Meri Kurisumasu!
W szintoistyczno-buddyjskiej Japonii, Boże Narodzenie (zwane tu Kurisumasu) jest świętem przede wszystkim komercyjnym i dość dalekim od chrześcijańskiego pierwowzoru. Joanna Bator uznaje japońskie kurisumasu za swego rodzaju „kompilację, która z daleka wydaje się dziwaczna, jak pizza z wodorostami i narybkiem, ale można się w niej rozsmakować”.* Zaraz po Halloween w tokijskich centrach handlowych pojawiają się choinki i kolędy, a w grudniu całe miasto rozbłyska przepięknymi świątecznymi iluminacjami.
W szintoistyczno-buddyjskiej Japonii, Boże Narodzenie (zwane tu Kurisumasu) jest świętem przede wszystkim komercyjnym i dość dalekim od chrześcijańskiego pierwowzoru. Joanna Bator uznaje japońskie kurisumasu za swego rodzaju „kompilację, która z daleka wydaje się dziwaczna, jak pizza z wodorostami i narybkiem, ale można się w niej rozsmakować”.* Zaraz po Halloween w tokijskich centrach handlowych pojawiają się choinki i kolędy, a w grudniu całe miasto rozbłyska przepięknymi świątecznymi iluminacjami. W większości znanych nam domów są choinki, prezenty dla maluchów, smażony kurczak (KFC bije ponoć tego dnia rekordy sprzedaży) oraz kurisumasu kēki, czyli okropnie słodki biszkopt z bitą śmietaną i truskawkami (nota bene mianem kurisumasu kēki zwykło się dawniej określać również niezamężne kobiety po 25. roku życia, przez analogię z niesprzedanymi tortami świątecznymi, których ceny drastycznie spadają po 25. grudnia). Kurisumasu najbliższe jest jednak amerykańskim walentynkom. W Japonii to bowiem przede wszystkim święto zakochanych, romantycznych kolacji przy świecach i wizyt w ekskluzywnych rabu hoteru.
My podchodzimy do sprawy bardzo (zbyt?) na luzie. W poszukiwaniu suszonych grzybów i buraków, wyprawiamy się wprawdzie (pożyczonym specjalnie z tej okazji) samochodem do hurtowni z zachodnimi towarami (jak za PRLu, wszystkie te zdobycze piętrzą się potem na balkonie), ale jakoś nikomu nie chce się ślęczeć w kuchni. W Wigilię korzystamy z pięknego słońca i do 16tej włóczymy się po parkach i placach zabaw. W konsekwencji do kolacji wigilijnej zasiadamy o 20tej, przy całych …. czterech potrawach. Dzięki wiktorowej grzybówce i pierogom z kapustą (oraz kolędom z youtube’a) tradycji choć w części staje się zadość. Po kolacji idziemy na dach, wyglądać Mikołaja, a spryciarz korzysta z naszej nieobecności, żeby zakraść się pod choinkę. W pierwszy dzień świat Jasiek ma badanie kontrolne w szpitalu – tym razem po „zaledwie” 3 godzinach czekania i pobieżnym osłuchaniu dostajemy potwierdzenie, że „daj dziobu” (czyli wszystko ok!). Kolejne wolne dni spędzamy tak, żeby sprawić radość naszym świątecznym dziczkom – są wiec parki, zoo i legoland.
Najważniejszym świętem w Japonii jest Nowy Rok (oshōgatsu), obchodzony od 31 grudnia do 3 stycznia. Ze względu na swój rodzinny i tradycyjny charakter, obchody noworoczne bardziej niż Kurisumasu przypominają nasze Boże Narodzenie. Przygotowania zaczynają się już w grudniu. Przez cały miesiąc w firmach organizowane są bonenkai, czyli suto zakrapiane imprezy na pożegnanie (dosłownie „zapomnienie”) starego roku. W domach to czas generalnych porządków. Powszechnym zwyczajem jest również wysyłanie noworocznych życzeń, które poczta zobowiązuje się dostarczyć dokładnie 1. stycznia (i my znajdujemy w skrzynce noworoczną karteczkę przygotowaną w szkole przez Ignasia). Wejścia do budynków dekoruje się m.in. bambusem i gałązkami sosnowymi (które symbolizują odpowiednio siłę i długowieczność). Mają one wskazywać drogę duchom przodków, które w okresie noworocznym zstępują na ziemię (a wracają do zaświatów wraz ze spaleniem noworocznych dekoracji 7. stycznia).
Sylwestra tradycyjnie spędza się w gronie rodzinnym, np. oglądając nadawany corocznie od roku 1951 konkurs muzyczny, w którym o zwycięstwo walczy ekipa biała (panowie) i czerwona (panie). O północy gongi w buddyjskich świątyniach biją nieprzerwanie 108 razy, aby uwolnić ludzi od 108 pokus, będących źródłem cierpienia. W czasie trzech pierwszych dni stycznia pulsujące normalnie Tokio zieje pustką. Pozamykane są wszystkie restauracje i sklepy. To czas, który spędza się z rodziną, zajadając (zaokrąglonymi z obu końców pałeczkami – jeden koniec dla ludzi, drugi dla bogów) przygotowane zawczasu noworoczne przysmaki (osechi ryōri). I tak, ikra śledzia ma zapewnić płodność, czarna soja – zdrowie, a pasta z kasztanów i słodkich ziemniaków - bogactwo. Potraw tych jest znacznie więcej, a ułożone w specjalnych lakowanych pudełkach wyglądają jak istne dziełka sztuki. Między pierwszym a trzecim stycznia należy również odbyć pierwszą w nowym roku wizytę w świątyni lub chramie (hatsumōde). To dobra okazja, żeby nabyć noworoczną wróżbę (o-mikuji) oraz stosowny amulet na nadchodzący rok (o-mamori), np. gwarantujący dobre wyniki w nauce, sukces w biznesie czy pomyślny przebieg ciąży. I my maszerujemy do chramu Meiji, jednak poddajemy się na widok kilkusetemetrowej kolejki wiernych.
