czynności, takich jak posypanie ringu solą (oczyszczenie) lub potarcie i uderzenie rąk (prośba o uwagę bogów). Cała rytualna otoczka (wywołanie zawodnika, wejście na ring, powitanie itp.) trwa o wiele dłużej niż sama walka, która w ogromnej większości przypadków rozstrzyga się przy pierwszym zwarciu i nie trwa dłużej niż kilka - kilkanaście sekund. Co ciekawe, dopiero w 1928 roku wprowadzono 10 minutowy limit na rytuały, który obecnie został skrócony do 4 minut dla najwyższej kategorii zawodników i do zera dla najniższej kategorii. Wcześniej przygotowanie do walki, które jest jej strategiczno-psychologiczną częścią, mogło trwać w nieskończoność.

Walkę wygrywa się poprzez wypchnięcie przeciwnika poza ring (dohyo) lub zmuszenie go jako pierwszego do dotknięcia ziemi dowolną częścią ciała poza stopami. Z odległości walka może się wydawać mało brutalna, ale zawodnicy nie szczędzą sobie uderzeń w twarz czy łapania za gardło (jeśli uda się je namierzyć pod zwałami tłuszczu). Spektakularne upadki też nie należą do rzadkości. Nawet my widzieliśmy paru zawodników spadających z areny, która jest ściśle otoczona sędziami, innymi zawodnikami i fotografami. A przygniecenie ludzkim odpowiednikiem lwa morskiego, spadającym z wysokości prawie metra, nie może być przyjemne.

sumo_14052016-40.jpg
Uwaga niebezpieczeństwo!

Waga wielu zawodników grubo przekracza 140 kg, a w sumo nie ma podziału na kategorie wagowe, tak jak np. w boksie. I choć rozmiary przeważnie są zbliżone, to i my widzieliśmy pojedynki Dawidów z Goliatami. O dziwo, szybkość i zwinność są tak samo ważne jak masa i impet. Każdy z zawodników ma swoją strategię wygrywania. Japońskie Stowarzyszenie Sumo skodyfikowało 82. techniki wygrywania (kimarite). Na koniec każdej walki ogłasza się, jaką technikę zastosował zwycięzca. Np. technika watashi-komi polega na pchnięciu łydki przeciwnika do przodu jedną ręką, przy jednoczesnym nacisku na korpus drugą w celu obalenia go na ring. Co jest zabronione? Ciągnięcie za włosy, uderzanie pięścią, uderzenia w uszy, duszenie, albo łapanie za przepaskę mawashi w okolicy klejnotów. Czyli zasady podobne do walk w piaskownicy.

Chwyt za gardło
Chwyt za gardło

Zawodnicy sumo mają status podobny do greckich herosów. Ale ich (krótkie) życie jest pasmem wyrzeczeń. Oprócz bardzo intensywnego treningu zapaśnicy muszą na co dzień nosić tradycyjne japońskie ubrania i przestrzegać surowego regulaminu (np. nie można im prowadzić samochodu). Długość życia sumoki jest krótsza od średniej z uwagi na częste nadciśnienie i ataki serca.

Obecnie Japońskie Stowarzyszenie Sumo ocenia, że jest około 800 profesjonalnych zawodników. Są oni podzieleni na kategorie w hierarchii ważności: Maku-uchi (najwyższa kategoria), Juryo, Makushita (juniorzy), Sandanme, Jonidan, Jonokuchi (najniższa). W trakcie turnieju wszyscy zawodnicy są też podzieleni pomiędzy “wschód” i “zachód”. Oczywiście każdy z nich marzy o dostaniu się do kategorii maku-uchi (około 40 zawodników), i zdobyciu tytułu yokozuna, wielkiego mistrza. Ranking nazywany banzuke jest rewidowany po każdym turnieju, a pozycja yokozuna jest wyjątkowa. Od XVII w., kiedy ten tytuł został stworzony, yokozunem zostało tylko 69 zawodników. Jeśli ktoś się tego tytułu dochrapie, nie może już być go pozbawiony. Ale jeśli zacznie przegrywać, powinien odejść na emeryturę. Rekord zwycięstw, do dziś niepobity należy do Futabayamy Sadaji (1912-1968), który odniósł pasmo 69 zwycięstw i był 35. yokozunem.

