Japonia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Zwyczaje Anna Jassem

Co w Japonii jest cudne, a co paskudne – zapiski z perspektywy 6 miesięcy

Oto, co w Japonii jest cudne:

  • Gdy wracam o północy ze środowych, babskich pogadanek o książkach i nie muszę bać się ani o siebie, ani o rower (którego zresztą nigdy nie przypinam). Albo gdy obserwuję z oddali szalejących po parku synków, nie obawiając się pedofila, porywacza czy agresywnego psa. Miłą odmianą po Brukseli jest też fakt, że pozostawiona na stacji metra torba nie budzi popłochu; jest po prostu zgubą, którą należy przekazać zawiadowcy stacji.

DSC_0429.jpg

Oto, co w Japonii jest cudne:

  • Gdy wracam o północy ze środowych, babskich pogadanek o książkach i nie muszę bać się ani o siebie, ani o rower (którego zresztą nigdy nie przypinam). Albo gdy obserwuję z oddali szalejących po parku synków, nie obawiając się pedofila, porywacza czy agresywnego psa. Miłą odmianą po Brukseli jest też fakt, że pozostawiona na stacji metra torba nie budzi popłochu; jest po prostu zgubą, którą należy przekazać zawiadowcy stacji.

  • Gdy w zatłoczonym porannym metrze nikt człowieka nie popycha, nie atakuje nadmiarem perfum czy wonią potu, a zapytany o drogę współpasażer (mimo że sam w pośpiechu) bez cienia zniecierpliwienia doprowadzi zgubionego gaijina do celu. Bardzo też jest przyjemne, że gdy uśmiechnąć się bezinteresownie do mijanego przechodnia, ten nie zareaguje ani spojrzeniem „czego”, ani nie uzna cię natychmiast za swojego „best frienda”.

  • Małe życia uciechy. Nabierać pałeczkami malutkie kąski z osobnych naczynek; w jesiennym kociołku nabe znaleźć plasterek marchewki w kształcie liścia klonu; delektować się czarką gęstej matchy o poranku. Wychodząc z restauracji, otrzymać symboliczny upominek, który szkoda otworzyć, żeby nie zniszczyć opakowania. Przysiąść z przyjaciółmi na kocu, przyglądając się opadającym płatkom wiśni.

_20151119_213414

Oto, co jest paskudne:

  • Akihabara, z jej smutkiem, zagubieniem i alienacją. Tłum mężczyzn, a każdy osobny i samotny. Wyuzdano-słodkie pokojówki o wielkich oczach przywołują na myśl przerażone zwierzątka. Huk elektroniki i krzykliwe reklamy dopełniają poczucia upiorności.

  • Słodkie chotto… na pytanie, czy mogę wsiąść z trójką dzieci do (6-osobowego) wagonika w parku rozrywki wcale nie oznacza, że jest to „troszkę” skomplikowane, ale stanowczo wykluczone. Przecież jest napisane, że na jednego dorosłego przypada maksimum dwoje dzieci i nic to, że wagonik jest całkowicie pusty, a najmłodsza z pociech ma 5 lat… Nawet moim dzieciom (które na trampolinie mogłyby spędzić cały dzień) skakanie nie sprawia przyjemności, gdy muszą to robić pojedynczo, a każdy ich podskok jest nadzorowany i życzliwie komentowany.

  • Niemożność publicznego okazywania emocji - ryknięcia śmiechem (gdy człowiekowi wesoło) lub płaczem (gdy smutno). Gdy przy kolejnym już przyjęciu do szpitala, mojemu dziecku robią testy na sepsę, nie jestem w stanie ukryć łez. Na ten widok zmieszane pielęgniarki zaczynają chichotać. „Nerwowa matka” – zostaje skrupulatnie odnotowane w szpitalnych aktach.

DSC_0429.jpg

Podobno z czasem paskudne bierze górę nad cudnym, choć w wypowiedziach Polek z dużo dłuższym stażem w Japonii nadal przeważa optymizm.

Read More
Japonia, Zwyczaje Wiktor Staniecki Japonia, Zwyczaje Wiktor Staniecki

Cztery kółka po japońsku czyli "Nihon de kuruma o kaimashita!"

Kupować samochodu w Japonii nie zamierzaliśmy. Jednak trzy dni przed przeprowadzką dowiadujemy się, że nasz roczny zaledwie diesel nie jest w Japonii mile widziany. Oficjalnie z powodu innych norm środowiskowych (diesle są w Japonii bardzo niepopularne), choć podejrzewamy, że normy nie byłyby problemem, gdyby auto nie było koreańskie. To stanowczo większe wykroczenie niż niekompatybilna ilość cząsteczek sadzy na kilometr.

TOYOTA_ist_Pikachu_Car.jpg

Kupować samochodu w Japonii nie zamierzaliśmy. Jednak trzy dni przed przeprowadzką dowiadujemy się, że nasz roczny zaledwie diesel nie jest w Japonii mile widziany. Oficjalnie z powodu innych norm środowiskowych (diesle są w Japonii bardzo niepopularne), choć podejrzewamy, że normy nie byłyby problemem, gdyby auto nie było koreańskie. To stanowczo większe wykroczenie niż niekompatybilna ilość cząsteczek sadzy na kilometr.

Tak więc w Tokio znaleźliśmy się bez auta. Po początkowej ekstazie i przekonywaniu samych siebie, że samochód nie jest nam potrzebny - bo autostrady drogie, parkingów brak, świetna komunikacja masowa - doszliśmy do wniosku, że noszenie siat z zakupami i ponadgodzinne przeprawy przez miasto z jaśkowym wózeczkiem oraz trzema przesiadkami jest jednak ponad nasze siły. Zapadła decyzja – kupujemy auto.

