Ośmiornica na surowo czyli Japonia od kuchni
Na naszym blogu możecie przeczytać dwie wersje naszego kulinarnego “zderzenia cywilizacji”. Tekst angielski jest spojrzeniem Ani, a ten będzie napisany bardziej z mojego punktu widzenia.
Na naszym blogu możecie przeczytać dwie wersje naszego kulinarnego “zderzenia cywilizacji”. Tekst angielski jest spojrzeniem Ani, a ten będzie napisany bardziej z mojego punktu widzenia.
Przed przyjazdem do Tokio kuchnię japońską znaliśmy głównie z przewodników i programów kulinarnych. Doświadczenia z Brukseli, gdzie jest kilka fajnych restauracji japońskich, mieliśmy mieszane. Ja, po dość poważnym zatruciu sushi w 2006 roku, dopiero przed wyjazdem do Tokio odważyłem się na ponowne zjedzenie surowej ryby. A do sashimi (sushi bez ryżu) nadal podchodziłem z pewna nieśmiałością. Jednak wszystkie relacje z podroży do Japonii opisywały doświadczenia kulinarne jako absolutny hit. Tak więc, poprzeczka była ustawiona wysoko. Po przyjeździe do Tokio rzuciliśmy się do odkrywania. Ponieważ nasze tymczasowe mieszkanie znajdowało się w dzielnicy Meguro, mieliśmy pod nosem mnóstwo knajpek i restauracyjek. Jednak wypracowanie rodzinnego modus vivendi nie było łatwe. Ania nie je mięsa, Ignacy jest zatwardziałym kotletożercą, a Jasiek - najbardziej kooperatywny członek rodziny - nie może jeść surowych ryb (dzieci poniżej dwóch lat nie są odporne na rybie pasożyty, o czym dowiedzieliśmy się dopiero po paru dniach od znajomych Japończyków).
Nie mieliśmy więc zbyt wielkiego wyboru, co - w połączeniu z maleńkimi porcjami i szalonymi cenami produktów, które byliśmy w stanie rozpoznać - sprawiło, że chodziliśmy ciągle głodni. Po miesiącu sytuacja była niewesoła. Wizja kolejnych czterech lat spędzonych na dzieleniu na ćwiartki jednego jabłka (kosztującego swoja wagę w zlocie) i rozdzielaniu opakowania serka na jednogramowe porcje była koszmarna. W oczach Ani widziałem, że w duchu powtarza słowa piosenki Elektrycznych Gitar “co ja tutaj robię”...
Po przeprowadzce do naszego docelowego mieszkania postanowiliśmy gotować więcej w domu. Ale znalezienie składników do naszych ulubionych potraw wcale nie było łatwe. Owszem, niedaleko domu jest sklep National Azabu, który sprzedaje produkty dla ekspatów, ale ceny sprawiają, że łzy same cisną się do oczu. Masło (które jest zresztą racjonowane - dwie kostki na klienta) kosztuje ok. 17 euro a ser żółty 20 euro za kostkę. Szybko została nam wskazana Hanamasa, sklep otwarty 24/7 w którym zaopatrują się podobno restauratorzy, ale pomimo bardziej przyjaznych cen, nie byliśmy w stanie rozpoznać większości produktów.
Myuki-san w akcji
Kończyło się to wbiciem ugotowanych jajek do ciasta naleśnikowego (godzina płaczu Ignasia) albo dodaniem ulepkowato-słodkiej czerwonej fasoli (deserowej) do sałatki nicejskiej (grymasy Ani). Wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze (?) kiedy Ania odkryła Miyuki Suyari, wychowaną w Stanach Japonkę, i jej lekcje gotowania. Misją Miyuki-san jest przybliżenie japońskiej kultury kulinarnej mieszkającym w Tokio gaijinom. Miyuki szybko staje się naszym aniołem-stróżem. Pierwszą lekcję Ania odbywa w supermarkecie, gdzie uczy się rozpoznawać różne rodzaje sosów sojowych, octów ryżowych, sake czy past miso. Okazuje się też, że pełne mleko można znaleźć niemal z zamkniętymi oczami (na kartonie jest małe wgłębienie). Co środę, po odbytym kursie, Ania z wypiekami na twarzy opowiada, jaki magiczny składnik był punktem centralnym lekcji. Tak więc, w pierwszym tygodniu nauk w całym domu roznosi się rybi aromat dashi - podobno ultrazdrowego wywaru z suszonych wodorostów konbu i katsuobushi (suszonych płatków tuńczyka bonito). Zdecydowanie bardziej smakuje nam słodki sos banno (dosłownie wszechmocny), który zajadamy w drugim tygodniu w postaci marynaty (np. do łososia teriyaki) lub polewki do warzyw. Zaczęło się też pojawiać tofu (coś jak serek z mleka sojowego), które na surowo jest zupełnie niezjadliwe, ale usmażone nabiera tekstury (choć ja ciągle mam wrażenie jedzenia minimalnie smaczniejszej wersji torebki plastikowej). Codziennym gościem na naszym stole stało się też miso (sfermentowana pasta sojowa) - w milionie i jednej wersji, włączając w to oczywiście zupę miso. Ania, z wyrazem błogostanu na twarzy, przekonuje nasza mięsożerną trójkę, że pasta miso rozsmarowana na aburaage (usmażonej wersji wyżej wspomnianej “plastikowej torebki”) stanowi świetną alternatywę dla tradycyjnej pizzy. Hmm…
Z tygodnia na tydzień nasza lodówka zmienia się nie do poznania. Rozpoznaję w niej coraz mniej produktów. Wszelką nadzieje straciłem, znajdując w niej pęk zapiaszczonych badyli (które małżonka dumnie przedstawiła jako korzenie gobo - japońskiego łopianu – ponoć pełnego potasu i innych minerałów).
Gobo - japoński łopian
Kurs okazuje się jednak zbawieniem dla naszych finansów (japońskie produkty są znacząco tańsze od importowanej żywności), a także doskonałym wprowadzeniem do kultury naszej nowej ojczyzny. Powoli zaczynamy się oswajać z nowymi smakami i teksturami. Fakt, że wiemy, co jemy, pozwala nam się pozbyć niektórych lęków i uprzedzeń. Ja przez długi czas myślałem, na przykład, że ultrazdrowy korzeń konnyaku (bezkaloryczny i napakowany odtruwającymi włóknami) jest kawałkiem tłuszczu o gumowatej konsystencji. Cała kuchnia japońska jest zresztą napakowana “magicznymi” składnikami, które podobno przedłużają życie. Japończycy zjadają też o wiele mniej mięsa w porównaniu z mieszkańcami Europy, zastępując je rybami i owocami morza, grzybami, warzywami. Małe porcje oraz filozofia umiaru (hara hachi - nie jedz do osiągnięcia poczucia sytości) sprawiają, że Japończycy żyją średnio najdłużej na świecie (kobiety 87 lat, a mężczyźni - 80.), mimo ogólnie panującego stresu i dużej liczby palaczy.