Zaraz po Nowym Roku atmosfera zadumy i spokoju ustępuje miejsca szałowi wyprzedaży. W Alejach Omotesando - gdzie zapuszczamy się nieopatrznie 4 stycznia - przepchnięcie się z wózkiem graniczy z cudem. Stojący na specjalnych podwyższeniach sprzedawcy wykrzykują coś zapamiętale przez megafon. Przed sklepami tworzą się kolejki po fukubukuro - dosłownie „torebki pełne szczęścia”, a de facto kota w worku, bo zawartość torebki aż do zapłaty pozostaje tajemnicą.
* Joanna Bator, Rekin z parku Yoyogi, W.A.B. 2014, s. 126.
Powrót z jądra ciemności
Jasinek od jakiegoś czasu nie czuje się najlepiej. Nawracający kaszel, gorączki. Czterokrotnie odwiedzamy popularnego wśród tokijskich ekspatów pediatrę. Ten po ekspresowym badaniu (szybki rzut oka do gardła i uszu i trzykrotne przyłożenie słuchawki bez rozebrania dziecka) za każdym razem stwierdza anginę, żartując przy tym, że „mamusie zawsze niepotrzebnie się martwią”. Jako że Jasiek świszcze i ledwo oddycha, postanawiamy zasięgnąć opinii drugiego lekarza. Rentgen wykazuje poważne zapalenie płuc, wymagające natychmiastowej hospitalizacji.
Jasinek od jakiegoś czasu nie czuje się najlepiej. Nawracający kaszel, gorączki. Czterokrotnie odwiedzamy popularnego wśród tokijskich ekspatów pediatrę. Ten po ekspresowym badaniu (szybki rzut oka do gardła i uszu i trzykrotne przyłożenie słuchawki bez rozebrania dziecka) za każdym razem stwierdza anginę, żartując przy tym, że „mamusie zawsze niepotrzebnie się martwią”. Jako że Jasiek świszcze i ledwo oddycha, postanawiamy zasięgnąć opinii drugiego lekarza. Rentgen wykazuje poważne zapalenie płuc, wymagające natychmiastowej hospitalizacji. W szpitalu czeka nas jednak koszmarna niespodzianka, bo każą nam zostawić Jasinka zupełnie samego. Obdzwaniamy inne szpitale, ale bariera językowa nie pozwala nam zrozumieć, czy będziemy mogli towarzyszyć Jaśkowi, a infolinia medyczna dla cudzoziemców jest czynna tylko do 20tej. Z pomocą przychodzi facebookowa grupa tokijskich mam ekspatek. Na zadanie w piątek o 23tej pytanie w ciągu godziny dostaję kilkanaście odpowiedzi. W kolejnym szpitalu na przyjęcie czekamy 7 godzin, w czasie których co najmniej dziesięciokrotnie musimy podać numer telefonu, adres itp. Przypomina nam się procedura wydania japońskiego prawa jazdy, kiedy przez cały dzień odsyłano nas z jednego okienka do drugiego (np. osobno po zdjęcie analogowe i cyfrowe).
W końcu trafiamy na oddział pediatryczny. Po podaniu tlenu, kroplówki i dożylnych antybiotyków, stan Jaśka poprawia się dosłownie z godziny na godzinę. Po wszystkich torturach (pobieranie krwi, wenflon itp.) bidulek jest jednak kłębkiem nerwów; śpi wyłącznie na rękach, a na widok białego fartucha wpada w histerię. Szybko też zaczyna się nudzić w szpitalnym łóżeczku, wskazując wymownie na swoje buciki i namawiając do brrrm, brrrm (spaceru). Nas też męczy koczowanie na lilipucim posłaniu, w towarzystwie trzech innych rodzin, zwłaszcza że jeden z japońskich tatów chrapie jak Godzilla. Skaczemy więc z radości, gdy po czterech dniach wypuszczają nas do domu.
Szczęście nie trwa jednak długo, bo już nazajutrz całą czwórkę dopada grypa żołądkowa (prawdopodobnie przyniesiona przez Ignasia ze szkoły), a kolejnego dnia Jasiek – oprócz biegunki - ma znowu kaszel i wysoką gorączkę. Spanikowani (choć ledwo żywi po nocy spędzonej w toalecie) wracamy do szpitala. Obawiamy się, że z powodu grypy żołądkowej Jasiek nie przyswaja antybiotyków. Lekarze twierdzą jednak, że tym razem to ‘tylko’ infekcja wirusowa i odsyłają do domu… Po dwóch dniach biedak nie jest w stanie ustać na nogach. Po raz trzeci zjawiamy się w szpitalu. Niestety okazuje się, że nasze obawy były zasadne.
Tym razem (jako że grypa żołądkowa jest bardzo zakaźna) lądujemy na pięć dni w jedynce. Co za luksus! Mamy nawet własną łazienkę i widok z okna jak z fototapety.