Sprawa wydawała się prosta. Japonia jest jednym z największych rynków aut na świecie i oferta samochodów używanych jest gigantyczna. Przeto ochoczo zabrałem się za przeglądanie tysięcy ogłoszeń, mozolnie przedzierając się przez kanji i kany. Potencjalnie groziła nam klęska urodzaju. W Japonii samochody są poddawane bardzo dokładnym badaniom technicznym, co w połączeniu z podatkami faworyzującymi nowe auta sprawia, że utrzymanie samochodu starszego niż 7-10 lat staje się nieopłacalne. To powoduje, że ceny są niższe niż w Europie. Do tego przebiegi są śmiesznie niskie. Jedenastoletnie auta z przebiegiem 20-30 tys. kilometrów nie są tu rzadkością. Raj dla autofilów takich jak ja.

Bardzo szybko okazało się jednak, że nie będzie tak różowo. Co z tego, że samochód jest dostępny, jeśli nikt ze sprzedawców nie mówi po angielsku (a ja po japońsku). Umówienie się na wizytę przez telefon nie wchodziło w rachubę. Na angielskie maile, odpowiedź dostawałem po japońsku, że i owszem samochód jest na sprzedaż, ale proszę pisać/mówić po japońsku albo przyjść z jakimś Japończykiem.

Dzięki pomocy naszych strażników, udało mi się umówić na wizytę w komisie specjalizującym się w Mercedesach. Cena wywoławcza atrakcyjna, auto ładne, więc z pomocą Google Translate szykuję się do negocjacji. I tu czeka mnie ogromna niespodzianka i kolejne potwierdzenie, że Japonia jest kulturowo całkowicie odmienna od Europy.

Kupując auto w Europie, przyzwyczajeni jesteśmy do zbijania ceny. Nie tutaj. Pan Komisant z uśmiechem wręcza mi wycenę, która jest o 30% wyższa od ceny wywoławczej. Na moje nieśmiałe protesty, że jak to, zawile tłumaczy (cały czas przez Google Translate), że cena wywoławcza to cena hurtowa, a trzeba jeszcze doliczyć podatki za wagę, przepisanie rejestracji oraz dostarczenie wozu, a tak w ogóle to z gaijinami operacja jest skomplikowana i  dla Japończyka byłoby tylko 15% drożej.

Biorę nogi za pas i rewiduję strategie. Ogromna większość aut w Japonii jest sprzedawana przez system aukcji, gdzie dziennie zmienia właściciela ponad 5-6 tysięcy aut. Każde większe miasto ma co najmniej jeden (gigantyczny) dom aukcyjny. Jednak by móc takie auto kupić, trzeba być profesjonalnym dilerem. Znajduję dwóch mówiących płynnie po angielsku. Po podaniu kryteriów (typ auta, cena, wiek, przebieg) zaczyna się polowanie. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ostateczna cena proponowanych samochodów jest co najmniej 50% wyższa niż ich wartość rynkowa.

Zaczynam wpadać w rozpacz, a doprowadzić mnie do takiego stanu naprawdę nie jest łatwo, bo samochody/motocykle kocham. Kolejny raz zmieniam strategię – tym razem będę próbował u fabrycznych dilerów. To okazuje się strzałem w dziesiątkę. Japońska koleżanka z pracy litościwie zgadza się umówić mnie na obejrzenie Toyoty. Jadę ze stanowczym postanowieniem, ze jeśli nie będzie (bardzo) mocnych przeciwskazań, to samochód kupię, choćby nie wiem co.

Nasza Toyota

Nasza Toyota

Samochód jest na szczęście fajny, choć srebrny, co wzbudza protesty Ani. Zadowolony - znów przez Google Translate i mowę ciała - oznajmiam sprzedającemu, że auto kupuję, spodziewając się, że cena jak zwykle magicznie podskoczy. Jakież jest moje zdziwienie, gdy cena spada, bo gaijina dyplomaty wiele z podatków/opłat nie obowiązuje. Do tego dorzucony jest przegląd i roczna gwarancja. Bingo. Samochód ma tylko 5 lat, ale gigantyczny jak na Japonię przebieg – 100.000 km (stąd niska cena) plus (oprócz akumulatora do wymiany i małej ryski na drzwiach pasażera) nic mu nie dolega.

Po zawiłych procedurach administracyjnych, w których na szczęście wspomaga mnie nasz pion administracyjny, nadchodzi moment dostarczenia auta. Przywozi je osobiście kierownik oddziału dilerskiego, przekazując samochód z głębokim ukłonem. Sam, bez kurteczki i pomimo deszczu i zimna, truchtem oddala się do stacji metra.

Auto jest dogłębnie wymyte, pachnące, po serwisie, z nowym akumulatorem, o którego wymianę nie prosiłem. Ryskę też zamalowali. Chyba jednak japońska kultura sprzedaży nie jest taka zła. Przecież oddanie niedoskonałego samochodu klientowi (okyakusama wa kamisama desu – klient jest bogiem, mówi przysłowie) byłoby niehonorowe.

Read More
Akcenty polskie w Japonii, Japonia Anna Jassem Akcenty polskie w Japonii, Japonia Anna Jassem

Chopin w Japonii

Na pytanie, skąd jesteśmy, zwykle odpowiadamy, że jesteśmy Polakami od kilkunastu lat mieszkającymi w Belgii. Japonia jest bodaj pierwszym krajem, w którym więcej osób kojarzy naszą pierwszą niż drugą "ojczyznę". Najczęstsze skojarzenie to Chopin, ale spotkaliśmy i pana który chodził na kurs polskiej kuchni. W tokijskich supermarketach z importowanymi produktami można dostać polską szynkę, sezamki i żubrówkę. W kilku sklepach widzieliśmy ceramikę z Bolesławca, a w większości anglojęzycznych księgarni dostępne są nasze ukochane „Mapy” Mizielińskich.

thumb_DSCF1203_1024.jpg

Na pytanie, skąd jesteśmy, zwykle odpowiadamy, że jesteśmy Polakami od kilkunastu lat mieszkającymi w Belgii. Japonia jest bodaj pierwszym krajem, w którym więcej osób kojarzy naszą pierwszą niż drugą "ojczyznę". Najczęstsze skojarzenie to Chopin, ale spotkaliśmy i pana który chodził na kurs polskiej kuchni. W tokijskich supermarketach z importowanymi produktami można dostać polską szynkę, sezamki i żubrówkę. W kilku sklepach widzieliśmy ceramikę z Bolesławca, a w większości anglojęzycznych księgarni dostępne są nasze ukochane „Mapy” Mizielińskich.