Mimo otoczki wyrafinowania, większość japońskich dań okazuje się dość szybka w przygotowaniu. Przygotowanie typowego posiłku, który składa się z ichijū-sansai (czyli zupy i trzech przystawek oraz obowiązkowej miski ryżu) nie wymaga spędzenia wielu godzin w kuchni. Większość potraw bazuje na jednym - dwóch podstawowych składnikach, a czas gotowania jest o wiele krótszy niż w kuchni zachodniej. Przygotowanie zupy miso trwa nie więcej niż kwadrans, o ile zawczasu namoczy się konbu. Do tego dodać kawałek upieczonej ryby lub usmażone tofu (tak, tak, plastikowa torebka) jako danie główne, dwa rodzaje warzyw i voilà, wykwintny obiad gotowy w 45 minut - dokładnie tyle, ile zajmuje ugotowanie ryżu.
Podobno badania pokazały, że człowiek przyzwyczaja się do nowego smaku po co najmniej kilku próbach. Pamiętacie Wasza pierwsza filiżankę kawy? W okresie przedkofeinowym zastanawiałem się, czy jakikolwiek zdrowy na umyśle człowiek może to pić, a teraz nie wyobrażam sobie dnia bez małej czarnej. Smaki japońskiej kuchni coraz bardziej do nas przemawiają, choć cały czas wydaje się nam ona do bólu minimalistyczna (bo składniki mają mówić same za siebie). Poza złotą szóstką (sos sojowy, sake, miso, ocet, sól i cukier) oraz sporadycznym użyciem imbiru, liści shiso albo myozy (japońskiego imbiru), w zasadzie nie używa się tu przypraw. Sahimi już się delektujemy, ale nadal leci nam ślinka na myśl o libańskiej picie i naszej ukochanej pizzy, którymi będziemy się zajadać w tym tygodniu w Brukseli.
Japanese kitchen story
Our culinary expectations before coming to Japan were rocket high. We had always been great fans of its export hits like sushi, ramen or tempura and imagined that it could only get better at the source. Yet, the reality was not quite as rosy…
Our culinary expectations before coming to Japan were rocket high. We had always been great fans of its export hits like sushi, ramen or tempura and imagined that it could only get better at the source. Yet, the reality was not quite as rosy…
We spent our first month in Tokyo in a miniscule apartment, with an almost nonexistent kitchen. While Meguro area is full of cheap eateries, most of the places specialise in one particular type of food (ramen, sushi, curry, tempura, okonomyaki), and we found it difficult to satisfy the preferences of all our family members (our elder son being a devoted carnivore, myself not eating meat and the little one not yet being able to eat raw fish). We could also not help the impression that form (most dishes indeed look like tiny pieces of art) prevails over substance. Restaurant portions were too small for our stomachs (it was not unusual for us to devour a stack of sandwiches back home after a restaurant dinner). Plus - with the notable exception of ramen - much of the food felt quite bland to our barbarian palates and/or slightly disquieting. What we took for grated radish, at a closer inspection turned out to have little eyes... The fish dish on the menu proved to be an enormous yellowtail head (with eyes). Even sushi (slimy prawns, smelly sea urchin, rubbery octopus) looked somehow more daunting than in Europe.
Once in our final apartment, I hoped to make use of the kitchen again. But grocery shopping proved no piece of cake either! The posh National Azabu, targeted at the neighborhood’s expats, offers anything from cottage cheese to celery root but the prices are several times higher than in Europe. There’s also a cheap wholesale Hanamasa just round the corner, but here most of the products are sold in huge packs and only few of them resemble anything edible. Our inability to read in Kanji (one of three Japanese alphabets based on Chinese characters) led to one culinary flop after another. Eggs added to pancake batter turned out to be boiled, red beans added to salade niçoise were syrup-sweet, and grilled salmon came out so salty it was almost uneatable.
Things change when I come across Miyuki Suyari, who’d grown up in the US and having lived all over the world decided to introduce foreigners to the secrets of Japanese cuisine. Together with a French and an Italian friend, I signed up for her intensive course, consisting of five 3-hour lessons. We started off with a supermarket tour, where Miyuki acquainted us with Japanese staples such as different types of soy sauce, sake, rice vinegar, miso paste etc. She also enlightened us on how to tell fresh fish from pre-salted one, full milk from skimmed (nothing to do with the carton colour) or pre-rinsed rice from the regular type.
Each of the courses has one star ingredient, which can be used as a basis for many dishes. For instance, dashi – a very healthy broth prepared from dried kelp seaweed (konbu) and dried bonito flakes katsuobushi - is the foundation of miso soup, salad dressings and dipping sauces for noodles. Sweet banno (literally “almighty”) sauce can be used to marinate tofu, fish or meat (e.g. teriyaki salmon) or to season vegetables (e.g. radish or spinach). Tofu – rather bland as it is – tastes fantastic when deep-fried, cooked in a nabe hotpot or turned into a salad sauce. Miso (fermented soybean paste) comes in many different varieties and can be used in countless ways, beyond just miso soup. Try spreading it over aburaage (deep-fried slices of tofu) for a quick, gluten-free pizza or over grilled eggplants for a delicious side dish, full of umami (the mysterious fifth basic taste that gives dishes their rich, deep flavour).
Miyuki’s class soon became the highlight of my week, and after the kick-start intensive course, I decided to continue with à la carte sessions (hotpots, sushi, noodles etc.). What distinguishes Miyuki’s classes from other courses given in Tokyo is their cosy atmosphere - the classes take place in her own living room and the maximum number of participants is four. Having lived outside Japan for many years, Miyuki speaks perfect English and has an interesting look on the Japanese culture, which makes her a fantastic guide on local customs and etiquette (you will find some of her insights in my recent interview with her).
The classes gave me the courage to start using local ingredients instead of their Western equivalents: shiso leaves instead of basil or parsley, bamboo shoots instead of artichokes, tofu instead of cottage cheese. This proved beneficial not only for the diversity of our diet but for our wallets too.
What struck me most is that preparing a Japanese meal – which typically consists of ichijū-sansai, i.e. “one soup, three sides” (plus of course a bowl rice) – does not require hours in the kitchen. Most dishes use 1-2 ingredients and the cooking time is much shorter than in Western cuisine. If only you soak you konbu in advance, preparing miso soup will take you 15 minutes (or even less if you are using instant dashi granules), nothing like the 2-hour simmering of chicken stock. Add to that a piece of grilled fish or deep-fried tofu as the main course and two quick vegetable side-dishes, and you will be done within the 45 minutes that it takes to cook the rice (especially if you skip some of the ‘non-essentials’ (such as plunging blanched vegetables in iced water or the various tricks to remove the fishy smell from the fish).
So does it taste good? Well, this is a more tricky question. Apparently, you need to try an unfamiliar taste several times to learn to like it. This holds true not only for children but for adults too. After several attempts, we gradually warm up to fishy dashi-based sauces, raw fish and fresh tofu (I can actually eat it straight from the package now). Knowing more about the ingredients (and their beneficial properties) helps to dissipate fears too. Gelatinous noodle-like strips (which we initially took for some kind of sea creatures) turn out to come from the konnyaku root - a perfect detox agent, high in fiber and calorie free. The unappealing brown sticks of gobo root (burdock) are another Japanese superfood, rich in potassium and minerals.
What attracts me most in Japanese cuisine is its ‘healthiness’ – the wide variety of simmered vegetables, seaweed and mushrooms, little use of meat, and the emphasis on freshness and seasonality. I also admire Japanese culture of moderation, epitomised in the saying hara hachi bu “eat until you are 80% full”. No wonder that Japanese enjoy the highest life expectancy in the world (87 years for women and 80 for men) even though they lead relatively stressful lives (working very long hours), smoke like chimneys (at least men) and are not the greatest fans of sport.
