Japonia, Zwyczaje Wiktor Staniecki Japonia, Zwyczaje Wiktor Staniecki

Cztery kółka po japońsku czyli "Nihon de kuruma o kaimashita!"

Kupować samochodu w Japonii nie zamierzaliśmy. Jednak trzy dni przed przeprowadzką dowiadujemy się, że nasz roczny zaledwie diesel nie jest w Japonii mile widziany. Oficjalnie z powodu innych norm środowiskowych (diesle są w Japonii bardzo niepopularne), choć podejrzewamy, że normy nie byłyby problemem, gdyby auto nie było koreańskie. To stanowczo większe wykroczenie niż niekompatybilna ilość cząsteczek sadzy na kilometr.

TOYOTA_ist_Pikachu_Car.jpg

Kupować samochodu w Japonii nie zamierzaliśmy. Jednak trzy dni przed przeprowadzką dowiadujemy się, że nasz roczny zaledwie diesel nie jest w Japonii mile widziany. Oficjalnie z powodu innych norm środowiskowych (diesle są w Japonii bardzo niepopularne), choć podejrzewamy, że normy nie byłyby problemem, gdyby auto nie było koreańskie. To stanowczo większe wykroczenie niż niekompatybilna ilość cząsteczek sadzy na kilometr.

Tak więc w Tokio znaleźliśmy się bez auta. Po początkowej ekstazie i przekonywaniu samych siebie, że samochód nie jest nam potrzebny - bo autostrady drogie, parkingów brak, świetna komunikacja masowa - doszliśmy do wniosku, że noszenie siat z zakupami i ponadgodzinne przeprawy przez miasto z jaśkowym wózeczkiem oraz trzema przesiadkami jest jednak ponad nasze siły. Zapadła decyzja – kupujemy auto.

Sprawa wydawała się prosta. Japonia jest jednym z największych rynków aut na świecie i oferta samochodów używanych jest gigantyczna. Przeto ochoczo zabrałem się za przeglądanie tysięcy ogłoszeń, mozolnie przedzierając się przez kanji i kany. Potencjalnie groziła nam klęska urodzaju. W Japonii samochody są poddawane bardzo dokładnym badaniom technicznym, co w połączeniu z podatkami faworyzującymi nowe auta sprawia, że utrzymanie samochodu starszego niż 7-10 lat staje się nieopłacalne. To powoduje, że ceny są niższe niż w Europie. Do tego przebiegi są śmiesznie niskie. Jedenastoletnie auta z przebiegiem 20-30 tys. kilometrów nie są tu rzadkością. Raj dla autofilów takich jak ja.

Bardzo szybko okazało się jednak, że nie będzie tak różowo. Co z tego, że samochód jest dostępny, jeśli nikt ze sprzedawców nie mówi po angielsku (a ja po japońsku). Umówienie się na wizytę przez telefon nie wchodziło w rachubę. Na angielskie maile, odpowiedź dostawałem po japońsku, że i owszem samochód jest na sprzedaż, ale proszę pisać/mówić po japońsku albo przyjść z jakimś Japończykiem.

Dzięki pomocy naszych strażników, udało mi się umówić na wizytę w komisie specjalizującym się w Mercedesach. Cena wywoławcza atrakcyjna, auto ładne, więc z pomocą Google Translate szykuję się do negocjacji. I tu czeka mnie ogromna niespodzianka i kolejne potwierdzenie, że Japonia jest kulturowo całkowicie odmienna od Europy.

Kupując auto w Europie, przyzwyczajeni jesteśmy do zbijania ceny. Nie tutaj. Pan Komisant z uśmiechem wręcza mi wycenę, która jest o 30% wyższa od ceny wywoławczej. Na moje nieśmiałe protesty, że jak to, zawile tłumaczy (cały czas przez Google Translate), że cena wywoławcza to cena hurtowa, a trzeba jeszcze doliczyć podatki za wagę, przepisanie rejestracji oraz dostarczenie wozu, a tak w ogóle to z gaijinami operacja jest skomplikowana i  dla Japończyka byłoby tylko 15% drożej.

Biorę nogi za pas i rewiduję strategie. Ogromna większość aut w Japonii jest sprzedawana przez system aukcji, gdzie dziennie zmienia właściciela ponad 5-6 tysięcy aut. Każde większe miasto ma co najmniej jeden (gigantyczny) dom aukcyjny. Jednak by móc takie auto kupić, trzeba być profesjonalnym dilerem. Znajduję dwóch mówiących płynnie po angielsku. Po podaniu kryteriów (typ auta, cena, wiek, przebieg) zaczyna się polowanie. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ostateczna cena proponowanych samochodów jest co najmniej 50% wyższa niż ich wartość rynkowa.