Raz w roku zdarza się natomiast okazja, by posłuchać, jak Japończycy radzą sobie z językiem polskim. Od ponad 20 lat w Ambasadzie RP w Tokio odbywają się bowiem konkursy krasomówcze języka polskiego. W tegorocznej edycji (w której miałam okazję być jurorką) startowało dziesięciu uczestników, głównie studentów (jedynej w kraju) polonistyki na Tokijskim Uniwersytecie Studiów Międzynarodowych (TUFS), ale trafił się i 69-letni pasjonat, który polskiego uczy się na kursach weekendowych.

Treść wystąpień była niezwykle zróżnicowana: podczas gdy panie poruszały głównie poważniejsze tematy (pożytki z edukacji; zainteresowania i pasje), panowie celowali w tematyce humorystycznej (doświadczenia z polską kuchnią czy serwisami randkowymi). Co ciekawe, aż trzech uczestników wspominało o holocauście (m.in. w kontekście filmu "Persona non grata”, opowiadającego historię japońskiego konsula na Litwie, Chiune Sugihary, który wystawiając fałszywe wizy, ocalił tysiące litewskich i polskich Żydów). Mnie najbardziej ujął zdobywca trzeciego miejsca swoim iście arystotelejskim wywodem o cechach ludzkiego charakteru.

Poland

Poland

Co skłania Japończyków do nauki polskiego? Jedną z uczestniczek zainspirowała postać Polski (sympatycznego chłopaka o dziewczęcych rysach i przekornym charakterze) z komiksu „Axis Powers Hetalia”, w zabawny sposób przedstawiającego dzieje świata. Z kolei 69-letni amator kajakarstwa wspomina, że „pewnego dnia [znalazł] ulotkę o spływach kajakowych w Polsce, na rzece Biebrzy. Woda w rzece na zdjęciu jest czysta i spokojna. Rośliny wodne pływają delikatnie, w kajakach ładne kobiety uśmiechają się wesoło… Myślałem, że to idealne miejsce dla starszego kajakarza!”.

Poziom większości wystąpień był imponujący, zwłaszcza zważywszy, że nikt z uczestników nie uczył się polskiego dłużej niż 4 lata. Osoby dopiero zaczynające przygodę z polskim nieco gorzej radziły sobie ze zrozumieniem pytań jurorów oraz z wymową. Podczas gdy w japońskim w zasadzie nie ma głosek, które byłyby trudne do wymowy dla Polaka, w drugą stronę sprawa jest bardziej skomplikowana. Japończycy (poza n) nie znają samodzielnych spółgłosek (stąd np. dodatkowe "u" w wyrazach takich jak „przed[u]stawić” czy „s[u]tatek”). Trudności sprawiają również inne polskie dźwięki. I tak y bywa zastępowane przez i ("któri", "tituł"), l przez r ("dra") a w przez b ("niebygodny").

Atmosfera  konkursu była przesympatyczna, również dzięki dopingowi publiczności (wśród której było sporo Polaków studiujących japonistykę na TUFS). Wszyscy uczestnicy otrzymali nagrody książkowe, a laureaci trzech pierwszych miejsc dodatkowo stypendia językowe w Polsce.

Read More
Japonia, Sztuka Anna Jassem Japonia, Sztuka Anna Jassem

Dojrzalszy Takashi Murakami - nowa Guernica czy kolejny zgryw?

Tym, co chyba najbardziej zachwyca w Tokio, jest bogactwo oferty kulturalnej. Tylko w tym miesiącu miłośników malarstwa kuszą m.in. wystawy Botticellego, XVII-wiecznych mistrzów holenderskich (w tym Vermeera i Rembrandta), prerafaelitów czy ikony japońskiego pop-artu – Takashiego Murakamiego. Chcąc uszczęśliwić i Jaśka decyduję się tego ostatniego. To artysta łatwy w odbiorze i charakterny – myślę sobie - żywe kolory, komiksowe postaci – coś w sam raz dla dwulatka.

thumb_DSC_0733_1024.jpg

Tym, co chyba najbardziej zachwyca w Tokio, jest bogactwo oferty kulturalnej. Tylko w tym miesiącu miłośników malarstwa kuszą m.in. wystawy Botticellego, XVII-wiecznych mistrzów holenderskich (w tym Vermeera i Rembrandta), prerafaelitów czy ikony japońskiego pop-artu – Takashiego Murakamiego. Chcąc uszczęśliwić i Jaśka decyduję się tego ostatniego. To artysta łatwy w odbiorze i charakterny – myślę sobie - żywe kolory, komiksowe postaci – coś w sam raz dla dwulatka.

Okrzyknięty japońskim Andym Warholem artysta jest bodaj najbardziej znanym na świecie japońskim twórcą, a jednocześnie postacią skrajnie kontrowersyjną. Mimo doktoratu z tradycyjnego japońskiego malarstwa nihonga na Tokijskim Uniwersytecie Sztuk Pięknych w swoich pracach inspiruje się głównie estetyką mangi i anime. To z tej fascynacji wyrastają słodko-straszne komiksowe stwory czy niepokojąco uśmiechnięte kwiatki. W 2000 roku Murakami tworzy koncepcję superflat, która daje źródło całemu ruchowi artystycznemu. „Superpłaskość” w zamyśle autora odnosi się zarówno do charakterystycznej dla japońskiej sztuki (od drzeworytów z okresu Edo po współczesną mangę) dwuwymiarowości, jak i do „spłaszczenia” i zdziecinnienia powojennego japońskiego społeczeństwa. Zwolennicy dopatrują się w pracach Murakamiego głębokiej krytyki japońskiej psyche. Krytycy zarzucają mu obsceniczność, miałkość przekazu i nadmierną komercjalizację (artysta współpracował m.in. z markami Louis Vuitton, Casio i Vans oraz z raperem Kanye Westem). Kontrowersje budzi też sam proces tworzenia - większość prac powstaje w ponad 100-osobowej fabryce artystycznej Kaikai Kiki, która jednocześnie przyczynia się jednak do promocji pracujących w niej artystów (m.in. dzięki organizowanym dwa razy do roku wernisażom).