What I appreciate less is the extreme “minimalism” (letting the ingredients “speak for themselves”). Beyond the “golden six” (soy sauce, sake, miso, vinegar, salt and sugar) - plus occasionally ginger, shiso leaves or myoza (Japanese ginger) – Japanese cuisine uses virtually no condiments. My taste buds are still more accustomed to more intense flavours (such as those found in the Italian, Indian or Moroccan or Thai cuisines) but hopefully this is a question of time.
Bruxelles, je t’aime
Many call it Europe’s ugly duckling, and claim that its biggest advantage is that you can reach Paris, London or Amsterdam in less than two hours. Yet, this is the city we fell in love in and where we spent fantastic 11 years.
Many call it Europe’s ugly duckling, and claim that its biggest advantage is that you can reach Paris, London or Amsterdam in less than two hours. Yet, this is the city we fell in love in and where we spent fantastic 11 years.
Yes, it is scruffy and disorganised. It is also architecturally challenged by the uncontrolled modernisation drive that swept away many historical buildings in the 60s and 70s – a process that gave rise to a new word “brusselisation”. It has no grand landmarks, no access to the sea, and the river that used to flow through it was covered in the late 19th century because it was hazardous to health. It is constantly torn by tensions between French-speaking Walloons and Dutch-speaking Flemings. The quality of services is reminiscent of the communist Poland. Public transport is more often late than on time, and if you try to cycle, all drivers seem on a mission to drive you over.
If you come here as a tourist, you may be bitterly disappointed. But if you give it a second chance and the benefit of the doubt, you will discover that it has plenty of hidden charms. The ones that you will not come across with a travel guide in your hand. Try to get lost in its inconspicuous, smelly streets and you may unexpectedly stumble upon an Art Nouveau marvel, a hipster shop or an atmospheric brocante. You will also be amazed by its diversity and contrasts. A vibrant African Matongé quarter is a few minutes walk from the EU district, with its glass and steel buildings. Walk another few hundred metres and you’ll hit upon the posh boutiques of the Avenue Louise. A kaleidoscope of cultures, races and cuisines, it’s a paradise for food lovers. You can start your day with a French croissant for breakfast, continue with a Lebanese pita for lunch and finish off with Thai for dinner. All that with Belgian beer and chocolates to go with.
Indigenous Brusselers talk of themselves as zinneke (mongrels), i.e. ethnic and cultural hybrids. This democratic, cosmopolitan and multicultural character of the city is symbolised by the Zinneke parade – a biennial artistic event, bringing together the different, multi-ethnic neighbourhoods of Brussels. It is by no coincidence that Brussels has been chosen as the home to the world’s ever most idealistic integration project (and that Paul-Henri Spaak – one of the EU’s founding fathers - was a Brusseler).
But the best thing about Brussels is its people – laid back, cheerful, unassuming. Perhaps not as orderly as their Dutch neighbours but at the same time more relaxed, bon vivant, flexible. Looked down by the French as lacking finesse (due to (in)famous baraques à frites or linguistic barbarisms such as septante and nonante) but at the same time fantastically unpretentious and self-ironic. Masters of black humour and surrealism in the spirit of René Magritte or Jacques Brel.
What other city would have enough self-distance to choose a tiny peeing boy as its symbol? What other city would laugh in the face of terror by posting the photos of their cats?
Brussels, we love you and we will be back!
Oczami gości
Ostatni raz byliśmy w Tokio (na kongresie naukowym) ponad 10 lat temu. Poza hotelem i salami konferencyjnymi niewiele udało nam się wówczas zobaczyć. Pozostało w nas jednak wspomnienie klaustrofobii (ciasny pokój w hotelu, zatłoczone metro, huk reklam). Pamiętam też, że przez te kilka dni - żeby uniknąć surowych ryb i innych japońskich „specjałów” - żywiłam się głownie suchymi bułkami.
Dzień pierwszy
Ostatni raz byliśmy w Tokio (na kongresie naukowym) ponad 10 lat temu. Poza hotelem i salami konferencyjnymi niewiele udało nam się wówczas zobaczyć. Pozostało w nas jednak wspomnienie klaustrofobii (ciasny pokój w hotelu, zatłoczone metro, huk reklam). Pamiętam też, że przez te kilka dni - żeby uniknąć surowych ryb i innych japońskich „specjałów” - żywiłam się głownie suchymi bułkami.
Przylatujemy więc nieco niepewni, czy damy sobie radę. Z trudem znajdujemy odpowiedni peron szybkiej kolei do centrum. Podczas godzinnej podróży (lotnisko Narita jest ponad 100 km od miasta) oglądamy z niedowierzaniem niekończące się wąskie, biedne domki, slumsy właściwie, oddzielone od siebie metrowym pasem przestrzeni, całkowicie wypełnionej przez plątaninę kabli, transformatorów i klimatyzatorów różnej maści. To obrzeża ogromnej tokijskiej aglomeracji, gdzie na powierzchni ok. 13,5 tysięcy kilometrów kwadratowych żyje niemal 40 milionów ludzi, a więc tyle, co w całej Polsce. W samym Tokio na jednym kilometrze kwadratowym – jeśli wierzyć oficjalnym statystykom – żyje około 6000 ludzi. To okropne otoczenie i informacje o przeludnieniu trochę nas niepokoją w drodze do stacji Ueno, na której czeka Ania.
Wzruszające spotkanie, chwila odpoczynku w naszym mieszkaniu w delegaturze Unii Europejskiej. Z pewnym zaskoczeniem znajdujemy w szafie suchy prowiant, butelki z wodą, kaski i sprzęt ratunkowy – to zestaw na wypadek trzęsienia ziemi.
Po kilku godzinach wyruszamy do jednego z najwyższych muzeów, jakie widziałam – na 50. piętrze wystawa znanego japońskiego malarza Murakamiego. Poruszające obrazy, oglądane biegiem, w pogoni za uciekającym sześcioletnim Ignacym.
Jesteśmy porażeni odmiennością japońskiego świata. Życie toczy się tu na wielu poziomach, na rozświetlonych wystawach dobra całego świata. Najbardziej zdumiewają nas jednak utensylia dla piesków, które traktowane są tu jak najdroższe istoty. Szczeniaki kosztują nawet kilka tysięcy euro, a małych ulubieńców (przeważają drobne rasy) wozi się w dziecinnych wózeczkach i przystraja w kolorowe ciuszki i kokardy.