Publika
Publika

Wśród zawodników są też obcokrajowcy, głównie zawodnicy z Azji Centralnej. Był okres, gdy nie było żadnych ograniczeń co do narodowości zawodnika. Obecnie na stajnię przypada maksimum jeden obcokrajowiec. Powodem tego ograniczenia jest fakt, że od 2006 roku aż do stycznia 2016 zwycięzcami wszystkich turniejów byli obcokrajowcy. Majowy turniej był znów zdominowany przez zawodników pochodzących z Mongolii.

Popularność sumo wśród młodych Japończyków maleje. Średni wiek widzów dobija do 50, a oglądanie publiki było dla nas bardziej fascynujące niż sam turniej, który po kilku walkach zaczynał nas nieco nużyć (oczywiście żaden fan się z tym nie zgodzi).

Jeśli macie bilety na jeden z dni turnieju, nie przychodźcie tam rano. Sala będzie świeciła pustkami, bo walki zawodników najwyższych kategorii zaczynają się dopiero około 16.00. Tokijska arena Ryogoku Kokugikan może pomieścić ponad 11 tysięcy widzów. Koło 17.00 sala zaczyna pękać w szwach, a każda akcja jest okraszana krzykami zawodu lub zachwytu. Widzowie, którzy przychodzą w grupach, z kolegami z pracy lub rodzinami, zapamiętale pałaszują swoje bento, popijając je nieodłącznym piwem.

Pełna sala
Pełna sala

Jeśli wybieracie się do Japonii w miesiącu, kiedy odbywają się turnieje, zarezerwujcie sobie bilet, aby zobaczyć to niepowtarzalne widowisko.

Źródła:

1) http://www.sumo.or.jp/pdf/en/sumo_introduction2014.pdf

2) https://en.wikipedia.org/wiki/Sumo

3) http://www.japan-talk.com/jt/new/11-things-you-might-not-know-about-Sumo

4)Współczesna Japonia w pytaniach i odpowiedziach: 現代日本 Q & A, Katsuyoshi Watanabe, Natalia Kuźmicz, Aleksandra Watanuki, 15 Czerwca 2015, Waneko Sp. z o.o.

5) http://www.rp.pl/Sport/160129631-Japonia-doczekala-sie-mistrza-sumo.html 

Read More
Japonia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Zwyczaje Anna Jassem

Szaleństwo kwitnącej wiśni

Od połowy marca tokijczycy z niepokojem wyglądają informacji na temat frontu sakury (kwitnienia wiśni), który przesuwa się powoli z południa na północ. Sezon wiśniowy rozpoczyna się w styczniu na subtropikalnej Okinawie, a kończy w maju na Hokkaido. Już miesiąc wcześniej w Starbucksie pojawiają się okolicznościowe różowe napitki, a w supermarketach połowa produktów sprzedawana jest w różowych opakowaniach. Co ciekawe, przed wiśniami pięknie kwitną śliwy i magnolie, ale nimi nikt nie zawraca sobie głowy.

12932852_1533056326995345_8913299853717643466_n.jpg
sakura weathernews.jp

sakura weathernews.jp

Od połowy marca tokijczycy z niepokojem wyglądają informacji na temat frontu sakury (kwitnienia wiśni), który przesuwa się powoli z południa na północ. Sezon wiśniowy rozpoczyna się w styczniu na subtropikalnej Okinawie, a kończy w maju na Hokkaido. Już miesiąc wcześniej w Starbucksie pojawiają się okolicznościowe różowe napitki, a w supermarketach połowa produktów sprzedawana jest w różowych opakowaniach. Co ciekawe, przed wiśniami pięknie kwitną śliwy i magnolie, ale nimi nikt nie zawraca sobie głowy.