Wystawa w tokijskim Mori Art Museum prezentuje nowy nurt twórczości Murakamiego, zainspirowany trzęsieniem ziemi, tsunami i katastrofą nuklearną, które dotknęła Japonię w 2011 roku. W jednym z wywiadów Murakami deklaruje, że te tragiczne wydarzenia “zrodziły [w nim] potrzebę zrozumienia duchowości” i uświadomiły mu, że „kapitalizm i pogoń za pieniądzem nie mogą być dłużej głównymi motywami [jego] pracy”. „Dostrzegłem, że sztuka jest formą uzdrawiania” – twierdzi artysta, który organizował aukcje charytatywne (w tym własnych prac) na rzecz poszkodowanych. Tytułowe dzieło 500 Arhantów (jap. Gohyaku-Rakanzu) to monumentalny (100-metrowy) obraz przedstawiający postaci pięciuset oświeconych uczniów Buddy na tle m.in. szalejącego ognia i wiatru. Całość składa się z czterech części, których tytuły pochodzą od imion taoistycznych bóstw: niebieskiego smoka strzegącego północy, białego tygrysa - zachodu, feniksa - południa i czarnego żółwia - północy. Do pracy nad tym kolosem artysta zatrudnił ponad 200 podwykonawców – studentów malarstwa z całego kraju, a także pracowników Kaiki Kiki (powstawanie obrazu można podejrzeć na tym filmie). Przyrównywany do Guerniki Picassa obraz po raz pierwszy wystawiono w 2012 roku w Katarze (który jako jeden z pierwszych krajów na świecie udzielił pomocy ofiarom japońskiej katastrofy).

Święci mędrcy buddyjscy to popularny motyw w japońskiej sztuce, często wykorzystywany do pokrzepienia serc w obliczu nękających kraj kataklizmów. Murakami łączy jednak tradycyjne motywy religijne z własnym psychodelicznym stylem – kosmiczne tło, dzikie kolory, karykaturalne postaci. “Dlaczego ci panowie są tacy strasznie brzydcy?” pyta z niesmakiem Ignaś, któremu pokazuję zdjęcia z wystawy. Faktycznie – podczas gdy w tradycyjnych przedstawieniach postaci Arhantów były idealizowane - u Murakamiego buddyjscy mnisi przypominają obleśnych starców, z groteskowo wykrzywionymi twarzami i grubymi brzuchami. Według jednej z interpretacji, szpetni staruszkowie to w istocie autoportety samego Murakamiego. Jasiek urzeczony studiuje fosforyzujące płótna. A ja zastanawiam się, czy 500 Arhantów to przejaw autentycznej przemiany artystycznej Murakamiego, czy zwykły figiel. W każdym razie ten przewrotny dialog z tradycją na pewno nie pozostawia obojętnym.

Poza 500 Arhantami duże wrażenie robią także inne nowe prace Murakamiego, m.in. trupie czaszki w wersji kawaii, (lekko demoniczne) autoportety artysty oraz kolejne odsłony słynnego Mr Doba (niepokojącego stwora o trzech oczach i zębatym uśmiechu).

Read More
Japonia, Religia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Religia, Zwyczaje Anna Jassem

Meri Kurisumasu!

W szintoistyczno-buddyjskiej Japonii, Boże Narodzenie (zwane tu Kurisumasu) jest świętem przede wszystkim komercyjnym i dość dalekim od chrześcijańskiego pierwowzoru. Joanna Bator uznaje japońskie kurisumasu za swego rodzaju „kompilację, która z daleka wydaje się dziwaczna, jak pizza z wodorostami i narybkiem, ale można się w niej rozsmakować”.* Zaraz po Halloween w tokijskich centrach handlowych pojawiają się choinki i kolędy, a w grudniu całe miasto rozbłyska przepięknymi świątecznymi iluminacjami.

december-blog-photos-2.jpg

W szintoistyczno-buddyjskiej Japonii, Boże Narodzenie (zwane tu Kurisumasu) jest świętem przede wszystkim komercyjnym i dość dalekim od chrześcijańskiego pierwowzoru. Joanna Bator uznaje japońskie kurisumasu za swego rodzaju „kompilację, która z daleka wydaje się dziwaczna, jak pizza z wodorostami i narybkiem, ale można się w niej rozsmakować”.* Zaraz po Halloween w tokijskich centrach handlowych pojawiają się choinki i kolędy, a w grudniu całe miasto rozbłyska przepięknymi świątecznymi iluminacjami. W większości znanych nam domów są choinki, prezenty dla maluchów, smażony kurczak (KFC bije ponoć tego dnia rekordy sprzedaży) oraz kurisumasu kēki, czyli okropnie słodki biszkopt z bitą śmietaną i truskawkami (nota bene mianem kurisumasu kēki zwykło się dawniej określać również niezamężne kobiety po 25. roku życia, przez analogię z niesprzedanymi tortami świątecznymi, których ceny drastycznie spadają po 25. grudnia). Kurisumasu najbliższe jest jednak amerykańskim walentynkom. W Japonii to bowiem przede wszystkim święto zakochanych, romantycznych kolacji przy świecach i wizyt w ekskluzywnych rabu hoteru.