Japończycy wydają się uniżenie grzeczni, ale jest w tej pokornej grzeczności niezachwiane przekonanie, że zasady muszą być spełniane, a wszystko, niemal każdy ruch, podlega jakiejś regulacji. Metro jeździ z idealną punktualnością i zatrzymuje się w wyznaczonych miejscach z dokładnością do jednego centymetra. Pasażerowie na peronie ustawiają się w długich kolejkach w miejscach oznakowanych jako wejścia do pociągu. Mimo ogromnego tłoku panuje wzorowy porządek, nikt się nie przepycha i nie denerwuje. W metrze wszyscy czytają w skupieniu (oczywiście „w pionie” i „od końca”) niewielkie, wydawane na gazetowym papierze książeczki, a młodzi – jak na całym świecie - bawią się smartfonami. Charakterystyczne są także maseczki na twarzach – japońskie czarczafy. W obawie przed infekcją przenoszoną drogą kropelkową nosi je prawie co trzeci mieszkaniec tego sterylnego kraju. Przy wielu przejściach dla pieszych, wyjazdach z parkingów czy wyjściach ze sklepów stoi po kilku starszych panów regulujących ruch. Inni nieruchomo stoją godzinami z ogromnymi strzałkami wskazującymi jak należy się poruszać, choć powieszenie strzałek na ścianie przyniosłoby ten sam efekt. Nie wiadomo, dlaczego tych czynności nigdy nie wykonują panie. Całość sprawia wrażenie ogromnego marnowania ludzkich zasobów, ale w ten sposób w Japonii prawie nie ma bezrobocia.
Dzień drugi
Wypuszczamy się do starej dzielnicy Tokio – Asakusy (czyt. Asaksy), w której przede wszystkim ciekawi nas buddyjska świątynia z VII wieku. Starodawna architektura, nieco obca dla przybyszów z dalekiej Europy, nas jednak zachwyca. Zadziwia ponad 600-kilogramowy lampion wiszący u powały bramy wejściowej prowadzącej na rozległy plac. Po obu stronach kolejnej bramy wiszą niemal 5-metrowe, plecione z ogromnych powrozów sandały sprzed kilkuset lat, których dotknięcie (trzeba w tym celu trochę podskoczyć) ma gwarantować szczęście i spokój duszy. Na tym placu, jak we wszystkich większych miejscach kultu na świecie, mnóstwo kramów z dewocjonaliami i drobnym rękodziełem. Wokół harmider i niekończący się tłum, gdzieniegdzie upstrzony pięknymi jak kolorowe ptaki Japonkami w tradycyjnych kimonach, z pękami kwiatów we włosach. Docieramy do świątyni. Za namową Ani odważam się zakupić wróżbę (ach te przesądy), która okazuje się całkiem korzystna. Jacek w tym czasie robi sobie kilka fotek w towarzystwie grupy Japonek w różowych kimonach.
Popołudnie Jacek z Ignackiem spędzają na Tokyo Skytree – najwyższej wieży świata (oraz drugiej najwyższej budowli na świecie, po Burj Khalifa w Dubaju). My z Anią obserwujemy w tym czasie kolorowy tłum i posilamy się w japońskiej restauracyjce. W knajpce wszyscy – co typowe dla Japonii – uniżenie grzeczni. Kelnerka niemal każde słowo potwierdza głębokim, pełnym szacunku ukłonem. Ania zwraca mi uwagę na typowe dla tej kultury podawanie pieniędzy (i rachunku) dwiema dłońmi, co oczywiście połączone jest z ukłonem.
thumb_DSC_0952_1024
Dzień trzeci
Ten dzień spędzamy w ultranowoczesnej części Tokio, na sztucznej wyspie Odaiba. Wielopoziomowe autostrady, wiszące mosty i szklano-metalowe elewacje drapaczy chmur. Czujemy się jak na Manhattanie, tylko napisy wzdłuż rzeki ostrzegające przed tsunami przypominają nam gdzie naprawdę jesteśmy. Wędrujemy wzdłuż nabrzeża do muzeum nauki. Wspaniale przygotowane sale, roboty udające ludzi (i ludzie działający niemal jak roboty), wiedza we wszystkich dziedzinach przedstawiana w przystępny sposób. Obaj nasi wnukowie, sześcioletni Ignaś i półtoraroczny Jaś są w euforii – wszystkiego można samemu dotknąć, sprawdzić jak działa. Zmęczeni atrakcjami, przygotowujemy obiecany Ignasiowi piknik na plaży, jednak zimno i wiatr wyganiają nas szybko do samochodu.
Dzień czwarty
Witamy kolejnych przyjezdnych z kraju – dołączają do nas Monika i Adam. Jadą odpocząć do domu, a my z wnukami wybieramy się do tokijskiego ZOO w rozległym parku Ueno. Jesteśmy wszyscy zachwyceni dużymi pandami, które można z bliska oglądać. Chłopcy są w euforii. Mały Jaś głośno i wyraźnie wypowiada nowe słowo „panda”, a potem z upodobaniem wybiera sobie plecaczek w kształcie tego zwierzątka. ZOO nie jest duże, ale zwierzęta są świetnie wyeksponowane, a zwiedzanie stanowi przy okazji miły spacer, gdyż alejki są otoczone bujną, parkową roślinnością.
Po wizycie w ZOO, tym razem już tylko z Jackiem, wybieramy się do Muzeum Narodowego. Skarby wystawione w muzeum – broń, wspaniałe i groźne figurki wojowników, przedmioty codziennego użytku i dzieła sztuki z minionych epok - robią na nas ogromne wrażenie. Początkowo planowaliśmy również wizytę w Muzeum Sztuki Zachodniej, gdzie można znaleźć sporo europejskich arcydzieł, ale jest ono z powodu remontu zamknięte i możemy tylko obejrzeć elewację budynku zaprojektowanego przez Le Corbusiera. Nie jest to podziw nadmierny; to co w ubiegłym wieku wydawało się supernowoczesne, teraz „trąci myszką”. Szara, betonowa, kanciasta bryła jest po prostu nieładna.
Wieczorem gościmy na kolacji kolegę Jacka, tokijskiego onkologa (który okazał ogromną pomoc podczas niedawnego pobytu Jasia w szpitalu), oraz jego małżonkę. Oboje drobni i trochę skrępowani, już w drzwiach – japońskim zwyczajem – rzucają się do zdejmowania butów. Ponieważ nie mamy dla nich obowiązkowych kapci (na marginesie – obowiązują tu dwie pary – jedna do mieszkania, druga do toalety) żartujemy, że w tym kawałku Europy nie muszą zmieniać obuwia. Nasi goście cały czas dzierżą w dłoni teczkę, z której po chwili zaczynają wyjmować drobne, bardzo „japońskie” prezenciki dla dzieci i dla nas. My rewanżujemy się polskimi produktami eksportowymi - albumem płyt z muzyką Chopina i okazałą butelką wódki noszącej to samo imię. W tym momencie pani włącza tablet i z dumą pokazuje swoją kilkuletnią córkę grającą jeden z utworów naszego kompozytora. Japończycy kochają jego muzykę, czego wyrazem są liczne koncerty i kluby jego wielbicieli, a także tradycyjnie potężna reprezentacja tego kraju na naszych konkursach chopinowskich.