Szpitalny rygor nie pozwala jednak cieszyć się prywatnością. Na drzwiach można wprawdzie zawiesić tabliczkę nete imasu („śpi”), ale nie powstrzymuje to całodniowej procesji personelu. W 10-minutowych odstępach zjawiają się: pani od opróżniania koszy na śmieci, pan pobierający opłaty za posłanie, pani od mycia podłogi, pielęgniarka od inhalacji, lekarz od podawania antybiotyków, pielęgniarka od podawania probiotyków, pani od ustawiania sprzętów w pokoju pod kątem prostym oraz pielęgniarka od mierzenia temperatury. Żadna z tych czynności absolutnie nie może poczekać 30 minut, żeby dziecko mogło się spokojnie zdrzemnąć. Swoją drogą ta posunięta do bólu specjalizacja (krew pobiera Jaśkowi sześć osób: jedna od strzykawki, druga od wacika, trzecia od trzymania rączki itd.) tłumaczy pewnie niskie bezrobocie w Japonii. Szybko też odkrywamy, że relacja lekarz-pacjent wygląda zupełnie inaczej niż w Belgii. Lekarza tytułuje się tu sensei („mistrzu”), wita i żegna najgłębszym, 45-stopniowym rodzajem ukłonu (saikeirei), ale raczej nie wypytuje o stan pacjenta czy szczegóły leczenia. Jesteśmy chyba pierwszymi w historii szpitala pacjentami, którzy proszą o wyniki badań i nazwy podawanych dziecku leków.
Ostatnia niespodzianka czeka nas, gdy próbujemy uzyskać stosowne papiery dla naszej ubezpieczalni. Zaświadczenie w języku angielskim kosztuje ponad 10 tysięcy jenów (~350 PLN), a w japońskim - zaledwie 540 jenów. Jednak cena tego ostatniego wzrasta 10krotnie, jeśli ma być podany powód hospitalizacji...
Od wczoraj jesteśmy ponownie w domu, za tydzień badanie kontrolne. Z planowanego wyjazdu do Malezji nici, ale najważniejsze że jesteśmy razem, a Jasiek dochodzi do siebie.
Między słowami, czyli nasze zmagania z japońskim
Tiziano Terzani tak opisuje swoją pierwszą lekcję japońskiego:
„- Zna pan jakieś japońskie przysłowie? – pyta [nauczyciel].
- Nie.
- Więc proszę na początek nauczyć się tego: <Kiedy wiatr wieje, wytwórcy drewnianych kadzi stają się bogaci>.
- Nie rozumiem...
Tiziano Terzani tak opisuje swoją pierwszą lekcję japońskiego:
„- Zna pan jakieś japońskie przysłowie? – pyta [nauczyciel].
- Nie.
- Więc proszę na początek nauczyć się tego: <Kiedy wiatr wieje, wytwórcy drewnianych kadzi stają się bogaci>.
- Nie rozumiem...
- To proste - odpowiada. - Wiatr wznieca kurz, kurz oślepia, ślepcy zarabiają na życie, grając na instrumentach strunowych, struny są wyrabiane z kocich jelit, im więcej ginie kotów, tym więcej myszy biega po mieście, myszy wygryzają dziury w drewnianych kadziach, a im więcej potrzeba drewnianych kadzi, tym bardziej bogacą się ich wytwórcy. Logiczne, prawda? I tak samo logiczny jest język japoński”.*
Przez kilka pierwszych lekcji łudzimy się, że nie będzie tak źle. Nauka języków europejskich przeważnie przebiega tak samo – czyli najpierw odmiana ‘być’ i ‘mieć’. W japońskim miłe zaskoczenie – nie ma odmiany czasowników, nie ma rodzajników ani liczby mnogiej. Dwadzieścia pięć to dwa-dziesięć-pięć, a wrzesień to dziewięć-miesiąc. Ignaś już po tygodniu szkoły mruczy pod nosem ichi – ni – san (raz-dwa-trzy) przed zjazdem ze zjeżdżalni, a w sklepach i na ulicach słyszymy ciągle swojsko brzmiące „daj dziobu” (daijöbu) czyli „wszystko w porządku”. Mamy też dużo zabawy z mnemotechnicznym zapamiętywaniem japońskich słówek, bo na przykład dyplomata to gaikōkan, co po rozłożeniu na sylaby nasuwa dość kosmate skojarzenia, a tańczenie (odorimasu) faktycznie może skutkować odorem. Bawią nas też wszechobecne zapożyczenia z angielskiego, w wersji zjaponizowanej znacznie odbiegające od oryginału. Jako że w japońskim po spółgłosce zawsze występuje samogłoska (wyjątkiem jest „n”), a „l” czyta się jak bardziej jak „r”, milk to miruku, computer - konpyuuta, a ice cream - aisukurīmu.
Zimny prysznic przychodzi, gdy zaczynamy naukę liczebników. Otóż liczebnik „dwa” przyjmie zupełnie inną formę w zależności od tego, czy mówimy o dwóch chłopcach (futari), dwóch rowerach (ni-dai), dwóch drzewach (ni-hon) czy dwóch T-shirtach (ni-mai), należących odpowiednio do kategorii „ludzie”, „urządzenia”, „przedmioty cylindryczne” i „przedmioty płaskie”. Istnieją też liczebniki przeznaczone wyłącznie do liczenia porcji sushi czy mat tatami. Geneza poszczególnych kategorii jest zresztą fascynująca. Na przykład królik należy do kategorii ptaków, bo buddyjscy mnisi (którzy ze zwierząt mogli jeść tylko te latające, a nie chcieli rezygnować z króliczego mięsa) uznali że królicze uszy to w istocie skrzydła.
Czasowniki wprawdzie nie odmieniają się przez osoby ani przez rodzaje, za to wszystkie maja dwie formy: tzw. „słownikową” (stosowaną w języku potocznym) i „uprzejmą” (stosowaną w sytuacjach bardziej formalnych), zaś przeczenia i wszystkie inne formy gramatyczne tworzy się poprzez dodanie do tematu odpowiednich końcówek, które dla nas brzmią iście kosmicznie (np. –masendeshita, –nakatta czy -mashō).
