Belgijskie ‘normalement’ versus japońskie ‘chotto’
Przez kilkanaście lat mieszkania w Brukseli przyzwyczailiśmy się, że przesyłki rzadko dostarczane są na czas, do przeciekającego dachu nie sposób znaleźć fachowca, który zjawiłby się przed końcem zimy, a wszelkie szacunki dotyczące wyceny, czasu oczekiwania itp. poprzedzane są przysłówkiem normalement (czytaj: ‘jeśli dobrze pójdzie’, ‘jak Bóg da’, ‘Inch`Allah’). Wielokrotnie doprowadzało nas to do szewskiej pasji.
Przez kilkanaście lat mieszkania w Brukseli przyzwyczailiśmy się, że przesyłki rzadko dostarczane są na czas, do przeciekającego dachu nie sposób znaleźć fachowca, który zjawiłby się przed końcem zimy, a wszelkie szacunki dotyczące wyceny, czasu oczekiwania itp. poprzedzane są przysłówkiem normalement (czytaj: ‘jeśli dobrze pójdzie’, ‘jak Bóg da’, ‘Inch`Allah’). Wielokrotnie doprowadzało nas to do szewskiej pasji. Na przykład, gdy któreś z nas brało dzień wolnego i czatowało w domu w oczekiwaniu na nowo zakupioną kanapę, by kolejnego dnia, po wielu zdesperowanych telefonach, dowiedzieć się, że akurat zachorował kierowca. Albo gdy w dniu planowanej przeprowadzki Wiktor (miast cieszyć się trzydniowym synem) staszczył na parter cały nasz dobytek, a firma przeprowadzkowa nie raczyła go powiadomić, że tego dnia nie dadzą jednak rady. Normalement miało jednak i dobre strony – pewną, bliską polskiej duszy - kreatywność i elastyczność w interpretowaniu przepisów, którą socjologowie tłumaczą wiekami opresji ze strony obcych potęg. Normalement (tu: zgodnie z regułami) wydanie tego dokumentu trwa tydzień, no ale skoro sytuacja taka paląca, zobaczymy co się da zrobić. Normalement po zwolnienie lekarskie trzeba się stawić w pierwszym dniu choroby, ale skoro Madame nie może zwlec się z łóżka, to zapraszam w bardziej dogodnym terminie, itp., itp.
W Japonii sytuacja wygląda zgoła odmiennie. Z punktu widzenia konsumenta, jest to bowiem kraj, w którym wszystko (poza zaporowymi cenami) działa dokładnie tak, jak powinno. W ultra szybkich shinkansenach roczne opóźnienia liczone są w sekundach. Zakupy internetowe dostarczane są nierzadko tego samego dnia, z dokładnością niemal co do minuty. W rezultacie w internecie kupujemy wszystko, od jabłek i skarpetek po rowery. Gdy Wiktor przez pomyłkę poprosił o dostawę tych ostatnich o godzinie 10:05 (mając na myśli 15:00), sprzedawca najpierw dwukrotnie się upewnił, czy dobrze go zrozumiał, po czym bez szemrania spełnił kaprys. W dodatku klient czuje się jak król, nawet gdy kupuje opakowanie chusteczek do nosa. Te zostaną starannie zapakowane w co najmniej jedną siateczkę i wręczone kupującemu z pełnym szacunku pokłonem, jakby chodziło o najcenniejsze klejnoty.
Ale japoński perfekcjonizm ma również swoją cenę. W przeciwieństwie do Belgów, Japończycy głęboko wierzą, że przepisy są po to, żeby ich przestrzegać, nawet gdy w danej sytuacji nie mają one większego sensu. Niewinnie brzmiące chotto… (dosłownie ‘troszkę’) na pytanie, czy i dla młodszego synka mogę wynająć rowerek wcale nie oznacza, że jest to trochę skomplikowane, ale absolutnie nie wchodzi w rachubę. Przecież jest wyraźnie napisane, że z rowerków mogą korzystać dzieci powyżej lat 3 i nic to, że dwuipółletni Jasiek jest większy od japońskich pięciolatków. Chotto jest również jazda na hulajnodze w większości parków, skakanie w skarpetkach na trampolinie czy odebranie telefonu w autobusie. Owego posłuszeństwa wobec nakazów i zakazów Japończycy uczą się podobno już w szkole. Jakkolwiek irytujące, jest ono pewnie niezbędne w 120-milionowym kraju, regularnie doświadczanym przez katastrofy naturalne.
Japoński ordnung tak wszedł nam w krew, że w czasie wypadów do Europy czujemy się teraz jak na “dzikim zachodzie” – nasza rodzina nie jest jedynym (a nawet głównym) źródłem hałasu w miejscach publicznych, atrakcji dla dzieci nie nadzoruje tłum życzliwych strażników, a opakowanie po kanapce (którą zresztą można zjeść na ulicy – rzecz nie do pomyślenia w Japonii) można wrzucić do pierwszego lepszego kosza na śmieci. Po kilku tygodniach samowolki chętnie wracamy jednak do japońskiego „ucywilizowania” :-)
Wygrywamy wycieczkę do Wakayamy!
Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).
Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).
I tak o 5:30 wyruszamy dziarsko na lotnisko (wyściskawszy jeszcze oba stwory, które wiedzione jakąś intuicją budzą się tuż przed naszym wyjściem). W taksówce uskuteczniamy najdłuższą od przyjazdu do Tokio konwersację w języku japońskim. O dziwo, taksówkarz nie bardzo kojarzy, dokąd się wybieramy (Waka-co?). Na lotnisku, witusiowym zwyczajem, jesteśmy pół godziny przed czasem. Niestety Starbucks o tej porze jeszcze zamknięty, a w pozostałych miejscach kawy można się napić wyłącznie w zestawie z curry lub udonem. Tak zdesperowani nie jesteśmy. O 6:30 spotykamy pozostałych „wybrańców”. W sumie jest nas (parszywa?) dwunastka – bardzo różne, ale wydaje się ciekawe, postaci. Bez zbędnych ceregieli (zdejmowania butów czy spowiadania się z przewożonych płynów) wsiadamy do samolotu. Przed samym startem trójka bagażowych ustawia się na baczność, po czym głęboko kłania i macha do nas na do widzenia (ku naszemu wzruszeniu, większość pasażerów odmachuje).
Na maciupeńkim acz bardzo malowniczo położonym lotnisku Nanki-Shirahama (które sponsoruje nasza wycieczkę) lądujemy o 8:30. I tu pierwszy niespodzianka –„anglojęzyczna przewodniczka” okazuje się starszą panią z Osaki, która w pilotowaniu wycieczek nie ma wcześniejszego doświadczenia, a po angielsku duka mniej więcej tak jak my po japońsku. Niezrażeni pakujemy się do autobusu, by natychmiast zanurzyć się w dzikie, górskie krajobrazy Półwyspu Kii. Strome zbocza porośnięte gęstymi lasami, urwiste brzegi rzek, idylliczne wioseczki – aż trudno uwierzyć, ze jeszcze przed chwilą byliśmy w Tokio.
Po dwóch godzinach jazdy docieramy do słynnego szlaku pielgrzymkowego Kumano Kodo, wpisanego (jako drugi na świecie, obok hiszpańskiego Camino de Santiago) na listę dziedzictwa kultury UNESCO. To tutaj od ponad tysiąca lat pielgrzymowali Japończycy wszystkich stanów i klas, w tym rezydujący w Kioto cesarze i arystokraci. Z pierwotnych 300 kilometrów, łączących trzy wielkie świątynie, do dzisiaj zachowało się ponad 70 km szlaków. My zaczynamy w punkcie widokowym Fushiogami-oji - miejscu, do którego dawni pielgrzymi docierali po wielu dniach marszu i padali na kolana, zobaczywszy po raz pierwszy cel swojej wędrówki. Mijamy dawny punkt poboru opłat i wchodzimy w piękny soczystozielony las. Po szarym Tokio takie uderzenie zieleni przyprawia o zawroty głowy. Mamy szczęście, bo udaje nam się uniknąć deszczu, choć to podobno drugi (po wyspie Yakushima) najbardziej deszczowy region Japonii (4000 ml opadów rocznie, w porównaniu z 1600 w Tokio). W dodatku szlak jest zupełnie pusty. Byłoby magicznie, gdyby nie „uroki” grupowej wycieczki. I tak, od połowy drogi asekuruję nie pierwszej już młodości Libankę, której na kamiennych stopniach bardzo doskwiera kolano (przewodniczka zapewniała ją przed wymarszem, ze trasa jest bardzo łagodna…). Dowiaduję się za to sporo o historii Libanu (z którego Madelaine uciekła w czasie wojny domowej) i o teatrze noh (któremu jest oddana cała jej japońska rodzina).