Dzień piąty
Rano świętujemy urodziny Ignasia, które w tym roku odbywają się pod hasłem Star Wars. Po śniadaniu na piechotę ruszamy do parku Yoyogi. Kilka kilometrów prawdziwego Tokio - ulice, przechodnie – zwykłe codzienne życie. Potem wędrujemy przez tokijskie Champs Elysees – nazwy światowych marek mody, przepych wystaw, nawet widok samej ulicy bardzo przypominają francuski pierwowzór. Francja jest tu zresztą przedmiotem powszechnego zachwytu i uwielbienia. Tokijczycy zafundowali sobie nawet replikę wieży Eiffla, a wiele restauracji nosi dumnie francuskie nazwy i reklamuje się francuską kuchnią. Zapuszczamy się w maleńką uliczkę sklepików – jak to określił Adam – dla hipsterów. Podobno w czasie weekendu można tam spotkać wyjątkowo dziwacznie poprzebieranych i wystylizowanych młodych ludzi. Nam udaje się zobaczyć obfitych kształtów czterdziestolatkę wciśniętą w różowy kostium lalki Barbie oraz przeraźliwie szczupłego młodzieńca, całego w konsekwentnej czerni i z makijażem, jakiego nie powstydziłby się żaden przedstawiciel piekielnych czeluści. Choć to dopiero piątek przed południem, uliczka jest bardzo zatłoczona; w tym tłumie nie ma jednak prawie osobników rasy kaukaskiej. Nasza piątka, dołączyli do nas bowiem Monika i Adam, wyraźnie góruje wzrostem nad przewalającym się tłumem.
Poruszającym przerywnikiem w tej wędrówce przez tokijskie ulice jest wizyta w szintoistycznym chramie, do którego wędrujemy przez niekończące się parkowe aleje. Zabudowa świątynna nieco bardziej ascetyczna niż ta, którą widzieliśmy w Asakusie Przyglądamy się tutejszym rytuałom – obmyciu wodą, okadzeniu dymem, a potem modlitwom. Ania słusznie zauważa, że katolicki „znak krzyża” może się wydawać Japończykom równie niezrozumiały, jak nam dwukrotny pokłon, dwukrotne klaśnięcie w dłonie i ponowny pokłon.
Po wizycie w świątyni powrót do współczesności. Idziemy na największe na świecie skrzyżowanie ulic, słynne Shibuya. Istotnie, tłum mrowiący się po wielokierunkowym przejściu dla pieszych zapiera nieco dech, choć Ania przekonuje nas, że dziś jest tu niemal pusto.
Późnym popołudniem sami wyruszmy do dzielnicy knajpek – Golden Gai i „czerwonej dzielnicy”. Z metra wysiadamy na największej, a właściwie najbardziej ludnej, stacji Shinjuku. Ania twierdzi, że dziennie przewija się tędy około 4 milionów ludzi. Mam wrażenie, że ta stacja to podziemne miasto, a właściwie labirynt, z którego nie sposób się wydostać. Mimo wszystko całkiem sprawnie udaje nam się wyjść na powierzchnię, aby zobaczyć wąziutkie uliczki Golden Gai i restauracyjki, jakie widuje się w japońskich thrillerach. Do żadnej nie weszłabym bez pełnego uzbrojenia. Przez okna widać bowiem gdzieniegdzie typy jak z Yakuza, japońskiej mafii. Z pewnością w tych zakamarkach załatwiają swoje brudne interesy. Niezależnie od tego kto i co tam załatwia, przewodnik Lonely Planet poleca to miejsce jako jedno z szesnastu, które koniecznie należy w Tokio odwiedzić. Po drodze do „czerwonej dzielnicy” mijamy szintoistyczno-buddyjską świątynię. Do niej to wracający z pracy Japończycy (ci sami, którzy budują japoński cud technologiczny) wstępują, żeby w pradawny sposób pomodlić się o pomyślność oraz wykupić wróżbę lub talizman na najbliższy rok. Tak oto mieszają się tutaj sacrum i profanum w XXI wieku.
Powrót ze stacji Shinjuku okazuje się niełatwy. Kiedy po długim krążeniu po podziemnych korytarzach wydaje nam się, że docieramy na peron upragnionej linii Yamamoto, okazuje się, że jesteśmy znów na powierzchni ulicy, w trudnym do określenia miejscu. Na pytanie, gdzie jest właściwe wejście, kolejne trzy osoby udzielają nam całkowicie odmiennych odpowiedzi. Ania wyjaśniła nam potem, że japońska duma nie pozwala przyznać się do niewiedzy, zwłaszcza przed obcokrajowcem. Jako ofiary tego zwyczaju krążymy jeszcze bezradnie przez długi czas po naziemnych i podziemnych ulicach. W końcu, gdy jesteśmy bliscy załamania, właściwy peron objawia nam się niemal przypadkowo i już bez trudu docieramy do domu.
Dzień szósty
Przedpołudniowa wyprawa odbywa się w dwóch grupach. Ania, ja i chłopcy jedzemy do delfinarium, a Monika z Adamem zwiedzają stary zamek królewski i jego ogrody. Panowie odpoczywają, szykując siły na wieczór, przy czym odpoczynek Jacka jak zwykle polega na pisaniu kolejnej pracy naukowej. Wieczorem chłopcy zostają z filipińską nianią, a my wybieramy się wspólnie do tradycyjnej japońskiej restauracji, a potem na tradycyjną rozrywkę młodych Japończyków – karaoke.
Wejście do restauracji - jak w filmie – wąskie, słabo oświetlone schody, potem labirynt ciemnych korytarzy pomiędzy ściankami z parawanów. W końcu lądujemy w przygotowanej dla nas salce. Stół na wysokości łydki, pod stołem zagłębienie, w którym można schować nogi. Siedzi się całkiem wygodnie, choć nie ma wątpliwości, że siedzimy po prostu na podłodze. Usługuje nam dwoje Japończyków, którzy co chwilę przynoszą kolorowe miseczki z nieznanymi potrawami. Nie mamy wyboru, musimy używać pałeczek, co – po krótkim treningu – wydaje się dość proste. Wiktor uczy nas jak odkładać pałeczki. Nie można ich kłaść płasko na stole. Za oparcie mogą służyć specjalne porcelanowe lub drewniane podstawki, których tu nie ma, lub po prostu zwinięta kartonowa okładka, w której podaje się pałeczki. Przy okazji dowiadujemy się, że w żadnym wypadku nie należy przekazywać współbiesiadnikowi jedzenia z pałeczek do pałeczek ani umieszczać ich w ryżu znajdującym się w miseczce. Obie czynności związane są bowiem z pogrzebowymi rytuałami i żywym źle wróżą. Japońskie dania, choć nie przypominające w niczym europejskich, okazują się zaskakująco smaczne. Popite dużą ilością sake, wybornego wina lub piwa wprawiają nas w wyśmienity nastrój. Nic dziwnego, że nawet Jackowi i mnie, po takiej uczcie karakoke wydaje się świetną zabawą i razem z młodymi wydzieramy się, przekonując świat, że we are the champions.
Dzień siódmy
Ostatni dzień spędzamy w Jokohamie. Japonia postanawia pożegnać nas słonecznym, wiosennym dniem. Jesteśmy zdziwieni, że na podziemnym parkingu przy nabrzeżu jest sporo wolnych miejsc. Po chwili okazuje się, że wynika to z obaw tubylców o jego zalanie przez zdarzające się tu nierzadko tsunami Leniwie wędrujemy po nabrzeżu, zachwycając się ultranowoczesną architekturą. 500 metrów od portu znajduje się Chinatown, ponoć największe w Azji. Chińczycy przybyli tu w połowie XIX wieku, kiedy Japonia po wielowiekowej całkowitej izolacji otworzyła się nieco na świat, a rząd zezwolił na osiedlanie się obcych przybyszów. Jokohama, która bardzo ucierpiała w czasie katastrofalnego trzęsienia ziemi na początku XX wieku, jest obecnie niemal europejskim miastem, z szerokimi ulicami i nowoczesną zabudową.