Największą zmorą jest jednak japońskie pismo. Jeszcze w Brukseli nauczyliśmy się dwóch japońskich alfabetów sylabicznych (katakany i hiragany). Oba składają się z 48 podstawowych znaków i - co za rozrzutność! - odpowiadają dokładnie tym samym dźwiękom. Jedyna różnica to zastosowanie. Hiraganą zapisuje się przede wszystkim japońskie partykuły, końcówki fleksyjne itp., zaś prostszą katakaną - słowa pochodzenia obcego. Znajomość katakany ratuje nas w drogerii czy McDonaldzie, pozwalając odróżnić szampon (shanpū) od odżywki (kondishonā) czy hamburgera (hanbāgā) od sałatki (sarada). Jednak przeczytanie jakiegokolwiek zdania (poza zapisanymi hiraganą książkami dla dzieci) wymaga znajomości kanji, czyli zaczerpniętych z chińskiego ideogramów. Wszystkich kanji jest niemal 50 tysięcy, a nauczana w szkołach lista kanji „codziennego użytku” (jōyō kanji) liczy „zaledwie” 2136 znaków. W dodatku każde kanji ma kilka znaczeń i może być odczytane na kilka różnych sposobów, zależnie od kontekstu. Żeby było jeszcze trudniej, wszystkie znaki w danym zdaniu zapisywane są ciurkiem, tak więc nie wiadomo, gdzie kończy się jeden wyraz a zaczyna kolejny. Do tego w gazetach czy powieściach stosowany jest tradycyjny zapis pionowy (w kolumnach, od prawej do lewej), zaś w podręcznikach czy stronach internetowych - zapis poziomy, od lewej do prawej. Najśmieszniejsze zaś jest to, że na komputerze pisze się i tak w alfabecie łacińskim, który następnie jest automatycznie zamieniany na zapis japoński.
Tymczasem ratują nas smartfony. W supermarkecie spędzamy wieki, obfotografowując etykiety i tłumacząc je dzięki specjalnej aplikacji na angielski. Tłumaczenia są przeważnie bardzo przybliżone, ale w większości przypadków pozwalają ustalić, czy jedzenie jest przeznaczone dla dziecka, czy dla kota.
* Cyt. za: Tiziano Terzani, W Azji, Warszawa 2010, s. 104-105.
Śladami samurajów
Wiktor dostał zaproszenie na konferencję w Kanazawie, jednym z niewielu miast w Japonii z zachowaną dzielnicą samurajską. Jako że Ignaś jest nadal zafascynowany japońskimi wojownikami, postanawiamy wybrać się całą czeredą.
Wiktor dostał zaproszenie na konferencję w Kanazawie, jednym z niewielu miast w Japonii z zachowaną dzielnicą samurajską. Jako że Ignaś jest nadal zafascynowany japońskimi wojownikami, postanawiamy wybrać się całą czeredą.
Kanazawa leży mniej więcej na wysokości Tokio, ale na zachodnim wybrzeżu wyspy Honsiu. Superszybkim shinkansenem pokonanie niemal 500-kilometrowej trasy zajmuje zaledwie 2,5 godziny. Za oknem migają rdzewiejące zbocza japońskich Alp. Jednak nie jest nam dane cieszyć oczu widokami. Wszystkie siły wkładamy bowiem w ujarzmienie młodszego synka. Ten - znudziwszy się skakaniem po siedzeniach i demontowaniem stoików - zaczyna zaczepiać skonsternowanych współpasażerów, m.in. zdzierając (bardzo tu modne) smerfne czapki z głów siedzących przed nami nieszczęśników. Z zazdrością spozieramy na japońskie małżeństwo z dwójeczką, która całą drogę spędza, drzemiąc lub kontemplując widoki za oknem. Mocno wymęczeni, wysiadamy na dworcu w Kanazawie, który zresztą okazuje się atrakcją samą w sobie (szklano-stalowa kopuła i ogromna drewniana brama, nawiązująca do szintoistycznych torii). Tu nasze drogi się rozchodzą. Wiktor (w wyciumkanym przez Jasinka garniturze, zupełnie nie licującym ze statusem honorowego prelegenta) jedzie na swoje występy. Ja z chłopakami - po lunchu z serii „sumimasen, nigdy nie powinnam tu była wchodzić z dwójką dzieci!” - ruszamy na miasto.
W porównaniu z amorficznym Tokio, Kanazawa bardziej przypomina miasta europejskie. Bardzo czytelna struktura miasta pochodzi ze „złotego”, wolnego od wojen okresu Edo (początek XVII - koniec XIX wieku), a jako że Kanazawa nie uległa zniszczeniom w czasie II wojny światowej, wiele z dawnych dzielnic przetrwało w całkiem niezłym stanie. W okresie Edo Kanazawa stała się trzecim najważniejszym centrum kulturalnym kraju, zaraz po Edo (Tokio) i Kioto. Do rozkwitu przyczyniło się zamiłowanie rządzącego miastem rodu Maeda do sztuki i rzemiosła, a także jego niechęć do zadzierania z szogunatem Tokugawów.
To z tego okresu pochodzi największa chluba Kanazawy, czyli wyszukany ogród Kenroku-en, uznawany za jeden z trzech najpiękniejszych ogrodów w Japonii. Jego nazwa oznacza "sześć elementów”, jako że łączy on w sobie sześć cech idealnego ogrodu krajobrazowego: przestronność. odosobnienie, widoki, dawność, wodę oraz .... sztuczność. Wijące się potoki, malownicze stawy, misterne kamienne ścieżki – wszystko to faktycznie zostało stworzone ręką człowieka. To typowo japońskie dążenie do „ucywilizowania natury” - świetnie opisuje Joanna Bator w „Japońskim wachlarzu”: "Japończycy wolą naturę w jej przetworzonej i podporządkowanej człowiekowi formie (…) Natura, nieobliczalna matka tajfunów i trzęsień ziemi, wydaje się Japończykom raczej niebezpieczna niż czarująca, mroczna i niszczycielska, a nie sielska. Dlatego lubią małe sterylne ogródki z przyciętymi pod linijkę drzewkami bonsai albo ogródki zen, gdzie w ogóle nic nie rośnie”.