Po niecałych 4 kilometrach (i półtorej godzinie marszu) docieramy do chramu Kumano Hongu Taisha, w którym zbiegają się wszystkie szlaki Kumano Kodo. Świątynia początkowo była położona nieco niżej, ale uległa niemal całkowitemu zniszczeniu w wyniku wielkiej powodzi z 1889. Ocalone budynki przeniesiono w bezpieczniejsze miejsce, a w miejscu pierwotnej świątyni w 2000 roku wzniesiono największą w Japonii bramę torii (34 metry wysokości, 42 szerokości). Koreanka Jin odmawia wejścia na teren świątyni, tłumacząc że jej rodakom szintoizm (do 1945 narodowa religia Japonii) kojarzy się z japońską okupacją Korei (1910-1945). Dzisiaj Korea jest jednym z niewielu azjatyckich krajów, w których dominującą religią jest chrześcijaństwo.
Wątek wojenny pojawia się ponownie w czasie lunchu (w wersji bezmięsnej: tofu z tartym gobo). Amerykanin Sherwin potwierdza historię, która słyszałam już na kursie gotowania. Otóż w czasie drugiej wojny światowej amerykańskich jeńców karmiono właśnie korzeniem gobo. To jedno ze smaczniejszych i najbardziej odżywczych japońskich warzyw, choć wygląda jak zapiaszczony badyl. Po wojnie zarządcy więzienni zostali ponoć oskarżeni przez aliancki wymiar sprawiedliwości za karmienie jeńców korzeniami drzew…
Wracamy do autobusu. Kręta droga wśród zamglonych szczytów jest piękna i tajemnicza. Naszym celem (i główną atrakcją całej wycieczki) jest Kōya-san - święta góra buddyjska. To tutaj w IX wieku młody mnich Kūkai (znany po śmierci jako Kōbō-Daishi), ustanowił pierwszą wspólnotę ezoterycznego buddyzmu o nazwie Shingon (dosł. „prawdziwe słowo”). Dziś ten nurt buddyzmu liczy 10 milionów wyznawców i niemal 4000 świątyń, z których ponad 110 znajduje się w Kōya-san. Sam Kōbō-Daishi był zaś nie tylko reformatorem religijnym, ale także uczonym, poetą, kaligrafem oraz wynalazcą dwóch japońskich alfabetów sylabicznych (hiragany i katakany).
Niestety z powodu deszczu i długiego postoju w sklepie z pamiątkami na miejsce dojeżdżamy z półtoragodzinnym opóźnieniem. Sprintem puszczamy się do świątyni Kongōbu-ji (głównej świątyni sekty Shingon), gdzie chcieliśmy zobaczyć największy w Japonii kamienny ogród. Jednak mimo błagań nie udaje nam się już wejść do środka. W strugach deszczu docieramy jeszcze do kompleksu świątynnego Danjo Garan (z ogromną podświetloną pagodą) i do okazałej bramy Daimon (tę jednak ledwo widzimy z powodu zapadających ciemności).
Przemoczeni i zawiedzeni wleczemy się do klasztoru Jizu-in, w której mamy spędzić noc (opcję noclegu proponuje niemal połowa tutejszych klasztorów, choć w „naszym” jesteśmy pierwszymi w tym roku cudzoziemcami). Tu czeka nas kolejna niemiła niespodzianka: zamiast do obiecanego prywatnego pokoju z łazienką, Wiktor trafia do panów, a ja do pań. Toaleta na korytarzu, a łazienki brak. Nasz zawód trochę rekompensuje wspaniała wegańska kolacja w stylu buddyjskim (shōjin ryōri). Mnisi buddyjscy nie używają żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego. Stronią też od roślin o ostrym smaku (takich jak czosnek czy cebula). Główne źródło białka stanowią warzywa strączkowe (zwłaszcza soja, z której wytwarza się tofu) oraz orzechy. Czujemy się trochę, jak robaczki z „entliczka-pentliczka”, bo w naszym menu tofu pojawia się aż w czterech odsłonach: gotowane (yudōfu), mrożone, suszone a potem gotowane (koyadōfu, dosłownie “tofu z góry Koya”), ze zmielonego sezamu (goma dofu) oraz jako sos do sałatki (shira ae). Oprócz tego obowiązkowy ryż i zupa miso, a także pikle, czarna soja, warzywna tempura oraz przepyszne owoce. Obsługujący nas mnich zapewnia, że codzienne jedzenie klasztorne jest dużo skromniejsze.
Kolacja w stylu shojin-ryori
Po kolacji – już we własnym zakresie – dołączamy do nocnej przechadzki po cmentarzu Okunoin - największej nekropolii w Japonii. Oprócz mauzoleum Kōbō Daishi znajduje się tu ponad 200 tysięcy grobów. Porośnięte mchem nagrobki, ogromne cedrowe drzewa (najstarsze mają ponad 1000 lat), nikłe światła latarni. Do tego pustka i cisza, zmącona jedynie uderzającymi o parasole kroplami deszczu. Wszystko to tworzy zupełnie niezwykły klimat. Nasz przewodnik - przesympatyczny mnich buddyjski - wprowadza nas w arkana japońskiej religijności. Tłumaczy, że pokojowe występowanie dwóch głównych wyznań (szintoizmu i buddyzmu) gwarantuje przede wszystkim jasny podział ról – szintoizm zajmuje się początkiem (narodzinami, ślubami), a buddyzm końcem (ceremoniami pogrzebowymi). Za cechę odróżniającą Shingon od innych nurtów buddyjskich uznaje natomiast nacisk na „tu i teraz”. Shingon naucza, że każdy (i to za tego życia) może osiągnąć oświecenie i stać się Buddą. Do wyzwolenia wewnętrznego potencjału niezbędne jest kultywowanie tzw. „trzech tajemnic”, czyli właściwy trening ciała (symboliczne gesty, tzw. mudry), mowy (mantry) i umysłu (medytacja).
Po dwóch kilometrach docieramy do najświętszej części cmentarza. Przez zapierającą dech Halę Lampionów (gdzie dzień i noc pali się 10 tysięcy lampionów ofiarowanych przez wiernych) dochodzimy do miejsca ostatniego spoczynku Kōbō-Daishiego. Wyznawcy Shingon wierzą, że ich mistrz nigdy tak naprawdę nie umarł, a wstąpił w stan wiecznej medytacji i modlitwy za cierpienia tego świata. W tym wysiłku mają go wspomóc dostarczane dwa razy dziennie posiłki. Nasz przewodnik zachęca nas do zamknięcia oczu i pomyślenia marzenia, po czym odśpiewuje sutrę w naszej intencji.
Żegnamy się serdecznie z mnichem, kłaniamy Kōbō-Daishiemu i wracamy do naszego klasztoru. Jeszcze szybka wizyta w łaźni i wracamy do naszych sypialni, gdzie czekają już na nas ułożone jeden przy drugim futony i twarde jak kamień poduszki ryżowe.
Po nocy urozmaiconej pochrapywaniem kompanów, czas na kolejną wczesną (6:00) pobudkę i poranne modły. Monotonne recytacje sutr i zapach kadzideł przenoszą nas w jakąś zupełnie inną rzeczywistość. Po śniadaniu (będącym okrojoną wersją kolacji) ruszamy w dalszą drogę. Czujemy ogromny niedosyt i chętnie zostalibyśmy dłużej w Koya-san zamiast kisić się znów w autobusie.
Nasz pierwszy przystanek to zamek w Wakayamie, stolicy prefektury. Wspinamy się na dach górującej nad miastem budowli, skąd rozpościera się malowniczy widok na okolicę. Potem sekretnym, krytym mostkiem (który umożliwiał zamkowe schadzki) przechodzimy do wymanikurowanego ogrodu, gdzie przemyślane jest ułożenie każdego kamyczka. Najciekawszy okazuje się jednak lokalny festiwal (matsuri), na który trafiamy zupełnie przypadkiem w drodze powrotnej do autobusu.
Z zamku żółwim tempem (bo większość dróg zamknięta z powodu maratonu) zmierzamy w stronę mariny. Tutejsze atrakcje to m.in. wielki targ rybny (gdzie trafiamy na pokaz ćwiartowania tuńczyka), stragany z owocami (Wakayama słynie z produkcji cytrusów) i park rozrywki Porto Europa z rekonstrukcjami włoskich i francuskich uliczek.
Jeszcze tylko godzina w autobusie i jesteśmy na lotnisku Kansai, by po trzech godzinach uściskać nasze stęsknione pyszczki.