My podchodzimy do sprawy bardzo (zbyt?) na luzie. W poszukiwaniu suszonych grzybów i buraków, wyprawiamy się wprawdzie (pożyczonym specjalnie z tej okazji) samochodem do hurtowni z zachodnimi towarami (jak za PRLu, wszystkie te zdobycze piętrzą się potem na balkonie), ale jakoś nikomu nie chce się ślęczeć w kuchni. W Wigilię korzystamy z pięknego słońca i do 16tej włóczymy się po parkach i placach zabaw. W konsekwencji do kolacji wigilijnej zasiadamy o 20tej, przy całych …. czterech potrawach. Dzięki wiktorowej grzybówce i pierogom z kapustą (oraz kolędom z youtube’a) tradycji choć w części staje się zadość. Po kolacji idziemy na dach, wyglądać Mikołaja, a spryciarz korzysta z naszej nieobecności, żeby zakraść się pod choinkę. W pierwszy dzień świat Jasiek ma badanie kontrolne w szpitalu – tym razem po „zaledwie” 3 godzinach czekania i pobieżnym osłuchaniu dostajemy potwierdzenie, że „daj dziobu” (czyli wszystko ok!). Kolejne wolne dni spędzamy tak, żeby sprawić radość naszym świątecznym dziczkom – są wiec parki, zoo i legoland.

Świąteczne dziczki

Świąteczne dziczki

Zoo w parku Ueno

Zoo w parku Ueno

Park Ueno

Park Ueno

december blog photos-15

december blog photos-15

Najważniejszym świętem w Japonii jest Nowy Rok (oshōgatsu), obchodzony od 31 grudnia do 3 stycznia. Ze względu na swój rodzinny i tradycyjny charakter, obchody noworoczne bardziej niż Kurisumasu przypominają nasze Boże Narodzenie. Przygotowania zaczynają się już w grudniu. Przez cały miesiąc w firmach organizowane są bonenkai, czyli suto zakrapiane imprezy na pożegnanie (dosłownie „zapomnienie”) starego roku. W domach to czas generalnych porządków. Powszechnym zwyczajem jest również wysyłanie noworocznych życzeń, które poczta zobowiązuje się dostarczyć dokładnie 1. stycznia (i my znajdujemy w skrzynce noworoczną karteczkę przygotowaną w szkole przez Ignasia). Wejścia do budynków dekoruje się m.in. bambusem i gałązkami sosnowymi (które symbolizują odpowiednio siłę i długowieczność). Mają one wskazywać drogę duchom przodków, które w okresie noworocznym zstępują na ziemię (a wracają do zaświatów wraz ze spaleniem noworocznych dekoracji 7. stycznia).

Nasza sylwestrowa domówka

Nasza sylwestrowa domówka

Sylwestra tradycyjnie spędza się w gronie rodzinnym, np. oglądając nadawany corocznie od roku 1951 konkurs muzyczny, w którym o zwycięstwo walczy ekipa biała (panowie) i czerwona (panie). O północy gongi w buddyjskich świątyniach biją nieprzerwanie 108 razy, aby uwolnić ludzi od 108 pokus, będących źródłem cierpienia. W czasie trzech pierwszych dni stycznia pulsujące normalnie Tokio zieje pustką. Pozamykane są wszystkie restauracje i sklepy. To czas, który spędza się z rodziną, zajadając (zaokrąglonymi z obu końców pałeczkami – jeden koniec dla ludzi, drugi dla bogów) przygotowane zawczasu noworoczne przysmaki (osechi ryōri). I tak, ikra śledzia ma zapewnić płodność, czarna soja – zdrowie, a pasta z kasztanów i słodkich ziemniaków - bogactwo. Potraw tych jest znacznie więcej, a ułożone w specjalnych lakowanych pudełkach wyglądają jak istne dziełka sztuki. Między pierwszym a trzecim stycznia należy również odbyć pierwszą w nowym roku wizytę w świątyni lub chramie (hatsumōde). To dobra okazja, żeby nabyć noworoczną wróżbę (o-mikuji) oraz stosowny amulet na nadchodzący rok (o-mamori), np. gwarantujący dobre wyniki w nauce, sukces w biznesie czy pomyślny przebieg ciąży. I my maszerujemy do chramu Meiji, jednak poddajemy się na widok kilkusetemetrowej kolejki wiernych.

Zaraz po Nowym Roku atmosfera zadumy i spokoju ustępuje miejsca szałowi wyprzedaży. W Alejach Omotesando - gdzie zapuszczamy się nieopatrznie 4 stycznia - przepchnięcie się z wózkiem graniczy z cudem. Stojący na specjalnych podwyższeniach sprzedawcy wykrzykują coś zapamiętale przez megafon. Przed sklepami tworzą się kolejki po fukubukuro - dosłownie „torebki pełne szczęścia”, a de facto kota w worku, bo zawartość torebki aż do zapłaty pozostaje tajemnicą.

* Joanna Bator, Rekin z parku Yoyogi, W.A.B. 2014, s. 126.

Read More
Japonia, Służba zdrowia Anna Jassem Japonia, Służba zdrowia Anna Jassem

Powrót z jądra ciemności

Jasinek od jakiegoś czasu nie czuje się najlepiej. Nawracający kaszel, gorączki. Czterokrotnie odwiedzamy popularnego wśród tokijskich ekspatów pediatrę. Ten po ekspresowym badaniu (szybki rzut oka do gardła i uszu i trzykrotne przyłożenie słuchawki bez rozebrania dziecka) za każdym razem stwierdza anginę, żartując przy tym, że „mamusie zawsze niepotrzebnie się martwią”. Jako że Jasiek świszcze i ledwo oddycha, postanawiamy zasięgnąć opinii drugiego lekarza. Rentgen wykazuje poważne zapalenie płuc, wymagające natychmiastowej hospitalizacji.