Kolejny punkt programu to górujący nad miastem zamek, dawna siedziba klanu Maeda. Monumentalna biała budowla, otoczona fosą i kamiennym murem robi spore wrażenie. Niestety - ku wielkiemu zawodowi Ignasia – wnętrza okazują się zupełnie współczesne (do 1989 r. zamek był siedziba tutejszego uniwersytetu, a wcześniej mieścił się tu garnizon wojskowy).
Jeszcze wizyta u fryzjera z Ignasiem i wracamy do numeru. Późnym wieczorem dołącza do nas ledwo żywy Wiktor, który po 40-minutowej przemowie i 2-godzinnej sesji pytań musiał jeszcze zaliczyć dwa wydane na swoją cześć przyjęcia.
Kolejnego dnia, już razem, zaczynamy zwiedzanie do dawnej dzielnicy samurajów Nagamachi. Wiele z oryginalnych domów zostało zburzonych w czasie japońskiej rewolucji przemysłowej. Do dziś ostało się kilka wąskich uliczek z odrestaurowanymi domami samurajskimi, otoczonymi wysokimi glinianymi murami. Najbardziej okazałe dostępne są dla publiczności.
Zahaczając o chram Oyama i wzgórze zamkowe, przebijamy się na drugą część miasta, do dawnego centrum rozrywki Higashi Chaya. Błądzimy w labiryncie urokliwych, drewnianych budynków. Do dziś czynne są ponoć jedynie dwie tradycyjne herbaciarnie, w których odbywają się przyjęcia z udziałem gejsz. Pozostałe budynki zostały zamienione w sklepy z pamiątkami czy restauracje. Mimo tłumu turystów, miejsce emanuje urokiem i spokojem.
Kończymy piknikiem w ogrodzie Kenroku-en, który bardzo chcemy pokazać też Wiktorowi i jedziemy na dworzec, drżąc na myśl o czekających nas dwóch i pół godzinie tortur.
https://www.youtube.com/watch?v=8D14QdFaiQc
Tokijskie wakacje
"Mamo, a ile będę miał lat, jak będziemy wracać z tych wakacji w Tokio do Brukseli?" spytał ostatnio Ignaś, dobrze oddając stan ducha całej familii. Mimo (bardzo intensywnej) pracy Wiktora i ignasiowej szkoły, cały czas czujemy się trochę jak turyści. Wszystko nas fascynuje i nawet zwykła przejażdżka metrem nadal stanowi nie lada atrakcję. Podobno ta faza zauroczenia mija po kilku miesiącach (już teraz irytuje nas brak twarogu czy dezodorantu w kulce), ale tymczasem chciałoby się krzyknąć "chwilo trwaj". W dodatku pogoda zrobiła się absolutnie hiciorska (dwadzieścia parę stopni i piękne słońce), tak więc większość czasu spędzamy poza domem.
"Mamo, a ile będę miał lat, jak będziemy wracać z tych wakacji w Tokio do Brukseli?" spytał ostatnio Ignaś, dobrze oddając stan ducha całej familii. Mimo (bardzo intensywnej) pracy Wiktora i ignasiowej szkoły, cały czas czujemy się trochę jak turyści. Wszystko nas fascynuje i nawet zwykła przejażdżka metrem nadal stanowi nie lada atrakcję. Podobno ta faza zauroczenia mija po kilku miesiącach (już teraz irytuje nas brak twarogu czy dezodorantu w kulce), ale tymczasem chciałoby się krzyknąć "chwilo trwaj". W dodatku pogoda zrobiła się absolutnie hiciorska (dwadzieścia parę stopni i piękne słońce), tak więc większość czasu spędzamy poza domem.
Jasinek koło 11tej wskazuje znacząco na swoje buciki i wózek, dając znak, że czas ruszać do parku. Po krótkiej przerwie (na jaśkową drzemkę i moją naukę w Starbucksie) wracamy do parku, tym razem z Ignasiem. Białych dzieci jest tu co najmniej tyle co skośnookich (w każdym razie na pewno bardziej dają się we znaki) i tymczasem - zamiast japońskiego - ćwiczymy głównie francuski.
W weekendy kontynuujemy eksplorację Tokio. W ostatni weekend pada na pełną kontrastów dzielnicę Harajuku. Z jednej strony to centrum kiczu i subkultur wszelkiej maści. Na słynnym deptaku Takeshita-dori pozują do zdjęć przebrane za francuskie hrabiny czy gotyckie lolitki nastolatki, a w niezliczonych butikach można nabyć najbardziej wymyślne kostiumy i akcesoria (wiemy już, gdzie będziemy się zaopatrywać na imprezy karnawałowe w Brukseli). Ale już po chwili atmosfera festynu ustępuje miejca szykowi i elegancji w postaci wysmakowanej alei handlowej Omote-sando, czyli tokijskich Champs-Élysées.
Z mekki mody i konsumpcji zaledwie kilkuminutowy spacer wśrod pięknych, starych drzew prowadzi do najważniejszego chramu szintoistycznego w Tokio. Położona na terenie parku Yoyogi, Meiji Jingū została wybudowana w latach dwudziestych XX wieku ku czci ojca współczesnej Japonii - cesarza Meiji i jego małżonki Shoken. Animistyczny szintoizm jest najstarszą religią Japonii, ale od początku harmonijnie współegzystuje z przybyłym z Chin buddyzmem. Podobno nie jest niczym niezwykłym łączenie obu obrzędów (np. ślub według tradycji szintoistycznej, pogrzeb według buddyjskiej). W Meiji Jingū trafiamy akurat na szintoistyczny ślub, a także coroczną ceremonię … pogrzebu zabawek (Japończycy uważają, że lalki i pluszaki też mają “dusze” i nie można ich tak po prostu wyrzucić bez odpowiedniego pożegnania i podziękowania za wspólnie spędzone lata).