Na pewno nie był to stracony weekend. Poznaliśmy sporo ciekawych ludzi, a do Koya-san jeszcze wrócimy, by na spokojniej odkryć jego uroki. Z punktu widzenia sponsora (lotnisko Nanki-Shirahama) wycieczkę trzeba jednak uznać za promocyjną klapę. Choć w pobliżu samego lotniska jest sporo atrakcji (m.in. efektowne klify i jaskinia, która przez długie wieki stanowiła kryjówkę piratów), spędziliśmy dwa dni w autobusie, żeby przekonać się, ze do Koyasan czy Wakayamy zdecydowanie łatwiej jest dotrzeć z lotniska Kansai. Cóż, jak głosi mądrość ludowa, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby :)
Tokijska "Mała Polska"
Po 10 wspólnych latach w brukselskim tyglu kulturowym uświadomiliśmy sobie, że znakomitą większość naszych znajomych stanowią pracujący w instytucjach europejskich Polacy, najczęściej posiadacze dwójki dzieci. Polką była nasza pani sprzątająca, z Polski sprowadzaliśmy meble, książki i papierową „Politykę”, a w polskich sklepach zaopatrywaliśmy się regularnie w twaróg, jabłka i pigwówkę.
Po 10 wspólnych latach w brukselskim tyglu kulturowym uświadomiliśmy sobie, że znakomitą większość naszych znajomych stanowią pracujący w instytucjach europejskich Polacy, najczęściej posiadacze dwójki dzieci. Polką była nasza pani sprzątająca, z Polski sprowadzaliśmy meble, książki i papierową „Politykę”, a w polskich sklepach zaopatrywaliśmy się regularnie w twaróg, jabłka i pigwówkę.
Wszystko miało się zmienić w Tokio. Będziemy zgłębiać inne kultury (z japońską na czele) i nawiązywać przyjaźnie z przedstawicielami wszystkich nacji, ras i wyznań! Początki faktycznie zapowiadały się nieźle. Na kursie kuchni indyjskiej poznaję dwójkę Amerykanów, Australijkę, Serba i kilka Japonek. W Ignasiowej szkole dominują mali Francuzi i Japończycy w proporcji (na oko) 40:60%. W naszej „międzynarodowej” dzielnicy (Hiroo) japoński miesza się z angielskim i francuskim, ale polskiego (dotąd) nie uświadczyliśmy.
Jednak obywatelski obowiązek wzywa. Udajemy się więc karnie do polskiej ambasady oddać głos w wyborach parlamentarnych. Tam dowiadujemy się, że w Tokio funkcjonują dwie (!) sobotnie szkoły polonijne. Ano tak, mimo że tokijska polonia liczy raptem 350 osób (w całej Japonii jest niewiele ponad 1300 Polaków), już zdążyło dojść do schizmy... Na samodzielną lekturę „Pana Tadeusza” pewnie jeszcze trochę poczekamy, ale już po drugich zajęciach nasze dziecko zadziwia nas zwrotami typu „poproszę” i „słucham?” zamiast dotychczasowych „daj” i „coooo?”.
Przez szkołę polonijną zostaję zwerbowana do jurorowania w konkursie języka polskiego, organizowanym co roku przez ambasadę RP. Tam z kolei poznaję dziewczyny z jednego z dwóch (a jakże!) portali polonijnych. Natychmiast zgłaszam się na ochotnika, zwłaszcza że jest o czym pisać, bo polskich imprez kulturalnych jest w Tokio od liku. Mam okazję rozmawiać m.in. ze światowej sławy polską śpiewaczką operową, Iwoną Sobotką oraz z fenomenalnymi muzykami elektronicznymi z wytworni U Know Me Records.
Oprócz garstki Polaków, jest też w Tokio nieliczna, acz prężna, grupa polonofilów. Na Tokijskim Uniwersytecie Studiów Międzynarodowych (TUFS) co roku naukę naszego języka rozpoczyna około 15 studentów. Skąd taki egzotyczny pomysł? Jedna ze studentek - pod wpływem mangi „Ten no Hate Made” („Aż do nieba”), opowiadającej o życiu księcia Józefa Poniatowskiego - zafascynowała się na przykład polską historią. Innych oczarowała polska literatura, film, teatr.
Trafiają się nawet miłośnicy polskiej kuchni. Poznajemy m.in. japońską pisarkę Mihoe Sano, która organizuje cykliczne polskie imprezy kulinarne. Sama mam okazje udzielić lekcji kuchni polskiej grupie dziesięciorga Japończyków. Robimy barszcz … ukraiński (polską specyfiką jest podobno dodatek białej fasoli), a na drugie: kaszę gryczaną (której, o dziwo, kursanci nigdy wcześniej nie jedli, choć to z mąki gryczanej produkowany jest popularny makaron soba), surówkę z kapusty kiszonej i sos z suszonych prawdziwków. Kolejne lekcje zaplanowane są na wrzesień i grudzień.
Z adeptami polskiej kuchni
Czyżby po raz kolejny „ucieczka od polskości” okazała się niemożliwa?
Faceci w jedwabnych stringach
W Japonii jesteśmy już prawie rok, a jeszcze nie widzieliśmy turnieju sumo. Straszny wstyd, choć poniekąd dla nas to normalne (na targu rybnym Tsukiji też nas jeszcze nie było, choć w listopadzie przenosi się na obrzeża Tokio…). Tak więc kiedy odwiedzili nas brukselscy przyjaciele, nie znaleźliśmy już żadnej wymówki…
W Japonii jesteśmy już prawie rok, a jeszcze nie widzieliśmy turnieju sumo. Straszny wstyd, choć poniekąd dla nas to normalne (na targu rybnym Tsukiji też nas jeszcze nie było, choć w listopadzie przenosi się na obrzeża Tokio…). Tak więc kiedy odwiedzili nas brukselscy przyjaciele, nie znaleźliśmy już żadnej wymówki…
Walk sumo nie można obejrzeć, kiedy się chce. Turnieje (zwane basho) odbywają się w Tokio w styczniu, maju i wrześniu. Można je także obejrzeć w Osace w marcu, w Nagoi w lipcu i w Fukuoce w listopadzie, a każdy trwa 15 dni.
Sumo - obok baseballu, jeden z najpopularniejszych sportów w Japonii -ma swoje początki w starożytności i jest połączone z ceremoniałem religijnym. Do dzisiaj, zawodnicy wstępujący na ring wykonują wiele rytualnych czynności, takich jak posypanie ringu solą (oczyszczenie) lub potarcie i uderzenie rąk (prośba o uwagę bogów). Cała rytualna otoczka (wywołanie zawodnika, wejście na ring, powitanie itp.) trwa o wiele dłużej niż sama walka, która w ogromnej większości przypadków rozstrzyga się przy pierwszym zwarciu i nie trwa dłużej niż kilka - kilkanaście sekund. Co ciekawe, dopiero w 1928 roku wprowadzono 10 minutowy limit na rytuały, który obecnie został skrócony do 4 minut dla najwyższej kategorii zawodników i do zera dla najniższej kategorii. Wcześniej przygotowanie do walki, które jest jej strategiczno-psychologiczną częścią, mogło trwać w nieskończoność.
Walkę wygrywa się poprzez wypchnięcie przeciwnika poza ring (dohyo) lub zmuszenie go jako pierwszego do dotknięcia ziemi dowolną częścią ciała poza stopami. Z odległości walka może się wydawać mało brutalna, ale zawodnicy nie szczędzą sobie uderzeń w twarz czy łapania za gardło (jeśli uda się je namierzyć pod zwałami tłuszczu). Spektakularne upadki też nie należą do rzadkości. Nawet my widzieliśmy paru zawodników spadających z areny, która jest ściśle otoczona sędziami, innymi zawodnikami i fotografami. A przygniecenie ludzkim odpowiednikiem lwa morskiego, spadającym z wysokości prawie metra, nie może być przyjemne.
Waga wielu zawodników grubo przekracza 140 kg, a w sumo nie ma podziału na kategorie wagowe, tak jak np. w boksie. I choć rozmiary przeważnie są zbliżone, to i my widzieliśmy pojedynki Dawidów z Goliatami. O dziwo, szybkość i zwinność są tak samo ważne jak masa i impet. Każdy z zawodników ma swoją strategię wygrywania. Japońskie Stowarzyszenie Sumo skodyfikowało 82. techniki wygrywania (kimarite). Na koniec każdej walki ogłasza się, jaką technikę zastosował zwycięzca. Np. technika watashi-komi polega na pchnięciu łydki przeciwnika do przodu jedną ręką, przy jednoczesnym nacisku na korpus drugą w celu obalenia go na ring. Co jest zabronione? Ciągnięcie za włosy, uderzanie pięścią, uderzenia w uszy, duszenie, albo łapanie za przepaskę mawashi w okolicy klejnotów. Czyli zasady podobne do walk w piaskownicy.