Zaczynam wpadać w rozpacz, a doprowadzić mnie do takiego stanu naprawdę nie jest łatwo, bo samochody/motocykle kocham. Kolejny raz zmieniam strategię – tym razem będę próbował u fabrycznych dilerów. To okazuje się strzałem w dziesiątkę. Japońska koleżanka z pracy litościwie zgadza się umówić mnie na obejrzenie Toyoty. Jadę ze stanowczym postanowieniem, ze jeśli nie będzie (bardzo) mocnych przeciwskazań, to samochód kupię, choćby nie wiem co.

Nasza Toyota

Nasza Toyota

Samochód jest na szczęście fajny, choć srebrny, co wzbudza protesty Ani. Zadowolony - znów przez Google Translate i mowę ciała - oznajmiam sprzedającemu, że auto kupuję, spodziewając się, że cena jak zwykle magicznie podskoczy. Jakież jest moje zdziwienie, gdy cena spada, bo gaijina dyplomaty wiele z podatków/opłat nie obowiązuje. Do tego dorzucony jest przegląd i roczna gwarancja. Bingo. Samochód ma tylko 5 lat, ale gigantyczny jak na Japonię przebieg – 100.000 km (stąd niska cena) plus (oprócz akumulatora do wymiany i małej ryski na drzwiach pasażera) nic mu nie dolega.

Po zawiłych procedurach administracyjnych, w których na szczęście wspomaga mnie nasz pion administracyjny, nadchodzi moment dostarczenia auta. Przywozi je osobiście kierownik oddziału dilerskiego, przekazując samochód z głębokim ukłonem. Sam, bez kurteczki i pomimo deszczu i zimna, truchtem oddala się do stacji metra.

Auto jest dogłębnie wymyte, pachnące, po serwisie, z nowym akumulatorem, o którego wymianę nie prosiłem. Ryskę też zamalowali. Chyba jednak japońska kultura sprzedaży nie jest taka zła. Przecież oddanie niedoskonałego samochodu klientowi (okyakusama wa kamisama desu – klient jest bogiem, mówi przysłowie) byłoby niehonorowe.

Read More
Japonia, Religia, Zwyczaje Anna Jassem Japonia, Religia, Zwyczaje Anna Jassem

Meri Kurisumasu!

W szintoistyczno-buddyjskiej Japonii, Boże Narodzenie (zwane tu Kurisumasu) jest świętem przede wszystkim komercyjnym i dość dalekim od chrześcijańskiego pierwowzoru. Joanna Bator uznaje japońskie kurisumasu za swego rodzaju „kompilację, która z daleka wydaje się dziwaczna, jak pizza z wodorostami i narybkiem, ale można się w niej rozsmakować”.* Zaraz po Halloween w tokijskich centrach handlowych pojawiają się choinki i kolędy, a w grudniu całe miasto rozbłyska przepięknymi świątecznymi iluminacjami.

december-blog-photos-2.jpg

W szintoistyczno-buddyjskiej Japonii, Boże Narodzenie (zwane tu Kurisumasu) jest świętem przede wszystkim komercyjnym i dość dalekim od chrześcijańskiego pierwowzoru. Joanna Bator uznaje japońskie kurisumasu za swego rodzaju „kompilację, która z daleka wydaje się dziwaczna, jak pizza z wodorostami i narybkiem, ale można się w niej rozsmakować”.* Zaraz po Halloween w tokijskich centrach handlowych pojawiają się choinki i kolędy, a w grudniu całe miasto rozbłyska przepięknymi świątecznymi iluminacjami. W większości znanych nam domów są choinki, prezenty dla maluchów, smażony kurczak (KFC bije ponoć tego dnia rekordy sprzedaży) oraz kurisumasu kēki, czyli okropnie słodki biszkopt z bitą śmietaną i truskawkami (nota bene mianem kurisumasu kēki zwykło się dawniej określać również niezamężne kobiety po 25. roku życia, przez analogię z niesprzedanymi tortami świątecznymi, których ceny drastycznie spadają po 25. grudnia). Kurisumasu najbliższe jest jednak amerykańskim walentynkom. W Japonii to bowiem przede wszystkim święto zakochanych, romantycznych kolacji przy świecach i wizyt w ekskluzywnych rabu hoteru.