O dziwo, największym minusem tokijskich wakacji jest dla nas chluba Japończyków, czyli tutejsza kuchnia. Po kilku mocno nietrafionych eksperymentach (pozbawione jakiegokolwiek smaku tofu czy tempura, warzywa w sosie typu krochmal) postanawiamy trzymać się sprawdzonych smaków. Ale okazuje się, że po miesiącu nawet rameny i sushi mogą się opatrzyć. Sushi - o zgrozo! - bardziej smakowało nam zresztą w Europie. Tutejsze jest dla nas zbyt "dosłowne" (węgorz ma skórę, krewetki oczy, a ośmiorniczki macki). Nie ma rady - trzeba będzie wrócić do samodzielnego gotowania, zwłaszcza że nasze garnki - wraz resztą dobytku - właśnie dotarły do Tokio. W dodatku niedaleko domu znaleźliśmy całodobowy supermarket przeznaczony głownie dla kucharzy. Produkty w nieatrakcyjnych, standardowych opakowaniach, ale za to ceny znacznie niższe niż w okolicznych spożywczakach, a wielkość porcji bardziej odpowiadająca naszym potrzebom (Ignaś aż jęknął na widok 700-gramowej kostki ukochanego cheddara).
Turystyczny srebrny tydzień
Załapujemy się na tzw. srebrny tydzień, czyli drugie największe (po „złotym tygodniu” pod koniec kwietnia/na początku maja) nagromadzenie świąt państwowych. W poniedziałek przypada dzień szacunku dla ludzi starszych (obchodzony zawsze w trzeci poniedziałek września), w środę - jesienne zrównanie dnia z nocą, a wtorek jest bonusem, gdyż zgodnie z japońskim prawem pojedyncze dni między dwoma świętami również są wolne. Mamy szczęście, bo na kolejny 5-dniowy weekend trzeba czekać aż do 2026 r.
Załapujemy się na tzw. srebrny tydzień, czyli drugie największe (po „złotym tygodniu” pod koniec kwietnia/na początku maja) nagromadzenie świąt państwowych. W poniedziałek przypada dzień szacunku dla ludzi starszych (obchodzony zawsze w trzeci poniedziałek września), w środę - jesienne zrównanie dnia z nocą, a wtorek jest bonusem, gdyż zgodnie z japońskim prawem pojedyncze dni między dwoma świętami również są wolne. Mamy szczęście, bo na kolejny 5-dniowy weekend trzeba czekać aż do 2026 r.
Korzystamy na całego i po raz pierwszy wypuszczamy się na miasto we dwójkę. Częściowo pieszo, częściowo metrem ruszamy do dzielnicy Shinjuku. Gigantyczna stacja – na której zbiega się aż 13 linii metra i kolei - jest podobno najbardziej ruchliwym na świecie dworcem kolejowym, obsługującym ponad 3,6 miliona pasażerów dziennie. Na zachód rozpościera się dzielnica drapaczy chmur (w tym znany z „Lost in Translation” hotel Park Hyatt), na wschód – zagłębie rozrywki.
Zmierzamy do osławionego Golden Gai – skupiska ponad 200 barów stłoczonych w kilku ciasnych uliczkach. To jeden z nielicznych przykładów dawnej zabudowy Tokio, która zniknęła niemal całkowicie wraz z powojenną przebudową miasta. Zaglądamy do mikroskopijnych, lekko szemranych knajpeczek. Większość ma jakieś dwa metry szerokości i składa się z kilku stołków przy kontuarze. To podobno mekka tutejszej bohemy, jednak turyści nie są mile widziani. Decydujemy się więc na bardziej mainstreamową miejscówkę, po drodze mijając jeszcze największą w Japonii dzielnicę czerwonych latarni Kabukicho. Hotele miłości kuszą wymyślnymi nazwami, choć pokoje wyglądają dosyć statecznie. W cenniku – oprócz opcji „30-minute rest” i „3-hour rest” - jest również opcja „stay”, która pod względem cenowym zdaje się dobrą alternatywą dla standardowych hoteli. Szokują nas natomiast wiszące przed wejściem do klubów zdjęcia dziewcząt i chłopców „do towarzystwa”. Zwłaszcza ci ostatni (blond chucherka o wydętych usteczkach) zupełnie nie odpowiadają zachodnim kanonom męskiej urody i budzą raczej instynkt rodzicielski. Z rozbawieniem konstatujemy również, że wiele barów czy klubów reklamuje się jako otwarte np. do 27tej (czyli 3ciej rano).
Kolejnego dnia, już w pełnym składzie, odwiedzamy Tokio Tower – młodszą i bardziej krzykliwą siostrę wieży Eiffla. Ukończona w 1958 r. wieża telekomunikacyjna przewyższa pierwowzór o 13 metrów i stanowi symbol powojennego „cudu gospodarczego”. Warto tu dodać, że Japończycy uwielbiają wszystko, co francuskie. Jako „francuska” reklamuje się co druga piekarnia i cukiernia (mimo że obsługa nie mówi słowa w tym języku), a w automatach z napojami wody Evian czy Perrier oznaczone są dumnie francuską flagą.
Popołudnie spędzamy na imprezie belgijskiej w gigantycznym (724,000 metrów kwadratowych), bardzo ciekawym architektonicznie kompleksie handlowo-rozrywkowym Roppongi Hills. Jak to u Belgów, jest wesoło i bez zadęcia (dobra muzyka, piwo i swojskie jadło). Chłopaki rzucają się na frytki i boulettes (klopsiki), a nam kręci się łezka w oku za naszą ‘drugą ojczyzną’.