thumb_DSC_0505_1024.jpg

Jasinek od jakiegoś czasu nie czuje się najlepiej. Nawracający kaszel, gorączki. Czterokrotnie odwiedzamy popularnego wśród tokijskich ekspatów pediatrę. Ten po ekspresowym badaniu (szybki rzut oka do gardła i uszu i trzykrotne przyłożenie słuchawki bez rozebrania dziecka) za każdym razem stwierdza anginę, żartując przy tym, że „mamusie zawsze niepotrzebnie się martwią”. Jako że Jasiek świszcze i ledwo oddycha, postanawiamy zasięgnąć opinii drugiego lekarza. Rentgen wykazuje poważne zapalenie płuc, wymagające natychmiastowej hospitalizacji. W szpitalu czeka nas jednak koszmarna niespodzianka, bo każą nam zostawić Jasinka zupełnie samego. Obdzwaniamy inne szpitale, ale bariera językowa nie pozwala nam zrozumieć, czy będziemy mogli towarzyszyć Jaśkowi, a infolinia medyczna dla cudzoziemców jest czynna tylko do 20tej. Z pomocą przychodzi facebookowa grupa tokijskich mam ekspatek. Na zadanie w piątek o 23tej pytanie w ciągu godziny dostaję kilkanaście odpowiedzi. W kolejnym szpitalu na przyjęcie czekamy 7 godzin, w czasie których co najmniej dziesięciokrotnie musimy podać numer telefonu, adres itp. Przypomina nam się procedura wydania japońskiego prawa jazdy, kiedy przez cały dzień odsyłano nas z jednego okienka do drugiego (np. osobno po zdjęcie analogowe i cyfrowe).

W końcu trafiamy na oddział pediatryczny. Po podaniu tlenu, kroplówki i dożylnych antybiotyków, stan Jaśka poprawia się dosłownie z godziny na godzinę. Po wszystkich torturach (pobieranie krwi, wenflon itp.) bidulek jest jednak kłębkiem nerwów; śpi wyłącznie na rękach, a na widok białego fartucha wpada w histerię. Szybko też zaczyna się nudzić w szpitalnym łóżeczku, wskazując wymownie na swoje buciki i namawiając do brrrm, brrrm (spaceru). Nas też męczy koczowanie na lilipucim posłaniu, w towarzystwie trzech innych rodzin, zwłaszcza że jeden z japońskich tatów chrapie jak Godzilla. Skaczemy więc z radości, gdy po czterech dniach wypuszczają nas do domu.

thumb_DSC_0505_1024.jpg

Jaśkowa kolacja (pozostałe posiłki wyglądały tak samo)

Szczęście nie trwa jednak długo, bo już nazajutrz całą czwórkę dopada grypa żołądkowa (prawdopodobnie przyniesiona przez Ignasia ze szkoły), a kolejnego dnia Jasiek – oprócz biegunki - ma znowu kaszel i wysoką gorączkę. Spanikowani (choć ledwo żywi po nocy spędzonej w toalecie) wracamy do szpitala. Obawiamy się, że z powodu grypy żołądkowej Jasiek nie przyswaja antybiotyków. Lekarze twierdzą jednak, że tym razem to ‘tylko’ infekcja wirusowa i odsyłają do domu… Po dwóch dniach biedak nie jest w stanie ustać na nogach. Po raz trzeci zjawiamy się w szpitalu. Niestety okazuje się, że nasze obawy były zasadne.

Tym razem (jako że grypa żołądkowa jest bardzo zakaźna) lądujemy na pięć dni w jedynce. Co za luksus! Mamy nawet własną łazienkę i widok z okna jak z fototapety.

Po odsłonięciu firanki w nowym pokoju, Jasiek stwierdził, że „woooow!”

Po odsłonięciu firanki w nowym pokoju, Jasiek stwierdził, że „woooow!”

Szpitalny rygor nie pozwala jednak cieszyć się prywatnością. Na drzwiach można wprawdzie zawiesić tabliczkę nete imasu („śpi”), ale nie powstrzymuje to całodniowej procesji personelu. W 10-minutowych odstępach zjawiają się: pani od opróżniania koszy na śmieci, pan pobierający opłaty za posłanie, pani od mycia podłogi, pielęgniarka od inhalacji, lekarz od podawania antybiotyków, pielęgniarka od podawania probiotyków, pani od ustawiania sprzętów w pokoju pod kątem prostym oraz pielęgniarka od mierzenia temperatury. Żadna z tych czynności absolutnie nie może poczekać 30 minut, żeby dziecko mogło się spokojnie zdrzemnąć. Swoją drogą ta posunięta do bólu specjalizacja (krew pobiera Jaśkowi sześć osób: jedna od strzykawki, druga od wacika, trzecia od trzymania rączki itd.) tłumaczy pewnie niskie bezrobocie w Japonii. Szybko też odkrywamy, że relacja lekarz-pacjent wygląda zupełnie inaczej niż w Belgii. Lekarza tytułuje się tu sensei („mistrzu”), wita i żegna najgłębszym, 45-stopniowym rodzajem ukłonu (saikeirei), ale raczej nie wypytuje o stan pacjenta czy szczegóły leczenia. Jesteśmy chyba pierwszymi w historii szpitala pacjentami, którzy proszą o wyniki badań i nazwy podawanych dziecku leków.

Ostatnia niespodzianka czeka nas, gdy próbujemy uzyskać stosowne papiery dla naszej ubezpieczalni. Zaświadczenie w języku angielskim kosztuje ponad 10 tysięcy jenów (~350 PLN), a w japońskim - zaledwie 540 jenów. Jednak cena tego ostatniego wzrasta 10krotnie, jeśli ma być podany powód hospitalizacji...

Od wczoraj jesteśmy ponownie w domu, za tydzień badanie kontrolne. Z planowanego wyjazdu do Malezji nici, ale najważniejsze że jesteśmy razem, a Jasiek dochodzi do siebie.

Read More
Japonia, Język japoński Anna Jassem Japonia, Język japoński Anna Jassem

Między słowami, czyli nasze zmagania z japońskim

Tiziano Terzani tak opisuje swoją pierwszą lekcję japońskiego:

„- Zna pan jakieś japońskie przysłowie? – pyta [nauczyciel]. 

- Nie.

- Więc proszę na początek nauczyć się tego: <Kiedy wiatr wieje, wytwórcy drewnianych kadzi stają się bogaci>.

- Nie rozumiem...

Japanese-language.png

Tiziano Terzani tak opisuje swoją pierwszą lekcję japońskiego:

„- Zna pan jakieś japońskie przysłowie? – pyta [nauczyciel]. 

- Nie.

- Więc proszę na początek nauczyć się tego: <Kiedy wiatr wieje, wytwórcy drewnianych kadzi stają się bogaci>.