My podchodzimy do sprawy bardzo (zbyt?) na luzie. W poszukiwaniu suszonych grzybów i buraków, wyprawiamy się wprawdzie (pożyczonym specjalnie z tej okazji) samochodem do hurtowni z zachodnimi towarami (jak za PRLu, wszystkie te zdobycze piętrzą się potem na balkonie), ale jakoś nikomu nie chce się ślęczeć w kuchni. W Wigilię korzystamy z pięknego słońca i do 16tej włóczymy się po parkach i placach zabaw. W konsekwencji do kolacji wigilijnej zasiadamy o 20tej, przy całych …. czterech potrawach. Dzięki wiktorowej grzybówce i pierogom z kapustą (oraz kolędom z youtube’a) tradycji choć w części staje się zadość. Po kolacji idziemy na dach, wyglądać Mikołaja, a spryciarz korzysta z naszej nieobecności, żeby zakraść się pod choinkę. W pierwszy dzień świat Jasiek ma badanie kontrolne w szpitalu – tym razem po „zaledwie” 3 godzinach czekania i pobieżnym osłuchaniu dostajemy potwierdzenie, że „daj dziobu” (czyli wszystko ok!). Kolejne wolne dni spędzamy tak, żeby sprawić radość naszym świątecznym dziczkom – są wiec parki, zoo i legoland.

Świąteczne dziczki

Świąteczne dziczki

Zoo w parku Ueno

Zoo w parku Ueno

Park Ueno

Park Ueno

december blog photos-15

december blog photos-15

Najważniejszym świętem w Japonii jest Nowy Rok (oshōgatsu), obchodzony od 31 grudnia do 3 stycznia. Ze względu na swój rodzinny i tradycyjny charakter, obchody noworoczne bardziej niż Kurisumasu przypominają nasze Boże Narodzenie. Przygotowania zaczynają się już w grudniu. Przez cały miesiąc w firmach organizowane są bonenkai, czyli suto zakrapiane imprezy na pożegnanie (dosłownie „zapomnienie”) starego roku. W domach to czas generalnych porządków. Powszechnym zwyczajem jest również wysyłanie noworocznych życzeń, które poczta zobowiązuje się dostarczyć dokładnie 1. stycznia (i my znajdujemy w skrzynce noworoczną karteczkę przygotowaną w szkole przez Ignasia). Wejścia do budynków dekoruje się m.in. bambusem i gałązkami sosnowymi (które symbolizują odpowiednio siłę i długowieczność). Mają one wskazywać drogę duchom przodków, które w okresie noworocznym zstępują na ziemię (a wracają do zaświatów wraz ze spaleniem noworocznych dekoracji 7. stycznia).

Nasza sylwestrowa domówka

Nasza sylwestrowa domówka

Sylwestra tradycyjnie spędza się w gronie rodzinnym, np. oglądając nadawany corocznie od roku 1951 konkurs muzyczny, w którym o zwycięstwo walczy ekipa biała (panowie) i czerwona (panie). O północy gongi w buddyjskich świątyniach biją nieprzerwanie 108 razy, aby uwolnić ludzi od 108 pokus, będących źródłem cierpienia. W czasie trzech pierwszych dni stycznia pulsujące normalnie Tokio zieje pustką. Pozamykane są wszystkie restauracje i sklepy. To czas, który spędza się z rodziną, zajadając (zaokrąglonymi z obu końców pałeczkami – jeden koniec dla ludzi, drugi dla bogów) przygotowane zawczasu noworoczne przysmaki (osechi ryōri). I tak, ikra śledzia ma zapewnić płodność, czarna soja – zdrowie, a pasta z kasztanów i słodkich ziemniaków - bogactwo. Potraw tych jest znacznie więcej, a ułożone w specjalnych lakowanych pudełkach wyglądają jak istne dziełka sztuki. Między pierwszym a trzecim stycznia należy również odbyć pierwszą w nowym roku wizytę w świątyni lub chramie (hatsumōde). To dobra okazja, żeby nabyć noworoczną wróżbę (o-mikuji) oraz stosowny amulet na nadchodzący rok (o-mamori), np. gwarantujący dobre wyniki w nauce, sukces w biznesie czy pomyślny przebieg ciąży. I my maszerujemy do chramu Meiji, jednak poddajemy się na widok kilkusetemetrowej kolejki wiernych.