Pierwszy dzień jesieni witamy na Odaibie, sztucznej wyspie, wybudowanej w latach 90tych. Szerokie ulice, futurystyczna architektura – zupełnie nie przypomina to innych, tłocznych części Tokio. Z nadmorskiego parku rozpościera się imponujący widok na Zatokę Tokijką i łączący wyspę z centrum miasta Rainbow Bridge, którym sunie bezzałogowa kolejka Yurikamome. Jest też 12-metrowa replika Statuy Wolności w Paryżu, wzniesiona na pamiątkę roku francuskiego w Japonii (1998-1999). Chłopaki oczywiście suną prosto na jedyny skrawek plaży - piasek jest brunatny, woda mętna, a my tradycyjnie nie wzięliśmy żadnych ubranek na zmianę, ale radość dzieci bezcenna!
Tydzień kończymy powrotem do przeszłości, w starej dzielnicy Asakusa. Wąskie uliczki pełne są kramów z japońską cepelią made in China (miecze samurajskie, wachlarze, klapki gejszy), choć zdarzają się i prawdziwe perełki (np. kute ręcznie noże). Tłok jak latem na Monciaku. Fala ludzka niesie nas prosto do buddyjskiej świątyni Sensō-ji, szczycącej się mianem najstarszej świątyni w Tokio (gwoli ścisłości, pierwotny budynek z pierwszej połowy VII w. został niemal całkowicie odbudowany po amerykańskich nalotach z 1945). Gigantyczny kompleks, oprócz głównej świątyni, obejmuje także dwie masywne bramy wejściowe, pięciopiętrowa pagodę i kilka dodatkowych pawilonów. Wszystko lśni jaskrawą czerwienią. Zafascynowani przyglądamy się nieznanym nam rytuałom. Wierni najpierw wachlują na siebie dym z wielkiej kadzielnicy (co zgodnie z wierzeniami ma moc oczyszczającą i uzdrawiającą), następnie obmywają ręce i usta wodą ze specjalnej fontanny, w końcu ustawiają się w kolejce do skrzynki na datki, by po wrzuceniu monety, dwukrotnym głębokim pokłonie, dwukrotnym klaśnięciu w dłonie i ponownym pokłonie, zmówić krótką modlitwę. Dużą popularnością cieszą się też wróżby. Po uiszczeniu 100 jenów (~3 PLN) należy kilkakrotnie potrząsnąć drewnianym pudełkiem, wylosować z niego jeden patyczek, odnaleźć odpowiadający mu numer szufladki, a z tej wyciągnąć karteczkę z przepowiednią. Korzystne wróżby zabiera się do domu, a pechowe można zostawić na specjalnym wieszaku. Moja wróżba okazała się nie tylko niezwykle pomyślna, ale w dodatku zapisana również po angielsku.
Przy wyjściu ze świątyni trafiamy na niezwykłe widowisko kantō matsuri. Odziani w białe majtasy i dwupalczaste skarpetobutki à la żółwie ninja wykonawcy wnoszą kilkunastometrowe konstrukcje z papierowych lampionów przyczepionych do bambusowej tyczki. Przy akompaniamencie bębnów i okrzykach widzów "dokkoisho, dokkoisho” struktura stawiana jest do pionu, a następnie przekazywana od jednego do drugiego wykonawcy. Artyści balansują chybotliwą konstrukcją na różnych częściach ciała (dłoniach, czole, ramionach, biodrach), stopniowo dodając kolejne przedłużenia do bambusowej tyczki. Całość ma kształt kolosalnego ziarnka ryżu (o długości 12 metrów i wadze 50 kg), a samo widowisko stanowi rodzaj modlitwy o urodzaj.
Nie wszystko oliwka, co się czarno mieni, czyli feralny tydzień Wiktora
Nasze docelowe mieszkanie już wyremontowane, więc możemy się wprowadzać (wprawdzie cały czas bez mebli, ale mamy już zaprawę w spaniu na podłodze). Gdybyśmy przyjechali bezpośrednio z Brukseli, bylibyśmy pewnie zawiedzeni metrażem i dość lichym wykończeniem. Jednak po trzech tygodniach w mieszkanku z papieru, mamy poczucie absolutnego luksusu, a chłopaki ganiają po pustym livingu, jak spuszczone z lonży źrebaki. W dodatku Wiktor i Ignaś są w minutę odpowiednio w biurze i na przystanku szkolnego autobusu (które zresztą widzą z okien swoich sypialni).
Nasze docelowe mieszkanie już wyremontowane, więc możemy się wprowadzać (wprawdzie cały czas bez mebli, ale mamy już zaprawę w spaniu na podłodze). Gdybyśmy przyjechali bezpośrednio z Brukseli, bylibyśmy pewnie zawiedzeni metrażem i dość lichym wykończeniem. Jednak po trzech tygodniach w mieszkanku z papieru, mamy poczucie absolutnego luksusu, a chłopaki ganiają po pustym livingu, jak spuszczone z lonży źrebaki. W dodatku Wiktor i Ignaś są w minutę odpowiednio w biurze i na przystanku szkolnego autobusu (które zresztą widzą z okien swoich sypialni).
Powoli wypracowujemy codzienną rutynę. Wiktor biedak haruje jak nigdy w Brukseli, ale za to dzisiaj zaczyna 5-dniowy urlop. Jasinek dwie godziny dziennie spędza z nową filipińską nianią, podczas gdy ja chodzę na jogę i uczę się do kolejnej magisterki. Ignaś - wbrew wszelkim obawom - zachwycony szkołą, a szkoła Ignasiem (że zmotywowany, uśmiechnięty i pięknie mówi po francusku). W klasie taka różnorodność etniczna, ze w końcu nie jest postrzegany jako dziecko imigrantów z Polski. W Brukseli zawsze irytowało nas, gdy francuskojęzyczni rodzice na wiadomość, że jesteśmy Polakami reagowali stwierdzeniem ‘O, to jak nasza pani do sprzątania!’ (na co my z uśmiechem odpowiadaliśmy, że mamy belgijską nianię).