To nasz ostatni japoński spacer. Oboje z Jackiem mamy te same wrażenia. Jechaliśmy tu z nieufnym nastawieniem, nieco podsyconym przez relacje Terzaniego. Spodziewaliśmy się zamkniętego, nieco wrogiego społeczeństwa. Tymczasem Japonia ukazała nam się jako cudownie kolorowy, choć bardzo zaludniony, zakątek świata. Różnorodność postaw, od lolitek i zdziecinniałych panienek wystrojonych jak trzylatki i tulących do piersi małe, równie wystrojone pieski, poprzez ciężko pracujących, dumnych ze swojej pracy ludzi, miłujących muzykę i sztukę, po okrutnych wojowników i bezwzględnych żołnierzy - szczęśliwie tych ostatnich można spotkać już tylko w muzeach i historycznych zapisach. Zaczęliśmy dostrzegać mądrość tego narodu, który – żyjąc w ogromnym zatłoczeniu i ciągłym zagrożeniu naturalnymi katastrofami i ze strony silnych sąsiadów – potrafił wypracować styl życia pozwalający zachować godność i radość z przeżywanej codzienności.
Co w Japonii jest cudne, a co paskudne – zapiski z perspektywy 6 miesięcy
Oto, co w Japonii jest cudne:
Gdy wracam o północy ze środowych, babskich pogadanek o książkach i nie muszę bać się ani o siebie, ani o rower (którego zresztą nigdy nie przypinam). Albo gdy obserwuję z oddali szalejących po parku synków, nie obawiając się pedofila, porywacza czy agresywnego psa. Miłą odmianą po Brukseli jest też fakt, że pozostawiona na stacji metra torba nie budzi popłochu; jest po prostu zgubą, którą należy przekazać zawiadowcy stacji.
Oto, co w Japonii jest cudne:
Gdy wracam o północy ze środowych, babskich pogadanek o książkach i nie muszę bać się ani o siebie, ani o rower (którego zresztą nigdy nie przypinam). Albo gdy obserwuję z oddali szalejących po parku synków, nie obawiając się pedofila, porywacza czy agresywnego psa. Miłą odmianą po Brukseli jest też fakt, że pozostawiona na stacji metra torba nie budzi popłochu; jest po prostu zgubą, którą należy przekazać zawiadowcy stacji.
Gdy w zatłoczonym porannym metrze nikt człowieka nie popycha, nie atakuje nadmiarem perfum czy wonią potu, a zapytany o drogę współpasażer (mimo że sam w pośpiechu) bez cienia zniecierpliwienia doprowadzi zgubionego gaijina do celu. Bardzo też jest przyjemne, że gdy uśmiechnąć się bezinteresownie do mijanego przechodnia, ten nie zareaguje ani spojrzeniem „czego”, ani nie uzna cię natychmiast za swojego „best frienda”.
Małe życia uciechy. Nabierać pałeczkami malutkie kąski z osobnych naczynek; w jesiennym kociołku nabe znaleźć plasterek marchewki w kształcie liścia klonu; delektować się czarką gęstej matchy o poranku. Wychodząc z restauracji, otrzymać symboliczny upominek, który szkoda otworzyć, żeby nie zniszczyć opakowania. Przysiąść z przyjaciółmi na kocu, przyglądając się opadającym płatkom wiśni.
Oto, co jest paskudne:
Akihabara, z jej smutkiem, zagubieniem i alienacją. Tłum mężczyzn, a każdy osobny i samotny. Wyuzdano-słodkie pokojówki o wielkich oczach przywołują na myśl przerażone zwierzątka. Huk elektroniki i krzykliwe reklamy dopełniają poczucia upiorności.
Słodkie chotto… na pytanie, czy mogę wsiąść z trójką dzieci do (6-osobowego) wagonika w parku rozrywki wcale nie oznacza, że jest to „troszkę” skomplikowane, ale stanowczo wykluczone. Przecież jest napisane, że na jednego dorosłego przypada maksimum dwoje dzieci i nic to, że wagonik jest całkowicie pusty, a najmłodsza z pociech ma 5 lat… Nawet moim dzieciom (które na trampolinie mogłyby spędzić cały dzień) skakanie nie sprawia przyjemności, gdy muszą to robić pojedynczo, a każdy ich podskok jest nadzorowany i życzliwie komentowany.
Niemożność publicznego okazywania emocji - ryknięcia śmiechem (gdy człowiekowi wesoło) lub płaczem (gdy smutno). Gdy przy kolejnym już przyjęciu do szpitala, mojemu dziecku robią testy na sepsę, nie jestem w stanie ukryć łez. Na ten widok zmieszane pielęgniarki zaczynają chichotać. „Nerwowa matka” – zostaje skrupulatnie odnotowane w szpitalnych aktach.
Podobno z czasem paskudne bierze górę nad cudnym, choć w wypowiedziach Polek z dużo dłuższym stażem w Japonii nadal przeważa optymizm.
Cztery kółka po japońsku czyli "Nihon de kuruma o kaimashita!"
Kupować samochodu w Japonii nie zamierzaliśmy. Jednak trzy dni przed przeprowadzką dowiadujemy się, że nasz roczny zaledwie diesel nie jest w Japonii mile widziany. Oficjalnie z powodu innych norm środowiskowych (diesle są w Japonii bardzo niepopularne), choć podejrzewamy, że normy nie byłyby problemem, gdyby auto nie było koreańskie. To stanowczo większe wykroczenie niż niekompatybilna ilość cząsteczek sadzy na kilometr.
Kupować samochodu w Japonii nie zamierzaliśmy. Jednak trzy dni przed przeprowadzką dowiadujemy się, że nasz roczny zaledwie diesel nie jest w Japonii mile widziany. Oficjalnie z powodu innych norm środowiskowych (diesle są w Japonii bardzo niepopularne), choć podejrzewamy, że normy nie byłyby problemem, gdyby auto nie było koreańskie. To stanowczo większe wykroczenie niż niekompatybilna ilość cząsteczek sadzy na kilometr.
Tak więc w Tokio znaleźliśmy się bez auta. Po początkowej ekstazie i przekonywaniu samych siebie, że samochód nie jest nam potrzebny - bo autostrady drogie, parkingów brak, świetna komunikacja masowa - doszliśmy do wniosku, że noszenie siat z zakupami i ponadgodzinne przeprawy przez miasto z jaśkowym wózeczkiem oraz trzema przesiadkami jest jednak ponad nasze siły. Zapadła decyzja – kupujemy auto.
Sprawa wydawała się prosta. Japonia jest jednym z największych rynków aut na świecie i oferta samochodów używanych jest gigantyczna. Przeto ochoczo zabrałem się za przeglądanie tysięcy ogłoszeń, mozolnie przedzierając się przez kanji i kany. Potencjalnie groziła nam klęska urodzaju. W Japonii samochody są poddawane bardzo dokładnym badaniom technicznym, co w połączeniu z podatkami faworyzującymi nowe auta sprawia, że utrzymanie samochodu starszego niż 7-10 lat staje się nieopłacalne. To powoduje, że ceny są niższe niż w Europie. Do tego przebiegi są śmiesznie niskie. Jedenastoletnie auta z przebiegiem 20-30 tys. kilometrów nie są tu rzadkością. Raj dla autofilów takich jak ja.