Zawodnicy sumo mają status podobny do greckich herosów. Ale ich (krótkie) życie jest pasmem wyrzeczeń. Oprócz bardzo intensywnego treningu zapaśnicy muszą na co dzień nosić tradycyjne japońskie ubrania i przestrzegać surowego regulaminu (np. nie można im prowadzić samochodu). Długość życia sumoki jest krótsza od średniej z uwagi na częste nadciśnienie i ataki serca.
Obecnie Japońskie Stowarzyszenie Sumo ocenia, że jest około 800 profesjonalnych zawodników. Są oni podzieleni na kategorie w hierarchii ważności: Maku-uchi (najwyższa kategoria), Juryo, Makushita (juniorzy), Sandanme, Jonidan, Jonokuchi (najniższa). W trakcie turnieju wszyscy zawodnicy są też podzieleni pomiędzy “wschód” i “zachód”. Oczywiście każdy z nich marzy o dostaniu się do kategorii maku-uchi (około 40 zawodników), i zdobyciu tytułu yokozuna, wielkiego mistrza. Ranking nazywany banzuke jest rewidowany po każdym turnieju, a pozycja yokozuna jest wyjątkowa. Od XVII w., kiedy ten tytuł został stworzony, yokozunem zostało tylko 69 zawodników. Jeśli ktoś się tego tytułu dochrapie, nie może już być go pozbawiony. Ale jeśli zacznie przegrywać, powinien odejść na emeryturę. Rekord zwycięstw, do dziś niepobity należy do Futabayamy Sadaji (1912-1968), który odniósł pasmo 69 zwycięstw i był 35. yokozunem.
Wśród zawodników są też obcokrajowcy, głównie zawodnicy z Azji Centralnej. Był okres, gdy nie było żadnych ograniczeń co do narodowości zawodnika. Obecnie na stajnię przypada maksimum jeden obcokrajowiec. Powodem tego ograniczenia jest fakt, że od 2006 roku aż do stycznia 2016 zwycięzcami wszystkich turniejów byli obcokrajowcy. Majowy turniej był znów zdominowany przez zawodników pochodzących z Mongolii.
Popularność sumo wśród młodych Japończyków maleje. Średni wiek widzów dobija do 50, a oglądanie publiki było dla nas bardziej fascynujące niż sam turniej, który po kilku walkach zaczynał nas nieco nużyć (oczywiście żaden fan się z tym nie zgodzi).
Jeśli macie bilety na jeden z dni turnieju, nie przychodźcie tam rano. Sala będzie świeciła pustkami, bo walki zawodników najwyższych kategorii zaczynają się dopiero około 16.00. Tokijska arena Ryogoku Kokugikan może pomieścić ponad 11 tysięcy widzów. Koło 17.00 sala zaczyna pękać w szwach, a każda akcja jest okraszana krzykami zawodu lub zachwytu. Widzowie, którzy przychodzą w grupach, z kolegami z pracy lub rodzinami, zapamiętale pałaszują swoje bento, popijając je nieodłącznym piwem.
Jeśli wybieracie się do Japonii w miesiącu, kiedy odbywają się turnieje, zarezerwujcie sobie bilet, aby zobaczyć to niepowtarzalne widowisko.
Źródła:
1) http://www.sumo.or.jp/pdf/en/sumo_introduction2014.pdf
2) https://en.wikipedia.org/wiki/Sumo
3) http://www.japan-talk.com/jt/new/11-things-you-might-not-know-about-Sumo
4)Współczesna Japonia w pytaniach i odpowiedziach: 現代日本 Q & A, Katsuyoshi Watanabe, Natalia Kuźmicz, Aleksandra Watanuki, 15 Czerwca 2015, Waneko Sp. z o.o.
5) http://www.rp.pl/Sport/160129631-Japonia-doczekala-sie-mistrza-sumo.html
Szaleństwo kwitnącej wiśni
Od połowy marca tokijczycy z niepokojem wyglądają informacji na temat frontu sakury (kwitnienia wiśni), który przesuwa się powoli z południa na północ. Sezon wiśniowy rozpoczyna się w styczniu na subtropikalnej Okinawie, a kończy w maju na Hokkaido. Już miesiąc wcześniej w Starbucksie pojawiają się okolicznościowe różowe napitki, a w supermarketach połowa produktów sprzedawana jest w różowych opakowaniach. Co ciekawe, przed wiśniami pięknie kwitną śliwy i magnolie, ale nimi nikt nie zawraca sobie głowy.
sakura weathernews.jp
Od połowy marca tokijczycy z niepokojem wyglądają informacji na temat frontu sakury (kwitnienia wiśni), który przesuwa się powoli z południa na północ. Sezon wiśniowy rozpoczyna się w styczniu na subtropikalnej Okinawie, a kończy w maju na Hokkaido. Już miesiąc wcześniej w Starbucksie pojawiają się okolicznościowe różowe napitki, a w supermarketach połowa produktów sprzedawana jest w różowych opakowaniach. Co ciekawe, przed wiśniami pięknie kwitną śliwy i magnolie, ale nimi nikt nie zawraca sobie głowy.
W końcu 21 marca na „referencyjnym” drzewku wiśniowym w świątyni Yasukuni pojawiło się wyczekiwane pięć kwiatów i tokijska agencja meteorologiczna oficjalnie obwieściła nadejście wiosny. Na ten sygnał, mieszkańcy Tokio (matki z małymi, kolumny pracowników biurowych, staruszkowie z akwarelami, a przede wszystkim tabuny fotografów) karnie ruszyli do parków na obowiązkowe hanami (dosł. oglądanie kwiatów), zwyczaj znany od ponad tysiąca lat. W rozmowach i mediach dominują informacje na temat najlepszych miejsc do oglądania różowych kwiatów i stanu ich rozkwitu (rozróżnia się aż 11 faz!).
Radość z wiśniowych płatków trwa zaledwie dwa tygodnie. ale na tym też polega ich urok. Japończycy są niezwykle wyczuleni na punkcie ulotności życia. Mono no aware (dosł. patos rzeczy) - piękno przemijania - to kluczowy koncept estetyki japońskiej, a efemeryczne kwiaty wiśni są jego doskonałym ucieleśnieniem. Nie przez przypadek kwiat wiśni stał się symbolem japońskich samurajów, którzy (podobnie jak wiśniowe płatki) kończą żywot w momencie największego rozkwitu.
Przemijanie przemijaniem, a tymczasem trzeba posilić ciało. Według japońskiego przysłowia, hana yori dango – “od kwiatów lepsze dango” (słodkie ryżowe kulki). Impreza hanami nie może się obyć bez hanami bento, czyli lunchowego pudełka z sezonowymi smakołykami. Do tego oczywiście duże ilości piwa i sake (w samym Tokio w okresie hanami z powodu zatrucia alkoholem hospitalizowano ponad 100 osób). Potrzebna nam też będzie błękitna brezentowa płachta, na której po zdjęciu butków stłoczą się wszyscy biesiadujący oraz duże ilości worków na śmieci. Jedną z osobliwości tokijskich parków (i w ogóle przestrzeni publicznej) jest bowiem zupełny brak śmietników. Nie ma ich nawet w toaletach, więc zużyte jaśkowe pieluchy taszczymy z powrotem do domu.
Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one. Przez dwa tygodnie uczestniczymy więc - we wszelkich konstelacjach -w wiśniowym szaleństwie. Z innymi mamami (ja), ze współpracownikami (Wiktor), w gronie rodzinnym. Wiśniowy sezon kończymy z przytupem na dorocznym pikniku organizowanym w parku Shinjuku przez japońskiego premiera. Zadziwia jakikolwiek brak środków bezpieczeństwa (moja ogromna torba nie budzi przy wejściu najmniejszego zainteresowania - rzecz nie do pomyślenia w Europie…). Na samej imprezie najciekawsi jak zwykle inni goście (np. szacowne matrony w tradycyjnych kimonach upychające w reklamówkach bento z łakociami). Nie udaje nam się uścisnąć dłoni premiera Abe, za to robimy sobie fotkę z jego kartonową podobizną.
Kontemplację kwitnących wiśni kontynuujemy w … Brukseli, gdzie spędzamy upojny tydzień, korzystając z wakacji szkolnych Ignasia. Choć pochodzą z Japonii, brukselskie wiśnie są jeszcze bardziej imponujące - kwiaty są intensywniej różowe i bardzie dorodne, tworząc na gałęziach małe bukieciki. Niektóre dzielnice (Etterbeek, Schaerbeek, Watermael-Boisfort) dosłownie toną w soczystym różu. Niestety pogoda (6-9 stopni i deszcz) nie zachęca do piknikowania, ale spotkania z przyjaciółmi, pizze, pity i pastille rekompensują wszelkie niedogodności.