thumb_sakura_1024

W końcu 21 marca na „referencyjnym” drzewku wiśniowym w świątyni Yasukuni pojawiło się wyczekiwane pięć kwiatów i tokijska agencja meteorologiczna oficjalnie obwieściła nadejście wiosny. Na ten sygnał, mieszkańcy Tokio (matki z małymi, kolumny pracowników biurowych, staruszkowie z akwarelami, a przede wszystkim tabuny fotografów) karnie ruszyli do parków na obowiązkowe hanami (dosł. oglądanie kwiatów), zwyczaj znany od ponad tysiąca lat. W rozmowach i mediach dominują informacje na temat najlepszych miejsc do oglądania różowych kwiatów i stanu ich rozkwitu (rozróżnia się aż 11 faz!).

26315554722_4774d350d1_o

Radość z wiśniowych płatków trwa zaledwie dwa tygodnie. ale na tym też polega ich urok. Japończycy są niezwykle wyczuleni na punkcie ulotności życia. Mono no aware (dosł. patos rzeczy) - piękno przemijania - to kluczowy koncept estetyki japońskiej, a efemeryczne kwiaty wiśni są jego doskonałym ucieleśnieniem. Nie przez przypadek kwiat wiśni stał się symbolem japońskich samurajów, którzy (podobnie jak wiśniowe płatki) kończą żywot w momencie największego rozkwitu.

Przemijanie przemijaniem, a tymczasem trzeba posilić ciało. Według japońskiego przysłowia, hana yori dango – “od kwiatów lepsze dango” (słodkie ryżowe kulki). Impreza hanami nie może się obyć bez hanami bento, czyli lunchowego pudełka z sezonowymi smakołykami. Do tego oczywiście duże ilości piwa i sake (w samym Tokio w okresie hanami z powodu zatrucia alkoholem hospitalizowano ponad 100 osób). Potrzebna nam też będzie błękitna brezentowa płachta, na której po zdjęciu butków stłoczą się wszyscy biesiadujący oraz duże ilości worków na śmieci. Jedną z osobliwości tokijskich parków (i w ogóle przestrzeni publicznej) jest bowiem zupełny brak śmietników. Nie ma ich nawet w toaletach, więc zużyte jaśkowe pieluchy taszczymy z powrotem do domu.

3caccd2e88c710c98cbced2b7f382f68
12400535_1527434157557562_2201540871873371586_n

Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one. Przez dwa tygodnie uczestniczymy więc - we wszelkich konstelacjach -w wiśniowym szaleństwie. Z innymi mamami (ja), ze współpracownikami (Wiktor), w gronie rodzinnym. Wiśniowy sezon kończymy z przytupem na dorocznym pikniku organizowanym w parku Shinjuku przez japońskiego premiera. Zadziwia jakikolwiek brak środków bezpieczeństwa (moja ogromna torba nie budzi przy wejściu najmniejszego zainteresowania - rzecz nie do pomyślenia w Europie…). Na samej imprezie najciekawsi jak zwykle inni goście (np. szacowne matrony w tradycyjnych kimonach upychające w reklamówkach bento z łakociami). Nie udaje nam się uścisnąć dłoni premiera Abe, za to robimy sobie fotkę z jego kartonową podobizną.

12717884_1534137733553871_1237725224441029221_n
12993350_1535630686737909_1140476231910732328_n
12987184_1535630640071247_1403536942497829834_n
26137917861_acf0a15071_k

Kontemplację kwitnących wiśni kontynuujemy w … Brukseli, gdzie spędzamy upojny tydzień, korzystając z wakacji szkolnych Ignasia. Choć pochodzą z Japonii, brukselskie wiśnie są jeszcze bardziej imponujące - kwiaty są intensywniej różowe i bardzie dorodne, tworząc na gałęziach małe bukieciki. Niektóre dzielnice (Etterbeek, Schaerbeek, Watermael-Boisfort) dosłownie toną w soczystym różu. Niestety pogoda (6-9 stopni i deszcz) nie zachęca do piknikowania, ale spotkania z przyjaciółmi, pizze, pity i pastille rekompensują wszelkie niedogodności.

thumb_IMG_20160423_180017_1024
Read More