- Nie rozumiem...

- To proste - odpowiada. - Wiatr wznieca kurz, kurz oślepia, ślepcy zarabiają na życie, grając na instrumentach strunowych, struny są wyrabiane z kocich jelit, im więcej ginie kotów, tym więcej myszy biega po mieście, myszy wygryzają dziury w drewnianych kadziach, a im więcej potrzeba drewnianych kadzi, tym bardziej bogacą się ich wytwórcy. Logiczne, prawda? I tak samo logiczny jest język japoński”.*

Przez kilka pierwszych lekcji łudzimy się, że nie będzie tak źle. Nauka języków europejskich przeważnie przebiega tak samo – czyli najpierw odmiana ‘być’ i ‘mieć’. W japońskim miłe zaskoczenie – nie ma odmiany czasowników, nie ma rodzajników ani liczby mnogiej. Dwadzieścia pięć to dwa-dziesięć-pięć, a wrzesień to dziewięć-miesiąc. Ignaś już po tygodniu szkoły mruczy pod nosem ichi – ni – san (raz-dwa-trzy) przed zjazdem ze zjeżdżalni, a w sklepach i na ulicach słyszymy ciągle swojsko brzmiące „daj dziobu” (daijöbu) czyli „wszystko w porządku”. Mamy też dużo zabawy z mnemotechnicznym zapamiętywaniem japońskich słówek, bo na przykład dyplomata to gaikōkan, co po rozłożeniu na sylaby nasuwa dość kosmate skojarzenia, a tańczenie (odorimasu) faktycznie może skutkować odorem. Bawią nas też wszechobecne zapożyczenia z angielskiego, w wersji zjaponizowanej znacznie odbiegające od oryginału. Jako że w japońskim po spółgłosce zawsze występuje samogłoska (wyjątkiem jest „n”), a „l” czyta się jak bardziej jak „r”, milk to miruku, computer - konpyuuta, a ice cream - aisukurīmu.

Zimny prysznic przychodzi, gdy zaczynamy naukę liczebników. Otóż liczebnik „dwa” przyjmie zupełnie inną formę w zależności od tego, czy mówimy o dwóch chłopcach (futari), dwóch rowerach (ni-dai), dwóch drzewach (ni-hon) czy dwóch T-shirtach (ni-mai), należących odpowiednio do kategorii „ludzie”, „urządzenia”, „przedmioty cylindryczne” i „przedmioty płaskie”. Istnieją też liczebniki przeznaczone wyłącznie do liczenia porcji sushi czy mat tatami. Geneza poszczególnych kategorii jest zresztą fascynująca. Na przykład królik należy do kategorii ptaków, bo buddyjscy mnisi (którzy ze zwierząt mogli jeść tylko te latające, a nie chcieli rezygnować z króliczego mięsa) uznali że królicze uszy to w istocie skrzydła.

Czasowniki wprawdzie nie odmieniają się przez osoby ani przez rodzaje, za to wszystkie maja dwie formy: tzw. „słownikową” (stosowaną w języku potocznym) i „uprzejmą” (stosowaną w sytuacjach bardziej formalnych), zaś przeczenia i wszystkie inne formy gramatyczne tworzy się poprzez dodanie do tematu odpowiednich końcówek, które dla nas brzmią iście kosmicznie (np. –masendeshita, –nakatta czy -mashō).

Największą zmorą jest jednak japońskie pismo. Jeszcze w Brukseli nauczyliśmy się dwóch japońskich alfabetów sylabicznych (katakany i hiragany). Oba składają się z 48 podstawowych znaków i - co za rozrzutność! - odpowiadają dokładnie tym samym dźwiękom. Jedyna różnica to zastosowanie. Hiraganą zapisuje się przede wszystkim japońskie partykuły, końcówki fleksyjne itp., zaś prostszą katakaną - słowa pochodzenia obcego. Znajomość katakany ratuje nas w drogerii czy McDonaldzie, pozwalając odróżnić szampon (shanpū) od odżywki (kondishonā) czy hamburgera (hanbāgā) od sałatki (sarada). Jednak przeczytanie jakiegokolwiek zdania (poza zapisanymi hiraganą książkami dla dzieci) wymaga znajomości kanji, czyli zaczerpniętych z chińskiego ideogramów. Wszystkich kanji jest niemal 50 tysięcy, a nauczana w szkołach lista kanji „codziennego użytku” (jōyō kanji) liczy „zaledwie” 2136 znaków. W dodatku każde kanji ma kilka znaczeń i może być odczytane na kilka różnych sposobów, zależnie od kontekstu. Żeby było jeszcze trudniej, wszystkie znaki w danym zdaniu zapisywane są ciurkiem, tak więc nie wiadomo, gdzie kończy się jeden wyraz a zaczyna kolejny. Do tego w gazetach czy powieściach stosowany jest tradycyjny zapis pionowy (w kolumnach, od prawej do lewej), zaś w podręcznikach czy stronach internetowych - zapis poziomy, od lewej do prawej. Najśmieszniejsze zaś jest to, że na komputerze pisze się i tak w alfabecie łacińskim, który następnie jest automatycznie zamieniany na zapis japoński.

Tymczasem ratują nas smartfony. W supermarkecie spędzamy wieki, obfotografowując etykiety i tłumacząc je dzięki specjalnej aplikacji na angielski. Tłumaczenia są przeważnie bardzo przybliżone, ale w większości przypadków pozwalają ustalić, czy jedzenie jest przeznaczone dla dziecka, czy dla kota.

* Cyt. za: Tiziano Terzani, W Azji, Warszawa 2010, s. 104-105.

Read More
Atrakcje turystyczne, Japonia Anna Jassem Atrakcje turystyczne, Japonia Anna Jassem

Śladami samurajów

Wiktor dostał zaproszenie na konferencję w Kanazawie, jednym z niewielu miast w Japonii z zachowaną dzielnicą samurajską. Jako że Ignaś jest nadal zafascynowany japońskimi wojownikami, postanawiamy wybrać się całą czeredą.

kanazawa-10-of-21.jpg

Wiktor dostał zaproszenie na konferencję w Kanazawie, jednym z niewielu miast w Japonii z zachowaną dzielnicą samurajską. Jako że Ignaś jest nadal zafascynowany japońskimi wojownikami, postanawiamy wybrać się całą czeredą.