Ośmiornica na surowo czyli Japonia od kuchni
Na naszym blogu możecie przeczytać dwie wersje naszego kulinarnego “zderzenia cywilizacji”. Tekst angielski jest spojrzeniem Ani, a ten będzie napisany bardziej z mojego punktu widzenia.
Na naszym blogu możecie przeczytać dwie wersje naszego kulinarnego “zderzenia cywilizacji”. Tekst angielski jest spojrzeniem Ani, a ten będzie napisany bardziej z mojego punktu widzenia.
Przed przyjazdem do Tokio kuchnię japońską znaliśmy głównie z przewodników i programów kulinarnych. Doświadczenia z Brukseli, gdzie jest kilka fajnych restauracji japońskich, mieliśmy mieszane. Ja, po dość poważnym zatruciu sushi w 2006 roku, dopiero przed wyjazdem do Tokio odważyłem się na ponowne zjedzenie surowej ryby. A do sashimi (sushi bez ryżu) nadal podchodziłem z pewna nieśmiałością. Jednak wszystkie relacje z podroży do Japonii opisywały doświadczenia kulinarne jako absolutny hit. Tak więc, poprzeczka była ustawiona wysoko. Po przyjeździe do Tokio rzuciliśmy się do odkrywania. Ponieważ nasze tymczasowe mieszkanie znajdowało się w dzielnicy Meguro, mieliśmy pod nosem mnóstwo knajpek i restauracyjek. Jednak wypracowanie rodzinnego modus vivendi nie było łatwe. Ania nie je mięsa, Ignacy jest zatwardziałym kotletożercą, a Jasiek - najbardziej kooperatywny członek rodziny - nie może jeść surowych ryb (dzieci poniżej dwóch lat nie są odporne na rybie pasożyty, o czym dowiedzieliśmy się dopiero po paru dniach od znajomych Japończyków).
Nie mieliśmy więc zbyt wielkiego wyboru, co - w połączeniu z maleńkimi porcjami i szalonymi cenami produktów, które byliśmy w stanie rozpoznać - sprawiło, że chodziliśmy ciągle głodni. Po miesiącu sytuacja była niewesoła. Wizja kolejnych czterech lat spędzonych na dzieleniu na ćwiartki jednego jabłka (kosztującego swoja wagę w zlocie) i rozdzielaniu opakowania serka na jednogramowe porcje była koszmarna. W oczach Ani widziałem, że w duchu powtarza słowa piosenki Elektrycznych Gitar “co ja tutaj robię”...
Po przeprowadzce do naszego docelowego mieszkania postanowiliśmy gotować więcej w domu. Ale znalezienie składników do naszych ulubionych potraw wcale nie było łatwe. Owszem, niedaleko domu jest sklep National Azabu, który sprzedaje produkty dla ekspatów, ale ceny sprawiają, że łzy same cisną się do oczu. Masło (które jest zresztą racjonowane - dwie kostki na klienta) kosztuje ok. 17 euro a ser żółty 20 euro za kostkę. Szybko została nam wskazana Hanamasa, sklep otwarty 24/7 w którym zaopatrują się podobno restauratorzy, ale pomimo bardziej przyjaznych cen, nie byliśmy w stanie rozpoznać większości produktów.
Myuki-san w akcji
Kończyło się to wbiciem ugotowanych jajek do ciasta naleśnikowego (godzina płaczu Ignasia) albo dodaniem ulepkowato-słodkiej czerwonej fasoli (deserowej) do sałatki nicejskiej (grymasy Ani). Wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze (?) kiedy Ania odkryła Miyuki Suyari, wychowaną w Stanach Japonkę, i jej lekcje gotowania. Misją Miyuki-san jest przybliżenie japońskiej kultury kulinarnej mieszkającym w Tokio gaijinom. Miyuki szybko staje się naszym aniołem-stróżem. Pierwszą lekcję Ania odbywa w supermarkecie, gdzie uczy się rozpoznawać różne rodzaje sosów sojowych, octów ryżowych, sake czy past miso. Okazuje się też, że pełne mleko można znaleźć niemal z zamkniętymi oczami (na kartonie jest małe wgłębienie). Co środę, po odbytym kursie, Ania z wypiekami na twarzy opowiada, jaki magiczny składnik był punktem centralnym lekcji. Tak więc, w pierwszym tygodniu nauk w całym domu roznosi się rybi aromat dashi - podobno ultrazdrowego wywaru z suszonych wodorostów konbu i katsuobushi (suszonych płatków tuńczyka bonito). Zdecydowanie bardziej smakuje nam słodki sos banno (dosłownie wszechmocny), który zajadamy w drugim tygodniu w postaci marynaty (np. do łososia teriyaki) lub polewki do warzyw. Zaczęło się też pojawiać tofu (coś jak serek z mleka sojowego), które na surowo jest zupełnie niezjadliwe, ale usmażone nabiera tekstury (choć ja ciągle mam wrażenie jedzenia minimalnie smaczniejszej wersji torebki plastikowej). Codziennym gościem na naszym stole stało się też miso (sfermentowana pasta sojowa) - w milionie i jednej wersji, włączając w to oczywiście zupę miso. Ania, z wyrazem błogostanu na twarzy, przekonuje nasza mięsożerną trójkę, że pasta miso rozsmarowana na aburaage (usmażonej wersji wyżej wspomnianej “plastikowej torebki”) stanowi świetną alternatywę dla tradycyjnej pizzy. Hmm…
Z tygodnia na tydzień nasza lodówka zmienia się nie do poznania. Rozpoznaję w niej coraz mniej produktów. Wszelką nadzieje straciłem, znajdując w niej pęk zapiaszczonych badyli (które małżonka dumnie przedstawiła jako korzenie gobo - japońskiego łopianu – ponoć pełnego potasu i innych minerałów).
Gobo - japoński łopian
Kurs okazuje się jednak zbawieniem dla naszych finansów (japońskie produkty są znacząco tańsze od importowanej żywności), a także doskonałym wprowadzeniem do kultury naszej nowej ojczyzny. Powoli zaczynamy się oswajać z nowymi smakami i teksturami. Fakt, że wiemy, co jemy, pozwala nam się pozbyć niektórych lęków i uprzedzeń. Ja przez długi czas myślałem, na przykład, że ultrazdrowy korzeń konnyaku (bezkaloryczny i napakowany odtruwającymi włóknami) jest kawałkiem tłuszczu o gumowatej konsystencji. Cała kuchnia japońska jest zresztą napakowana “magicznymi” składnikami, które podobno przedłużają życie. Japończycy zjadają też o wiele mniej mięsa w porównaniu z mieszkańcami Europy, zastępując je rybami i owocami morza, grzybami, warzywami. Małe porcje oraz filozofia umiaru (hara hachi - nie jedz do osiągnięcia poczucia sytości) sprawiają, że Japończycy żyją średnio najdłużej na świecie (kobiety 87 lat, a mężczyźni - 80.), mimo ogólnie panującego stresu i dużej liczby palaczy.
Mimo otoczki wyrafinowania, większość japońskich dań okazuje się dość szybka w przygotowaniu. Przygotowanie typowego posiłku, który składa się z ichijū-sansai (czyli zupy i trzech przystawek oraz obowiązkowej miski ryżu) nie wymaga spędzenia wielu godzin w kuchni. Większość potraw bazuje na jednym - dwóch podstawowych składnikach, a czas gotowania jest o wiele krótszy niż w kuchni zachodniej. Przygotowanie zupy miso trwa nie więcej niż kwadrans, o ile zawczasu namoczy się konbu. Do tego dodać kawałek upieczonej ryby lub usmażone tofu (tak, tak, plastikowa torebka) jako danie główne, dwa rodzaje warzyw i voilà, wykwintny obiad gotowy w 45 minut - dokładnie tyle, ile zajmuje ugotowanie ryżu.
Podobno badania pokazały, że człowiek przyzwyczaja się do nowego smaku po co najmniej kilku próbach. Pamiętacie Wasza pierwsza filiżankę kawy? W okresie przedkofeinowym zastanawiałem się, czy jakikolwiek zdrowy na umyśle człowiek może to pić, a teraz nie wyobrażam sobie dnia bez małej czarnej. Smaki japońskiej kuchni coraz bardziej do nas przemawiają, choć cały czas wydaje się nam ona do bólu minimalistyczna (bo składniki mają mówić same za siebie). Poza złotą szóstką (sos sojowy, sake, miso, ocet, sól i cukier) oraz sporadycznym użyciem imbiru, liści shiso albo myozy (japońskiego imbiru), w zasadzie nie używa się tu przypraw. Sahimi już się delektujemy, ale nadal leci nam ślinka na myśl o libańskiej picie i naszej ukochanej pizzy, którymi będziemy się zajadać w tym tygodniu w Brukseli.