Nowa dzielnica (Hiro-o) bardziej rezydencjalna i „biała” (i przez to mniej dla nas ciekawa) niż Meguro. Masa tu ambasad, a obok tradycyjnych japońskich knajpek i hyaku-en shoopu (bardzo w Japonii popularnego sklepu z tysiącem i jeden drobiazgów, po 100 jenów każdy) jest też piekarnia ‘francuska’ i ‘włoska’ restauracja. Spragniony znajomych smaków Ignaś naciąga nas na wizytę w tej ostatniej. Milimetrowej grubości pizza kosztuje tyle, co trzy najbardziej wypaśne rameny, ale dzieci przeszczęśliwe. Jaśkowi, który próbuje pożreć trzy pizze naraz, ciągle coś wypada z pyszczka. Wiktor - zupełnie nie z swoim stylu (pewnie uznał, ze skoro tyle płacimy, to wszystko musi być zjedzone) - odruchowo dojada jedną z upuszczonych na kanapę oliwek, która okazuje się być …. karaluchem. W końcu jesteśmy w Azji.
W weekend ruszamy do Ikei po materace. Podróż, która samochodem zajęłaby nam 40 minut, dwiema liniami metra i autobusikiem trwa ponad półtorej godzin, w czasie której zwierzaki dają niestety pełen popis „żywotności”. Od przepraszającego kłaniania się w pół bolą nas plecy. Sama Ikea od tej w Gdańsku czy Brukseli różni się tylko szerokością łóżek (maksymalnie 160 cm) i mniejszymi porcjami klopsików. Zaopatrujemy się też w (znacznie tańsze niż w tokijskich supermarketach) parmezan i gorgonzolę.
Tymczasem w Tokio trwają wielotysięczne protesty wobec rządowego projektu ustawy, która zezwalałby japońskiemu wojsku na interwencję poza granicami kraju w przypadku ataku na któregoś z jej sojuszników (a nie wyłącznie w celu samoobrony, jak zakłada powojenna, pacyfistyczna konstytucja). Doszło nawet do przepychanek w parlamencie, gdy opozycyjnie parlamentarzyści (bezskutecznie) próbowali zablokować glosowanie nad spornym projektem (więcej w relacji BBC).
Nasz pierwszy tajfun i trzęsienie ziemi
wiadomość z pracy, że z powodu warunków pogodowych nie musi stawiać się w biurze (nie korzysta). Tajfun kojarzył nam się zawsze z silnym wiatrem, ten jednak objawia się ‘wyłącznie’ ulewą. Ale za to jaką! Przez bite pięć dni leje nieprzerwanie od rana do nocy. Woda w rzeczce nieopodal domu – wcześniej ledwo zakrywająca kamienie – teraz niemal sięga brzegów. Zaledwie 50 km od Tokio zalane są całe wioski. Według relacji BBC, z powodu powodzi i osuwisk ewakuowano ponad 90 tys. mieszkańców.
Ulewne deszcze trwają w najlepsze. Na ten tydzień zapowiadają tajfun. Wiktor dostaje nawet wiadomość z pracy, że z powodu warunków pogodowych nie musi stawiać się w biurze (nie korzysta). Tajfun kojarzył nam się zawsze z silnym wiatrem, ten jednak objawia się ‘wyłącznie’ ulewą. Ale za to jaką! Przez bite pięć dni leje nieprzerwanie od rana do nocy. Woda w rzeczce nieopodal domu – wcześniej ledwo zakrywająca kamienie – teraz niemal sięga brzegów. Zaledwie 50 km od Tokio zalane są całe wioski. Według relacji BBC, z powodu powodzi i osuwisk ewakuowano ponad 90 tys. mieszkańców.
W takich to cudownych okolicznościach przyrody codzienne odbieranie Ignasia z autobusu szkolnego (3 km w jedną stronę) staje się nie lada wyzwaniem. Pierwszego dnia próbujemy jechać metrem, jednak po wniesieniu wózka po kilkudziesięciometrowych schodach mam sińce na udach i wszystkiego dość (dwie młode Japonki proponują wprawdzie pomoc, ale są tak delikatnej postury, że nie mam serca skorzystać). Kolejnego dnia testujemy więc autobus. W drodze na przystanek Jasiek wije się jak piskorz, próbując wyrwać mi parasolkę, a w autobusie wskakuje w zabłoconych kaloszkach na siedzenia, budząc popłoch współpasażerów. Trzeciego dnia poddaję się i pokonuję trasę pieszo, brodząc po kostki w wodzie, do której zawodzący Jasiek spuszcza co chwila a to smoka, a to zabaweczki. Tymczasem japońskie mamy – w kusych spódniczkach i sexy kaloszkach - suną w tej ulewie zupełnie nieporuszone. Swoją drogą ich młode to też zupełnie inny sort niż Jasinek i Ignasinek. Niczym żywe lalki, schludne i bezgłośne, ze spokojem obserwują świat ze swoich wózków i nosideł. W muzeum nauki (do którego wybraliśmy się z Ignasiem w weekend) bardziej od robotów i innych cudów techniki fascynują nas właśnie tutejsze maluchy, czekające karnie w długich kolejkach do muzealnych atrakcji.
Jakby deszczu było mało, w sobotę nad ranem budzi nas drganie łóżka i klekot panelowych ścian (jak dowiadujemy się później, wstrząsy miały 5,2 stopni w skali Richtera). Zgarniamy chłopaki, ale zanim udaje nam się wgramolić pod stół, jest już na szczęście po krzyku. Wracamy do łóżek, a gdy budzimy się ponownie, na zewnątrz jest w końcu piękne słońce i 28 stopni. Juppi!! Idziemy na piechotę (6 km) do Parku Yoyogi, tutejszego Central Parku, gdzie spędzamy upojne popołudnie.