Smerfne czapeczki

Smerfne czapeczki

Kanazawa leży mniej więcej na wysokości Tokio, ale na zachodnim wybrzeżu wyspy Honsiu. Superszybkim shinkansenem pokonanie niemal 500-kilometrowej trasy zajmuje zaledwie 2,5 godziny. Za oknem migają rdzewiejące zbocza japońskich Alp. Jednak nie jest nam dane cieszyć oczu widokami. Wszystkie siły wkładamy bowiem w ujarzmienie młodszego synka. Ten - znudziwszy się skakaniem po siedzeniach i demontowaniem stoików - zaczyna zaczepiać skonsternowanych współpasażerów, m.in. zdzierając (bardzo tu modne) smerfne czapki z głów siedzących przed nami nieszczęśników. Z zazdrością spozieramy na japońskie małżeństwo z dwójeczką, która całą drogę spędza, drzemiąc lub kontemplując widoki za oknem. Mocno wymęczeni, wysiadamy na dworcu w Kanazawie, który zresztą okazuje się atrakcją samą w sobie (szklano-stalowa kopuła i ogromna drewniana brama, nawiązująca do szintoistycznych torii). Tu nasze drogi się rozchodzą. Wiktor (w wyciumkanym przez Jasinka garniturze, zupełnie nie licującym ze statusem honorowego prelegenta) jedzie na swoje występy. Ja z chłopakami - po lunchu z serii „sumimasen, nigdy nie powinnam tu była wchodzić z dwójką dzieci!” - ruszamy na miasto.

W porównaniu z amorficznym Tokio, Kanazawa bardziej przypomina miasta europejskie. Bardzo czytelna struktura miasta pochodzi ze „złotego”, wolnego od wojen okresu Edo (początek XVII - koniec XIX wieku), a jako że Kanazawa nie uległa zniszczeniom w czasie II wojny światowej, wiele z dawnych dzielnic przetrwało w całkiem niezłym stanie. W okresie Edo Kanazawa stała się trzecim najważniejszym centrum kulturalnym kraju, zaraz po Edo (Tokio) i Kioto. Do rozkwitu przyczyniło się zamiłowanie rządzącego miastem rodu Maeda do sztuki i rzemiosła, a także jego niechęć do zadzierania z szogunatem Tokugawów.

Kenroku-en

Kenroku-en

To z tego okresu pochodzi największa chluba Kanazawy, czyli wyszukany ogród Kenroku-en, uznawany za jeden z trzech najpiękniejszych ogrodów w Japonii. Jego nazwa oznacza "sześć elementów”, jako że łączy on w sobie sześć cech idealnego ogrodu krajobrazowego: przestronność. odosobnienie, widoki, dawność, wodę oraz .... sztuczność. Wijące się potoki, malownicze stawy, misterne kamienne ścieżki – wszystko to faktycznie zostało stworzone ręką człowieka. To typowo japońskie dążenie do „ucywilizowania natury” - świetnie opisuje Joanna Bator w „Japońskim wachlarzu”: "Japończycy wolą naturę w jej przetworzonej i podporządkowanej człowiekowi formie (…) Natura, nieobliczalna matka tajfunów i trzęsień ziemi, wydaje się Japończykom raczej niebezpieczna niż czarująca, mroczna i niszczycielska, a nie sielska. Dlatego lubią małe sterylne ogródki z przyciętymi pod linijkę drzewkami bonsai albo ogródki zen, gdzie w ogóle nic nie rośnie”.

Kolejny punkt programu to górujący nad miastem zamek, dawna siedziba klanu Maeda. Monumentalna biała budowla, otoczona fosą i kamiennym murem robi spore wrażenie. Niestety - ku wielkiemu zawodowi Ignasia – wnętrza okazują się zupełnie współczesne (do 1989 r. zamek był siedziba tutejszego uniwersytetu, a wcześniej mieścił się tu garnizon wojskowy).

kanazawa (3 of 21)

kanazawa (3 of 21)

Jeszcze wizyta u fryzjera z Ignasiem i wracamy do numeru. Późnym wieczorem dołącza do nas ledwo żywy Wiktor, który po 40-minutowej przemowie i 2-godzinnej sesji pytań musiał jeszcze zaliczyć dwa wydane na swoją cześć przyjęcia.

W pokoju hotelowym na wszystkich członków rodziny czekają kapciuszki

W pokoju hotelowym na wszystkich członków rodziny czekają kapciuszki

Kolejnego dnia, już razem, zaczynamy zwiedzanie do dawnej dzielnicy samurajów Nagamachi. Wiele z oryginalnych domów zostało zburzonych w czasie japońskiej rewolucji przemysłowej. Do dziś ostało się kilka wąskich uliczek z odrestaurowanymi domami samurajskimi, otoczonymi wysokimi glinianymi murami. Najbardziej okazałe dostępne są dla publiczności.

stara dzielnica

stara dzielnica

Zahaczając o chram Oyama i wzgórze zamkowe, przebijamy się na drugą część miasta, do dawnego centrum rozrywki Higashi Chaya. Błądzimy w labiryncie urokliwych, drewnianych budynków. Do dziś czynne są ponoć jedynie dwie tradycyjne herbaciarnie, w których odbywają się przyjęcia z udziałem gejsz. Pozostałe budynki zostały zamienione w sklepy z pamiątkami czy restauracje. Mimo tłumu turystów, miejsce emanuje urokiem i spokojem.

Kończymy piknikiem w ogrodzie Kenroku-en, który bardzo chcemy pokazać też Wiktorowi i jedziemy na dworzec, drżąc na myśl o czekających nas dwóch i pół godzinie tortur.

https://www.youtube.com/watch?v=8D14QdFaiQc

Read More