Japanese kitchen story
Our culinary expectations before coming to Japan were rocket high. We had always been great fans of its export hits like sushi, ramen or tempura and imagined that it could only get better at the source. Yet, the reality was not quite as rosy…
Our culinary expectations before coming to Japan were rocket high. We had always been great fans of its export hits like sushi, ramen or tempura and imagined that it could only get better at the source. Yet, the reality was not quite as rosy…
We spent our first month in Tokyo in a miniscule apartment, with an almost nonexistent kitchen. While Meguro area is full of cheap eateries, most of the places specialise in one particular type of food (ramen, sushi, curry, tempura, okonomyaki), and we found it difficult to satisfy the preferences of all our family members (our elder son being a devoted carnivore, myself not eating meat and the little one not yet being able to eat raw fish). We could also not help the impression that form (most dishes indeed look like tiny pieces of art) prevails over substance. Restaurant portions were too small for our stomachs (it was not unusual for us to devour a stack of sandwiches back home after a restaurant dinner). Plus - with the notable exception of ramen - much of the food felt quite bland to our barbarian palates and/or slightly disquieting. What we took for grated radish, at a closer inspection turned out to have little eyes... The fish dish on the menu proved to be an enormous yellowtail head (with eyes). Even sushi (slimy prawns, smelly sea urchin, rubbery octopus) looked somehow more daunting than in Europe.
Once in our final apartment, I hoped to make use of the kitchen again. But grocery shopping proved no piece of cake either! The posh National Azabu, targeted at the neighborhood’s expats, offers anything from cottage cheese to celery root but the prices are several times higher than in Europe. There’s also a cheap wholesale Hanamasa just round the corner, but here most of the products are sold in huge packs and only few of them resemble anything edible. Our inability to read in Kanji (one of three Japanese alphabets based on Chinese characters) led to one culinary flop after another. Eggs added to pancake batter turned out to be boiled, red beans added to salade niçoise were syrup-sweet, and grilled salmon came out so salty it was almost uneatable.
Things change when I come across Miyuki Suyari, who’d grown up in the US and having lived all over the world decided to introduce foreigners to the secrets of Japanese cuisine. Together with a French and an Italian friend, I signed up for her intensive course, consisting of five 3-hour lessons. We started off with a supermarket tour, where Miyuki acquainted us with Japanese staples such as different types of soy sauce, sake, rice vinegar, miso paste etc. She also enlightened us on how to tell fresh fish from pre-salted one, full milk from skimmed (nothing to do with the carton colour) or pre-rinsed rice from the regular type.
Each of the courses has one star ingredient, which can be used as a basis for many dishes. For instance, dashi – a very healthy broth prepared from dried kelp seaweed (konbu) and dried bonito flakes katsuobushi - is the foundation of miso soup, salad dressings and dipping sauces for noodles. Sweet banno (literally “almighty”) sauce can be used to marinate tofu, fish or meat (e.g. teriyaki salmon) or to season vegetables (e.g. radish or spinach). Tofu – rather bland as it is – tastes fantastic when deep-fried, cooked in a nabe hotpot or turned into a salad sauce. Miso (fermented soybean paste) comes in many different varieties and can be used in countless ways, beyond just miso soup. Try spreading it over aburaage (deep-fried slices of tofu) for a quick, gluten-free pizza or over grilled eggplants for a delicious side dish, full of umami (the mysterious fifth basic taste that gives dishes their rich, deep flavour).
Miyuki’s class soon became the highlight of my week, and after the kick-start intensive course, I decided to continue with à la carte sessions (hotpots, sushi, noodles etc.). What distinguishes Miyuki’s classes from other courses given in Tokyo is their cosy atmosphere - the classes take place in her own living room and the maximum number of participants is four. Having lived outside Japan for many years, Miyuki speaks perfect English and has an interesting look on the Japanese culture, which makes her a fantastic guide on local customs and etiquette (you will find some of her insights in my recent interview with her).
The classes gave me the courage to start using local ingredients instead of their Western equivalents: shiso leaves instead of basil or parsley, bamboo shoots instead of artichokes, tofu instead of cottage cheese. This proved beneficial not only for the diversity of our diet but for our wallets too.
What struck me most is that preparing a Japanese meal – which typically consists of ichijū-sansai, i.e. “one soup, three sides” (plus of course a bowl rice) – does not require hours in the kitchen. Most dishes use 1-2 ingredients and the cooking time is much shorter than in Western cuisine. If only you soak you konbu in advance, preparing miso soup will take you 15 minutes (or even less if you are using instant dashi granules), nothing like the 2-hour simmering of chicken stock. Add to that a piece of grilled fish or deep-fried tofu as the main course and two quick vegetable side-dishes, and you will be done within the 45 minutes that it takes to cook the rice (especially if you skip some of the ‘non-essentials’ (such as plunging blanched vegetables in iced water or the various tricks to remove the fishy smell from the fish).
So does it taste good? Well, this is a more tricky question. Apparently, you need to try an unfamiliar taste several times to learn to like it. This holds true not only for children but for adults too. After several attempts, we gradually warm up to fishy dashi-based sauces, raw fish and fresh tofu (I can actually eat it straight from the package now). Knowing more about the ingredients (and their beneficial properties) helps to dissipate fears too. Gelatinous noodle-like strips (which we initially took for some kind of sea creatures) turn out to come from the konnyaku root - a perfect detox agent, high in fiber and calorie free. The unappealing brown sticks of gobo root (burdock) are another Japanese superfood, rich in potassium and minerals.
What attracts me most in Japanese cuisine is its ‘healthiness’ – the wide variety of simmered vegetables, seaweed and mushrooms, little use of meat, and the emphasis on freshness and seasonality. I also admire Japanese culture of moderation, epitomised in the saying hara hachi bu “eat until you are 80% full”. No wonder that Japanese enjoy the highest life expectancy in the world (87 years for women and 80 for men) even though they lead relatively stressful lives (working very long hours), smoke like chimneys (at least men) and are not the greatest fans of sport.
What I appreciate less is the extreme “minimalism” (letting the ingredients “speak for themselves”). Beyond the “golden six” (soy sauce, sake, miso, vinegar, salt and sugar) - plus occasionally ginger, shiso leaves or myoza (Japanese ginger) – Japanese cuisine uses virtually no condiments. My taste buds are still more accustomed to more intense flavours (such as those found in the Italian, Indian or Moroccan or Thai cuisines) but hopefully this is a question of time.
Oczami gości
Ostatni raz byliśmy w Tokio (na kongresie naukowym) ponad 10 lat temu. Poza hotelem i salami konferencyjnymi niewiele udało nam się wówczas zobaczyć. Pozostało w nas jednak wspomnienie klaustrofobii (ciasny pokój w hotelu, zatłoczone metro, huk reklam). Pamiętam też, że przez te kilka dni - żeby uniknąć surowych ryb i innych japońskich „specjałów” - żywiłam się głownie suchymi bułkami.
Dzień pierwszy
Ostatni raz byliśmy w Tokio (na kongresie naukowym) ponad 10 lat temu. Poza hotelem i salami konferencyjnymi niewiele udało nam się wówczas zobaczyć. Pozostało w nas jednak wspomnienie klaustrofobii (ciasny pokój w hotelu, zatłoczone metro, huk reklam). Pamiętam też, że przez te kilka dni - żeby uniknąć surowych ryb i innych japońskich „specjałów” - żywiłam się głownie suchymi bułkami.
Przylatujemy więc nieco niepewni, czy damy sobie radę. Z trudem znajdujemy odpowiedni peron szybkiej kolei do centrum. Podczas godzinnej podróży (lotnisko Narita jest ponad 100 km od miasta) oglądamy z niedowierzaniem niekończące się wąskie, biedne domki, slumsy właściwie, oddzielone od siebie metrowym pasem przestrzeni, całkowicie wypełnionej przez plątaninę kabli, transformatorów i klimatyzatorów różnej maści. To obrzeża ogromnej tokijskiej aglomeracji, gdzie na powierzchni ok. 13,5 tysięcy kilometrów kwadratowych żyje niemal 40 milionów ludzi, a więc tyle, co w całej Polsce. W samym Tokio na jednym kilometrze kwadratowym – jeśli wierzyć oficjalnym statystykom – żyje około 6000 ludzi. To okropne otoczenie i informacje o przeludnieniu trochę nas niepokoją w drodze do stacji Ueno, na której czeka Ania.