Zaraz po Nowym Roku atmosfera zadumy i spokoju ustępuje miejsca szałowi wyprzedaży. W Alejach Omotesando - gdzie zapuszczamy się nieopatrznie 4 stycznia - przepchnięcie się z wózkiem graniczy z cudem. Stojący na specjalnych podwyższeniach sprzedawcy wykrzykują coś zapamiętale przez megafon. Przed sklepami tworzą się kolejki po fukubukuro - dosłownie „torebki pełne szczęścia”, a de facto kota w worku, bo zawartość torebki aż do zapłaty pozostaje tajemnicą.

* Joanna Bator, Rekin z parku Yoyogi, W.A.B. 2014, s. 126.

Read More
Atrakcje turystyczne, Japonia, Zwyczaje Anna Jassem Atrakcje turystyczne, Japonia, Zwyczaje Anna Jassem

Turystyczny srebrny tydzień

Załapujemy się na tzw. srebrny tydzień, czyli drugie największe (po „złotym tygodniu” pod koniec kwietnia/na początku maja) nagromadzenie świąt państwowych. W poniedziałek przypada dzień szacunku dla ludzi starszych (obchodzony zawsze w trzeci poniedziałek września), w środę - jesienne zrównanie dnia z nocą, a wtorek jest bonusem, gdyż zgodnie z japońskim prawem pojedyncze dni między dwoma świętami również są wolne. Mamy szczęście, bo na kolejny 5-dniowy weekend trzeba czekać aż do 2026 r.

thumb_DSC_0086_1024.jpg

Załapujemy się na tzw. srebrny tydzień, czyli drugie największe (po „złotym tygodniu” pod koniec kwietnia/na początku maja) nagromadzenie świąt państwowych. W poniedziałek przypada dzień szacunku dla ludzi starszych (obchodzony zawsze w trzeci poniedziałek września), w środę - jesienne zrównanie dnia z nocą, a wtorek jest bonusem, gdyż zgodnie z japońskim prawem pojedyncze dni między dwoma świętami również są wolne. Mamy szczęście, bo na kolejny 5-dniowy weekend trzeba czekać aż do 2026 r.

Korzystamy na całego i po raz pierwszy wypuszczamy się na miasto we dwójkę. Częściowo pieszo, częściowo metrem ruszamy do dzielnicy Shinjuku. Gigantyczna stacja – na której zbiega się aż 13 linii metra i kolei - jest podobno najbardziej ruchliwym na świecie dworcem kolejowym, obsługującym ponad 3,6 miliona pasażerów dziennie. Na zachód rozpościera się dzielnica drapaczy chmur (w tym znany z „Lost in Translation” hotel Park Hyatt), na wschód – zagłębie rozrywki.

Zmierzamy do osławionego Golden Gai – skupiska ponad 200 barów stłoczonych w kilku ciasnych uliczkach. To jeden z nielicznych przykładów dawnej zabudowy Tokio, która zniknęła niemal całkowicie wraz z powojenną przebudową miasta. Zaglądamy do mikroskopijnych, lekko szemranych knajpeczek. Większość ma jakieś dwa metry szerokości i składa się z kilku stołków przy kontuarze. To podobno mekka tutejszej bohemy, jednak turyści nie są mile widziani. Decydujemy się więc na bardziej mainstreamową miejscówkę, po drodze mijając jeszcze największą w Japonii dzielnicę czerwonych latarni Kabukicho. Hotele miłości kuszą wymyślnymi nazwami, choć pokoje wyglądają dosyć statecznie. W cenniku – oprócz opcji „30-minute rest” i „3-hour rest” - jest również opcja „stay”, która pod względem cenowym zdaje się dobrą alternatywą dla standardowych hoteli. Szokują nas natomiast wiszące przed wejściem do klubów zdjęcia dziewcząt i chłopców „do towarzystwa”. Zwłaszcza ci ostatni (blond chucherka o wydętych usteczkach) zupełnie nie odpowiadają zachodnim kanonom męskiej urody i budzą raczej instynkt rodzicielski. Z rozbawieniem konstatujemy również, że wiele barów czy klubów reklamuje się jako otwarte np. do 27tej (czyli 3ciej rano).

Kolejnego dnia, już w pełnym składzie, odwiedzamy Tokio Tower – młodszą i bardziej krzykliwą siostrę wieży Eiffla. Ukończona w 1958 r. wieża telekomunikacyjna przewyższa pierwowzór o 13 metrów i stanowi symbol powojennego „cudu gospodarczego”. Warto tu dodać, że Japończycy uwielbiają wszystko, co francuskie. Jako „francuska” reklamuje się co druga piekarnia i cukiernia (mimo że obsługa nie mówi słowa w tym języku), a w automatach z napojami wody Evian czy Perrier oznaczone są dumnie francuską flagą.