Bardzo szybko okazało się jednak, że nie będzie tak różowo. Co z tego, że samochód jest dostępny, jeśli nikt ze sprzedawców nie mówi po angielsku (a ja po japońsku). Umówienie się na wizytę przez telefon nie wchodziło w rachubę. Na angielskie maile, odpowiedź dostawałem po japońsku, że i owszem samochód jest na sprzedaż, ale proszę pisać/mówić po japońsku albo przyjść z jakimś Japończykiem.
Dzięki pomocy naszych strażników, udało mi się umówić na wizytę w komisie specjalizującym się w Mercedesach. Cena wywoławcza atrakcyjna, auto ładne, więc z pomocą Google Translate szykuję się do negocjacji. I tu czeka mnie ogromna niespodzianka i kolejne potwierdzenie, że Japonia jest kulturowo całkowicie odmienna od Europy.
Kupując auto w Europie, przyzwyczajeni jesteśmy do zbijania ceny. Nie tutaj. Pan Komisant z uśmiechem wręcza mi wycenę, która jest o 30% wyższa od ceny wywoławczej. Na moje nieśmiałe protesty, że jak to, zawile tłumaczy (cały czas przez Google Translate), że cena wywoławcza to cena hurtowa, a trzeba jeszcze doliczyć podatki za wagę, przepisanie rejestracji oraz dostarczenie wozu, a tak w ogóle to z gaijinami operacja jest skomplikowana i dla Japończyka byłoby tylko 15% drożej.
Biorę nogi za pas i rewiduję strategie. Ogromna większość aut w Japonii jest sprzedawana przez system aukcji, gdzie dziennie zmienia właściciela ponad 5-6 tysięcy aut. Każde większe miasto ma co najmniej jeden (gigantyczny) dom aukcyjny. Jednak by móc takie auto kupić, trzeba być profesjonalnym dilerem. Znajduję dwóch mówiących płynnie po angielsku. Po podaniu kryteriów (typ auta, cena, wiek, przebieg) zaczyna się polowanie. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ostateczna cena proponowanych samochodów jest co najmniej 50% wyższa niż ich wartość rynkowa.
Zaczynam wpadać w rozpacz, a doprowadzić mnie do takiego stanu naprawdę nie jest łatwo, bo samochody/motocykle kocham. Kolejny raz zmieniam strategię – tym razem będę próbował u fabrycznych dilerów. To okazuje się strzałem w dziesiątkę. Japońska koleżanka z pracy litościwie zgadza się umówić mnie na obejrzenie Toyoty. Jadę ze stanowczym postanowieniem, ze jeśli nie będzie (bardzo) mocnych przeciwskazań, to samochód kupię, choćby nie wiem co.
Nasza Toyota
Samochód jest na szczęście fajny, choć srebrny, co wzbudza protesty Ani. Zadowolony - znów przez Google Translate i mowę ciała - oznajmiam sprzedającemu, że auto kupuję, spodziewając się, że cena jak zwykle magicznie podskoczy. Jakież jest moje zdziwienie, gdy cena spada, bo gaijina dyplomaty wiele z podatków/opłat nie obowiązuje. Do tego dorzucony jest przegląd i roczna gwarancja. Bingo. Samochód ma tylko 5 lat, ale gigantyczny jak na Japonię przebieg – 100.000 km (stąd niska cena) plus (oprócz akumulatora do wymiany i małej ryski na drzwiach pasażera) nic mu nie dolega.
Po zawiłych procedurach administracyjnych, w których na szczęście wspomaga mnie nasz pion administracyjny, nadchodzi moment dostarczenia auta. Przywozi je osobiście kierownik oddziału dilerskiego, przekazując samochód z głębokim ukłonem. Sam, bez kurteczki i pomimo deszczu i zimna, truchtem oddala się do stacji metra.
Auto jest dogłębnie wymyte, pachnące, po serwisie, z nowym akumulatorem, o którego wymianę nie prosiłem. Ryskę też zamalowali. Chyba jednak japońska kultura sprzedaży nie jest taka zła. Przecież oddanie niedoskonałego samochodu klientowi (okyakusama wa kamisama desu – klient jest bogiem, mówi przysłowie) byłoby niehonorowe.
Chopin w Japonii
Na pytanie, skąd jesteśmy, zwykle odpowiadamy, że jesteśmy Polakami od kilkunastu lat mieszkającymi w Belgii. Japonia jest bodaj pierwszym krajem, w którym więcej osób kojarzy naszą pierwszą niż drugą "ojczyznę". Najczęstsze skojarzenie to Chopin, ale spotkaliśmy i pana który chodził na kurs polskiej kuchni. W tokijskich supermarketach z importowanymi produktami można dostać polską szynkę, sezamki i żubrówkę. W kilku sklepach widzieliśmy ceramikę z Bolesławca, a w większości anglojęzycznych księgarni dostępne są nasze ukochane „Mapy” Mizielińskich.
Na pytanie, skąd jesteśmy, zwykle odpowiadamy, że jesteśmy Polakami od kilkunastu lat mieszkającymi w Belgii. Japonia jest bodaj pierwszym krajem, w którym więcej osób kojarzy naszą pierwszą niż drugą "ojczyznę". Najczęstsze skojarzenie to Chopin, ale spotkaliśmy i pana który chodził na kurs polskiej kuchni. W tokijskich supermarketach z importowanymi produktami można dostać polską szynkę, sezamki i żubrówkę. W kilku sklepach widzieliśmy ceramikę z Bolesławca, a w większości anglojęzycznych księgarni dostępne są nasze ukochane „Mapy” Mizielińskich.
Raz w roku zdarza się natomiast okazja, by posłuchać, jak Japończycy radzą sobie z językiem polskim. Od ponad 20 lat w Ambasadzie RP w Tokio odbywają się bowiem konkursy krasomówcze języka polskiego. W tegorocznej edycji (w której miałam okazję być jurorką) startowało dziesięciu uczestników, głównie studentów (jedynej w kraju) polonistyki na Tokijskim Uniwersytecie Studiów Międzynarodowych (TUFS), ale trafił się i 69-letni pasjonat, który polskiego uczy się na kursach weekendowych.
Treść wystąpień była niezwykle zróżnicowana: podczas gdy panie poruszały głównie poważniejsze tematy (pożytki z edukacji; zainteresowania i pasje), panowie celowali w tematyce humorystycznej (doświadczenia z polską kuchnią czy serwisami randkowymi). Co ciekawe, aż trzech uczestników wspominało o holocauście (m.in. w kontekście filmu "Persona non grata”, opowiadającego historię japońskiego konsula na Litwie, Chiune Sugihary, który wystawiając fałszywe wizy, ocalił tysiące litewskich i polskich Żydów). Mnie najbardziej ujął zdobywca trzeciego miejsca swoim iście arystotelejskim wywodem o cechach ludzkiego charakteru.
Co skłania Japończyków do nauki polskiego? Jedną z uczestniczek zainspirowała postać Polski (sympatycznego chłopaka o dziewczęcych rysach i przekornym charakterze) z komiksu „Axis Powers Hetalia”, w zabawny sposób przedstawiającego dzieje świata. Z kolei 69-letni amator kajakarstwa wspomina, że „pewnego dnia [znalazł] ulotkę o spływach kajakowych w Polsce, na rzece Biebrzy. Woda w rzece na zdjęciu jest czysta i spokojna. Rośliny wodne pływają delikatnie, w kajakach ładne kobiety uśmiechają się wesoło… Myślałem, że to idealne miejsce dla starszego kajakarza!”.