Wzruszające spotkanie, chwila odpoczynku w naszym mieszkaniu w delegaturze Unii Europejskiej. Z pewnym zaskoczeniem znajdujemy w szafie suchy prowiant, butelki z wodą, kaski i sprzęt ratunkowy – to zestaw na wypadek trzęsienia ziemi.
Po kilku godzinach wyruszamy do jednego z najwyższych muzeów, jakie widziałam – na 50. piętrze wystawa znanego japońskiego malarza Murakamiego. Poruszające obrazy, oglądane biegiem, w pogoni za uciekającym sześcioletnim Ignacym.
Jesteśmy porażeni odmiennością japońskiego świata. Życie toczy się tu na wielu poziomach, na rozświetlonych wystawach dobra całego świata. Najbardziej zdumiewają nas jednak utensylia dla piesków, które traktowane są tu jak najdroższe istoty. Szczeniaki kosztują nawet kilka tysięcy euro, a małych ulubieńców (przeważają drobne rasy) wozi się w dziecinnych wózeczkach i przystraja w kolorowe ciuszki i kokardy.
Japończycy wydają się uniżenie grzeczni, ale jest w tej pokornej grzeczności niezachwiane przekonanie, że zasady muszą być spełniane, a wszystko, niemal każdy ruch, podlega jakiejś regulacji. Metro jeździ z idealną punktualnością i zatrzymuje się w wyznaczonych miejscach z dokładnością do jednego centymetra. Pasażerowie na peronie ustawiają się w długich kolejkach w miejscach oznakowanych jako wejścia do pociągu. Mimo ogromnego tłoku panuje wzorowy porządek, nikt się nie przepycha i nie denerwuje. W metrze wszyscy czytają w skupieniu (oczywiście „w pionie” i „od końca”) niewielkie, wydawane na gazetowym papierze książeczki, a młodzi – jak na całym świecie - bawią się smartfonami. Charakterystyczne są także maseczki na twarzach – japońskie czarczafy. W obawie przed infekcją przenoszoną drogą kropelkową nosi je prawie co trzeci mieszkaniec tego sterylnego kraju. Przy wielu przejściach dla pieszych, wyjazdach z parkingów czy wyjściach ze sklepów stoi po kilku starszych panów regulujących ruch. Inni nieruchomo stoją godzinami z ogromnymi strzałkami wskazującymi jak należy się poruszać, choć powieszenie strzałek na ścianie przyniosłoby ten sam efekt. Nie wiadomo, dlaczego tych czynności nigdy nie wykonują panie. Całość sprawia wrażenie ogromnego marnowania ludzkich zasobów, ale w ten sposób w Japonii prawie nie ma bezrobocia.
Dzień drugi
Wypuszczamy się do starej dzielnicy Tokio – Asakusy (czyt. Asaksy), w której przede wszystkim ciekawi nas buddyjska świątynia z VII wieku. Starodawna architektura, nieco obca dla przybyszów z dalekiej Europy, nas jednak zachwyca. Zadziwia ponad 600-kilogramowy lampion wiszący u powały bramy wejściowej prowadzącej na rozległy plac. Po obu stronach kolejnej bramy wiszą niemal 5-metrowe, plecione z ogromnych powrozów sandały sprzed kilkuset lat, których dotknięcie (trzeba w tym celu trochę podskoczyć) ma gwarantować szczęście i spokój duszy. Na tym placu, jak we wszystkich większych miejscach kultu na świecie, mnóstwo kramów z dewocjonaliami i drobnym rękodziełem. Wokół harmider i niekończący się tłum, gdzieniegdzie upstrzony pięknymi jak kolorowe ptaki Japonkami w tradycyjnych kimonach, z pękami kwiatów we włosach. Docieramy do świątyni. Za namową Ani odważam się zakupić wróżbę (ach te przesądy), która okazuje się całkiem korzystna. Jacek w tym czasie robi sobie kilka fotek w towarzystwie grupy Japonek w różowych kimonach.
Popołudnie Jacek z Ignackiem spędzają na Tokyo Skytree – najwyższej wieży świata (oraz drugiej najwyższej budowli na świecie, po Burj Khalifa w Dubaju). My z Anią obserwujemy w tym czasie kolorowy tłum i posilamy się w japońskiej restauracyjce. W knajpce wszyscy – co typowe dla Japonii – uniżenie grzeczni. Kelnerka niemal każde słowo potwierdza głębokim, pełnym szacunku ukłonem. Ania zwraca mi uwagę na typowe dla tej kultury podawanie pieniędzy (i rachunku) dwiema dłońmi, co oczywiście połączone jest z ukłonem.
thumb_DSC_0952_1024
Dzień trzeci
Ten dzień spędzamy w ultranowoczesnej części Tokio, na sztucznej wyspie Odaiba. Wielopoziomowe autostrady, wiszące mosty i szklano-metalowe elewacje drapaczy chmur. Czujemy się jak na Manhattanie, tylko napisy wzdłuż rzeki ostrzegające przed tsunami przypominają nam gdzie naprawdę jesteśmy. Wędrujemy wzdłuż nabrzeża do muzeum nauki. Wspaniale przygotowane sale, roboty udające ludzi (i ludzie działający niemal jak roboty), wiedza we wszystkich dziedzinach przedstawiana w przystępny sposób. Obaj nasi wnukowie, sześcioletni Ignaś i półtoraroczny Jaś są w euforii – wszystkiego można samemu dotknąć, sprawdzić jak działa. Zmęczeni atrakcjami, przygotowujemy obiecany Ignasiowi piknik na plaży, jednak zimno i wiatr wyganiają nas szybko do samochodu.
Dzień czwarty
Witamy kolejnych przyjezdnych z kraju – dołączają do nas Monika i Adam. Jadą odpocząć do domu, a my z wnukami wybieramy się do tokijskiego ZOO w rozległym parku Ueno. Jesteśmy wszyscy zachwyceni dużymi pandami, które można z bliska oglądać. Chłopcy są w euforii. Mały Jaś głośno i wyraźnie wypowiada nowe słowo „panda”, a potem z upodobaniem wybiera sobie plecaczek w kształcie tego zwierzątka. ZOO nie jest duże, ale zwierzęta są świetnie wyeksponowane, a zwiedzanie stanowi przy okazji miły spacer, gdyż alejki są otoczone bujną, parkową roślinnością.
Po wizycie w ZOO, tym razem już tylko z Jackiem, wybieramy się do Muzeum Narodowego. Skarby wystawione w muzeum – broń, wspaniałe i groźne figurki wojowników, przedmioty codziennego użytku i dzieła sztuki z minionych epok - robią na nas ogromne wrażenie. Początkowo planowaliśmy również wizytę w Muzeum Sztuki Zachodniej, gdzie można znaleźć sporo europejskich arcydzieł, ale jest ono z powodu remontu zamknięte i możemy tylko obejrzeć elewację budynku zaprojektowanego przez Le Corbusiera. Nie jest to podziw nadmierny; to co w ubiegłym wieku wydawało się supernowoczesne, teraz „trąci myszką”. Szara, betonowa, kanciasta bryła jest po prostu nieładna.
Wieczorem gościmy na kolacji kolegę Jacka, tokijskiego onkologa (który okazał ogromną pomoc podczas niedawnego pobytu Jasia w szpitalu), oraz jego małżonkę. Oboje drobni i trochę skrępowani, już w drzwiach – japońskim zwyczajem – rzucają się do zdejmowania butów. Ponieważ nie mamy dla nich obowiązkowych kapci (na marginesie – obowiązują tu dwie pary – jedna do mieszkania, druga do toalety) żartujemy, że w tym kawałku Europy nie muszą zmieniać obuwia. Nasi goście cały czas dzierżą w dłoni teczkę, z której po chwili zaczynają wyjmować drobne, bardzo „japońskie” prezenciki dla dzieci i dla nas. My rewanżujemy się polskimi produktami eksportowymi - albumem płyt z muzyką Chopina i okazałą butelką wódki noszącej to samo imię. W tym momencie pani włącza tablet i z dumą pokazuje swoją kilkuletnią córkę grającą jeden z utworów naszego kompozytora. Japończycy kochają jego muzykę, czego wyrazem są liczne koncerty i kluby jego wielbicieli, a także tradycyjnie potężna reprezentacja tego kraju na naszych konkursach chopinowskich.