Popołudnie spędzamy na imprezie belgijskiej w gigantycznym (724,000 metrów kwadratowych), bardzo ciekawym architektonicznie kompleksie handlowo-rozrywkowym Roppongi Hills. Jak to u Belgów, jest wesoło i bez zadęcia (dobra muzyka, piwo i swojskie jadło). Chłopaki rzucają się na frytki i boulettes (klopsiki), a nam kręci się łezka w oku za naszą ‘drugą ojczyzną’.

Pierwszy dzień jesieni witamy na Odaibie, sztucznej wyspie, wybudowanej w latach 90tych. Szerokie ulice, futurystyczna architektura – zupełnie nie przypomina to innych, tłocznych części Tokio. Z nadmorskiego parku rozpościera się imponujący widok na Zatokę Tokijką i łączący wyspę z centrum miasta Rainbow Bridge, którym sunie bezzałogowa kolejka Yurikamome. Jest też 12-metrowa replika Statuy Wolności w Paryżu, wzniesiona na pamiątkę roku francuskiego w Japonii (1998-1999). Chłopaki oczywiście suną prosto na jedyny skrawek plaży - piasek jest brunatny, woda mętna, a my tradycyjnie nie wzięliśmy żadnych ubranek na zmianę, ale radość dzieci bezcenna!

Budynek Fuji TV

Budynek Fuji TV

Tydzień kończymy powrotem do przeszłości, w starej dzielnicy Asakusa. Wąskie uliczki pełne są kramów z japońską cepelią made in China (miecze samurajskie, wachlarze, klapki gejszy), choć zdarzają się i prawdziwe perełki (np. kute ręcznie noże). Tłok jak latem na Monciaku. Fala ludzka niesie nas prosto do buddyjskiej świątyni Sensō-ji, szczycącej się mianem najstarszej świątyni w Tokio (gwoli ścisłości, pierwotny budynek z pierwszej połowy VII w. został niemal całkowicie odbudowany po amerykańskich nalotach z 1945). Gigantyczny kompleks, oprócz głównej świątyni, obejmuje także dwie masywne bramy wejściowe, pięciopiętrowa pagodę i kilka dodatkowych pawilonów. Wszystko lśni jaskrawą czerwienią. Zafascynowani przyglądamy się nieznanym nam rytuałom. Wierni najpierw wachlują na siebie dym z wielkiej kadzielnicy (co zgodnie z wierzeniami ma moc oczyszczającą i uzdrawiającą), następnie obmywają ręce i usta wodą ze specjalnej fontanny, w końcu ustawiają się w kolejce do skrzynki na datki, by po wrzuceniu monety, dwukrotnym głębokim pokłonie, dwukrotnym klaśnięciu w dłonie i ponownym pokłonie, zmówić krótką modlitwę. Dużą popularnością cieszą się też wróżby. Po uiszczeniu 100 jenów (~3 PLN) należy kilkakrotnie potrząsnąć drewnianym pudełkiem, wylosować z niego jeden patyczek, odnaleźć odpowiadający mu numer szufladki, a z tej wyciągnąć karteczkę z przepowiednią. Korzystne wróżby zabiera się do domu, a pechowe można zostawić na specjalnym wieszaku. Moja wróżba okazała się nie tylko niezwykle pomyślna, ale w dodatku zapisana również po angielsku.

Moja wróżba

Moja wróżba

Przy wyjściu ze świątyni trafiamy na niezwykłe widowisko kantō matsuri. Odziani w białe majtasy i dwupalczaste skarpetobutki à la żółwie ninja wykonawcy wnoszą kilkunastometrowe konstrukcje z papierowych lampionów przyczepionych do bambusowej tyczki. Przy akompaniamencie bębnów i okrzykach widzów "dokkoisho, dokkoisho” struktura stawiana jest do pionu, a następnie przekazywana od jednego do drugiego wykonawcy. Artyści balansują chybotliwą konstrukcją na różnych częściach ciała (dłoniach, czole, ramionach, biodrach), stopniowo dodając kolejne przedłużenia do bambusowej tyczki. Całość ma kształt kolosalnego ziarnka ryżu (o długości 12 metrów i wadze 50 kg), a samo widowisko stanowi rodzaj modlitwy o urodzaj.

Read More