Poziom większości wystąpień był imponujący, zwłaszcza zważywszy, że nikt z uczestników nie uczył się polskiego dłużej niż 4 lata. Osoby dopiero zaczynające przygodę z polskim nieco gorzej radziły sobie ze zrozumieniem pytań jurorów oraz z wymową. Podczas gdy w japońskim w zasadzie nie ma głosek, które byłyby trudne do wymowy dla Polaka, w drugą stronę sprawa jest bardziej skomplikowana. Japończycy (poza n) nie znają samodzielnych spółgłosek (stąd np. dodatkowe "u" w wyrazach takich jak „przed[u]stawić” czy „s[u]tatek”). Trudności sprawiają również inne polskie dźwięki. I tak y bywa zastępowane przez i ("któri", "tituł"), l przez r ("dra") a w przez b ("niebygodny").
Atmosfera konkursu była przesympatyczna, również dzięki dopingowi publiczności (wśród której było sporo Polaków studiujących japonistykę na TUFS). Wszyscy uczestnicy otrzymali nagrody książkowe, a laureaci trzech pierwszych miejsc dodatkowo stypendia językowe w Polsce.
Dojrzalszy Takashi Murakami - nowa Guernica czy kolejny zgryw?
Tym, co chyba najbardziej zachwyca w Tokio, jest bogactwo oferty kulturalnej. Tylko w tym miesiącu miłośników malarstwa kuszą m.in. wystawy Botticellego, XVII-wiecznych mistrzów holenderskich (w tym Vermeera i Rembrandta), prerafaelitów czy ikony japońskiego pop-artu – Takashiego Murakamiego. Chcąc uszczęśliwić i Jaśka decyduję się tego ostatniego. To artysta łatwy w odbiorze i charakterny – myślę sobie - żywe kolory, komiksowe postaci – coś w sam raz dla dwulatka.
Tym, co chyba najbardziej zachwyca w Tokio, jest bogactwo oferty kulturalnej. Tylko w tym miesiącu miłośników malarstwa kuszą m.in. wystawy Botticellego, XVII-wiecznych mistrzów holenderskich (w tym Vermeera i Rembrandta), prerafaelitów czy ikony japońskiego pop-artu – Takashiego Murakamiego. Chcąc uszczęśliwić i Jaśka decyduję się tego ostatniego. To artysta łatwy w odbiorze i charakterny – myślę sobie - żywe kolory, komiksowe postaci – coś w sam raz dla dwulatka.
Okrzyknięty japońskim Andym Warholem artysta jest bodaj najbardziej znanym na świecie japońskim twórcą, a jednocześnie postacią skrajnie kontrowersyjną. Mimo doktoratu z tradycyjnego japońskiego malarstwa nihonga na Tokijskim Uniwersytecie Sztuk Pięknych w swoich pracach inspiruje się głównie estetyką mangi i anime. To z tej fascynacji wyrastają słodko-straszne komiksowe stwory czy niepokojąco uśmiechnięte kwiatki. W 2000 roku Murakami tworzy koncepcję superflat, która daje źródło całemu ruchowi artystycznemu. „Superpłaskość” w zamyśle autora odnosi się zarówno do charakterystycznej dla japońskiej sztuki (od drzeworytów z okresu Edo po współczesną mangę) dwuwymiarowości, jak i do „spłaszczenia” i zdziecinnienia powojennego japońskiego społeczeństwa. Zwolennicy dopatrują się w pracach Murakamiego głębokiej krytyki japońskiej psyche. Krytycy zarzucają mu obsceniczność, miałkość przekazu i nadmierną komercjalizację (artysta współpracował m.in. z markami Louis Vuitton, Casio i Vans oraz z raperem Kanye Westem). Kontrowersje budzi też sam proces tworzenia - większość prac powstaje w ponad 100-osobowej fabryce artystycznej Kaikai Kiki, która jednocześnie przyczynia się jednak do promocji pracujących w niej artystów (m.in. dzięki organizowanym dwa razy do roku wernisażom).
Wystawa w tokijskim Mori Art Museum prezentuje nowy nurt twórczości Murakamiego, zainspirowany trzęsieniem ziemi, tsunami i katastrofą nuklearną, które dotknęła Japonię w 2011 roku. W jednym z wywiadów Murakami deklaruje, że te tragiczne wydarzenia “zrodziły [w nim] potrzebę zrozumienia duchowości” i uświadomiły mu, że „kapitalizm i pogoń za pieniądzem nie mogą być dłużej głównymi motywami [jego] pracy”. „Dostrzegłem, że sztuka jest formą uzdrawiania” – twierdzi artysta, który organizował aukcje charytatywne (w tym własnych prac) na rzecz poszkodowanych. Tytułowe dzieło 500 Arhantów (jap. Gohyaku-Rakanzu) to monumentalny (100-metrowy) obraz przedstawiający postaci pięciuset oświeconych uczniów Buddy na tle m.in. szalejącego ognia i wiatru. Całość składa się z czterech części, których tytuły pochodzą od imion taoistycznych bóstw: niebieskiego smoka strzegącego północy, białego tygrysa - zachodu, feniksa - południa i czarnego żółwia - północy. Do pracy nad tym kolosem artysta zatrudnił ponad 200 podwykonawców – studentów malarstwa z całego kraju, a także pracowników Kaiki Kiki (powstawanie obrazu można podejrzeć na tym filmie). Przyrównywany do Guerniki Picassa obraz po raz pierwszy wystawiono w 2012 roku w Katarze (który jako jeden z pierwszych krajów na świecie udzielił pomocy ofiarom japońskiej katastrofy).
Święci mędrcy buddyjscy to popularny motyw w japońskiej sztuce, często wykorzystywany do pokrzepienia serc w obliczu nękających kraj kataklizmów. Murakami łączy jednak tradycyjne motywy religijne z własnym psychodelicznym stylem – kosmiczne tło, dzikie kolory, karykaturalne postaci. “Dlaczego ci panowie są tacy strasznie brzydcy?” pyta z niesmakiem Ignaś, któremu pokazuję zdjęcia z wystawy. Faktycznie – podczas gdy w tradycyjnych przedstawieniach postaci Arhantów były idealizowane - u Murakamiego buddyjscy mnisi przypominają obleśnych starców, z groteskowo wykrzywionymi twarzami i grubymi brzuchami. Według jednej z interpretacji, szpetni staruszkowie to w istocie autoportety samego Murakamiego. Jasiek urzeczony studiuje fosforyzujące płótna. A ja zastanawiam się, czy 500 Arhantów to przejaw autentycznej przemiany artystycznej Murakamiego, czy zwykły figiel. W każdym razie ten przewrotny dialog z tradycją na pewno nie pozostawia obojętnym.
Poza 500 Arhantami duże wrażenie robią także inne nowe prace Murakamiego, m.in. trupie czaszki w wersji kawaii, (lekko demoniczne) autoportety artysty oraz kolejne odsłony słynnego Mr Doba (niepokojącego stwora o trzech oczach i zębatym uśmiechu).