Dzień piąty
Rano świętujemy urodziny Ignasia, które w tym roku odbywają się pod hasłem Star Wars. Po śniadaniu na piechotę ruszamy do parku Yoyogi. Kilka kilometrów prawdziwego Tokio - ulice, przechodnie – zwykłe codzienne życie. Potem wędrujemy przez tokijskie Champs Elysees – nazwy światowych marek mody, przepych wystaw, nawet widok samej ulicy bardzo przypominają francuski pierwowzór. Francja jest tu zresztą przedmiotem powszechnego zachwytu i uwielbienia. Tokijczycy zafundowali sobie nawet replikę wieży Eiffla, a wiele restauracji nosi dumnie francuskie nazwy i reklamuje się francuską kuchnią. Zapuszczamy się w maleńką uliczkę sklepików – jak to określił Adam – dla hipsterów. Podobno w czasie weekendu można tam spotkać wyjątkowo dziwacznie poprzebieranych i wystylizowanych młodych ludzi. Nam udaje się zobaczyć obfitych kształtów czterdziestolatkę wciśniętą w różowy kostium lalki Barbie oraz przeraźliwie szczupłego młodzieńca, całego w konsekwentnej czerni i z makijażem, jakiego nie powstydziłby się żaden przedstawiciel piekielnych czeluści. Choć to dopiero piątek przed południem, uliczka jest bardzo zatłoczona; w tym tłumie nie ma jednak prawie osobników rasy kaukaskiej. Nasza piątka, dołączyli do nas bowiem Monika i Adam, wyraźnie góruje wzrostem nad przewalającym się tłumem.
Poruszającym przerywnikiem w tej wędrówce przez tokijskie ulice jest wizyta w szintoistycznym chramie, do którego wędrujemy przez niekończące się parkowe aleje. Zabudowa świątynna nieco bardziej ascetyczna niż ta, którą widzieliśmy w Asakusie Przyglądamy się tutejszym rytuałom – obmyciu wodą, okadzeniu dymem, a potem modlitwom. Ania słusznie zauważa, że katolicki „znak krzyża” może się wydawać Japończykom równie niezrozumiały, jak nam dwukrotny pokłon, dwukrotne klaśnięcie w dłonie i ponowny pokłon.
Po wizycie w świątyni powrót do współczesności. Idziemy na największe na świecie skrzyżowanie ulic, słynne Shibuya. Istotnie, tłum mrowiący się po wielokierunkowym przejściu dla pieszych zapiera nieco dech, choć Ania przekonuje nas, że dziś jest tu niemal pusto.
Późnym popołudniem sami wyruszmy do dzielnicy knajpek – Golden Gai i „czerwonej dzielnicy”. Z metra wysiadamy na największej, a właściwie najbardziej ludnej, stacji Shinjuku. Ania twierdzi, że dziennie przewija się tędy około 4 milionów ludzi. Mam wrażenie, że ta stacja to podziemne miasto, a właściwie labirynt, z którego nie sposób się wydostać. Mimo wszystko całkiem sprawnie udaje nam się wyjść na powierzchnię, aby zobaczyć wąziutkie uliczki Golden Gai i restauracyjki, jakie widuje się w japońskich thrillerach. Do żadnej nie weszłabym bez pełnego uzbrojenia. Przez okna widać bowiem gdzieniegdzie typy jak z Yakuza, japońskiej mafii. Z pewnością w tych zakamarkach załatwiają swoje brudne interesy. Niezależnie od tego kto i co tam załatwia, przewodnik Lonely Planet poleca to miejsce jako jedno z szesnastu, które koniecznie należy w Tokio odwiedzić. Po drodze do „czerwonej dzielnicy” mijamy szintoistyczno-buddyjską świątynię. Do niej to wracający z pracy Japończycy (ci sami, którzy budują japoński cud technologiczny) wstępują, żeby w pradawny sposób pomodlić się o pomyślność oraz wykupić wróżbę lub talizman na najbliższy rok. Tak oto mieszają się tutaj sacrum i profanum w XXI wieku.
Powrót ze stacji Shinjuku okazuje się niełatwy. Kiedy po długim krążeniu po podziemnych korytarzach wydaje nam się, że docieramy na peron upragnionej linii Yamamoto, okazuje się, że jesteśmy znów na powierzchni ulicy, w trudnym do określenia miejscu. Na pytanie, gdzie jest właściwe wejście, kolejne trzy osoby udzielają nam całkowicie odmiennych odpowiedzi. Ania wyjaśniła nam potem, że japońska duma nie pozwala przyznać się do niewiedzy, zwłaszcza przed obcokrajowcem. Jako ofiary tego zwyczaju krążymy jeszcze bezradnie przez długi czas po naziemnych i podziemnych ulicach. W końcu, gdy jesteśmy bliscy załamania, właściwy peron objawia nam się niemal przypadkowo i już bez trudu docieramy do domu.
Dzień szósty
Przedpołudniowa wyprawa odbywa się w dwóch grupach. Ania, ja i chłopcy jedzemy do delfinarium, a Monika z Adamem zwiedzają stary zamek królewski i jego ogrody. Panowie odpoczywają, szykując siły na wieczór, przy czym odpoczynek Jacka jak zwykle polega na pisaniu kolejnej pracy naukowej. Wieczorem chłopcy zostają z filipińską nianią, a my wybieramy się wspólnie do tradycyjnej japońskiej restauracji, a potem na tradycyjną rozrywkę młodych Japończyków – karaoke.
Wejście do restauracji - jak w filmie – wąskie, słabo oświetlone schody, potem labirynt ciemnych korytarzy pomiędzy ściankami z parawanów. W końcu lądujemy w przygotowanej dla nas salce. Stół na wysokości łydki, pod stołem zagłębienie, w którym można schować nogi. Siedzi się całkiem wygodnie, choć nie ma wątpliwości, że siedzimy po prostu na podłodze. Usługuje nam dwoje Japończyków, którzy co chwilę przynoszą kolorowe miseczki z nieznanymi potrawami. Nie mamy wyboru, musimy używać pałeczek, co – po krótkim treningu – wydaje się dość proste. Wiktor uczy nas jak odkładać pałeczki. Nie można ich kłaść płasko na stole. Za oparcie mogą służyć specjalne porcelanowe lub drewniane podstawki, których tu nie ma, lub po prostu zwinięta kartonowa okładka, w której podaje się pałeczki. Przy okazji dowiadujemy się, że w żadnym wypadku nie należy przekazywać współbiesiadnikowi jedzenia z pałeczek do pałeczek ani umieszczać ich w ryżu znajdującym się w miseczce. Obie czynności związane są bowiem z pogrzebowymi rytuałami i żywym źle wróżą. Japońskie dania, choć nie przypominające w niczym europejskich, okazują się zaskakująco smaczne. Popite dużą ilością sake, wybornego wina lub piwa wprawiają nas w wyśmienity nastrój. Nic dziwnego, że nawet Jackowi i mnie, po takiej uczcie karakoke wydaje się świetną zabawą i razem z młodymi wydzieramy się, przekonując świat, że we are the champions.
Dzień siódmy
Ostatni dzień spędzamy w Jokohamie. Japonia postanawia pożegnać nas słonecznym, wiosennym dniem. Jesteśmy zdziwieni, że na podziemnym parkingu przy nabrzeżu jest sporo wolnych miejsc. Po chwili okazuje się, że wynika to z obaw tubylców o jego zalanie przez zdarzające się tu nierzadko tsunami Leniwie wędrujemy po nabrzeżu, zachwycając się ultranowoczesną architekturą. 500 metrów od portu znajduje się Chinatown, ponoć największe w Azji. Chińczycy przybyli tu w połowie XIX wieku, kiedy Japonia po wielowiekowej całkowitej izolacji otworzyła się nieco na świat, a rząd zezwolił na osiedlanie się obcych przybyszów. Jokohama, która bardzo ucierpiała w czasie katastrofalnego trzęsienia ziemi na początku XX wieku, jest obecnie niemal europejskim miastem, z szerokimi ulicami i nowoczesną zabudową.
To nasz ostatni japoński spacer. Oboje z Jackiem mamy te same wrażenia. Jechaliśmy tu z nieufnym nastawieniem, nieco podsyconym przez relacje Terzaniego. Spodziewaliśmy się zamkniętego, nieco wrogiego społeczeństwa. Tymczasem Japonia ukazała nam się jako cudownie kolorowy, choć bardzo zaludniony, zakątek świata. Różnorodność postaw, od lolitek i zdziecinniałych panienek wystrojonych jak trzylatki i tulących do piersi małe, równie wystrojone pieski, poprzez ciężko pracujących, dumnych ze swojej pracy ludzi, miłujących muzykę i sztukę, po okrutnych wojowników i bezwzględnych żołnierzy - szczęśliwie tych ostatnich można spotkać już tylko w muzeach i historycznych zapisach. Zaczęliśmy dostrzegać mądrość tego narodu, który – żyjąc w ogromnym zatłoczeniu i ciągłym zagrożeniu naturalnymi katastrofami i ze strony silnych sąsiadów – potrafił wypracować styl życia pozwalający zachować godność i radość z przeżywanej codzienności.