Atrakcje turystyczne, Japonia, Tokio Anna Jassem Atrakcje turystyczne, Japonia, Tokio Anna Jassem

Tokijskie wakacje

"Mamo, a ile będę miał lat, jak będziemy wracać z tych wakacji w Tokio do Brukseli?" spytał ostatnio Ignaś, dobrze oddając stan ducha całej familii. Mimo (bardzo intensywnej) pracy Wiktora i ignasiowej szkoły, cały czas czujemy się trochę jak turyści. Wszystko nas fascynuje i nawet zwykła przejażdżka metrem nadal stanowi nie lada atrakcję. Podobno ta faza zauroczenia mija po kilku miesiącach (już teraz irytuje nas brak twarogu czy dezodorantu w kulce), ale tymczasem chciałoby się krzyknąć "chwilo trwaj". W dodatku pogoda zrobiła się absolutnie hiciorska (dwadzieścia parę stopni i piękne słońce), tak więc większość czasu spędzamy poza domem.

harajuku-2.jpg

"Mamo, a ile będę miał lat, jak będziemy wracać z tych wakacji w Tokio do Brukseli?" spytał ostatnio Ignaś, dobrze oddając stan ducha całej familii. Mimo (bardzo intensywnej) pracy Wiktora i ignasiowej szkoły, cały czas czujemy się trochę jak turyści. Wszystko nas fascynuje i nawet zwykła przejażdżka metrem nadal stanowi nie lada atrakcję. Podobno ta faza zauroczenia mija po kilku miesiącach (już teraz irytuje nas brak twarogu czy dezodorantu w kulce), ale tymczasem chciałoby się krzyknąć "chwilo trwaj". W dodatku pogoda zrobiła się absolutnie hiciorska (dwadzieścia parę stopni i piękne słońce), tak więc większość czasu spędzamy poza domem.

Jasinek koło 11tej wskazuje znacząco na swoje buciki i wózek, dając znak, że czas ruszać do parku. Po krótkiej przerwie (na jaśkową drzemkę i moją naukę w Starbucksie) wracamy do parku, tym razem z Ignasiem. Białych dzieci jest tu co najmniej tyle co skośnookich (w każdym razie na pewno bardziej dają się we znaki) i tymczasem - zamiast japońskiego - ćwiczymy głównie francuski.

japonskie maluchy

japonskie maluchy

W weekendy kontynuujemy eksplorację Tokio. W ostatni weekend pada na pełną kontrastów dzielnicę Harajuku. Z jednej strony to centrum kiczu i subkultur wszelkiej maści. Na słynnym deptaku Takeshita-dori pozują do zdjęć przebrane za francuskie hrabiny czy gotyckie lolitki nastolatki, a w niezliczonych butikach można nabyć najbardziej wymyślne kostiumy i akcesoria (wiemy już, gdzie będziemy się zaopatrywać na imprezy karnawałowe w Brukseli). Ale już po chwili atmosfera festynu ustępuje miejca szykowi i elegancji w postaci wysmakowanej alei handlowej Omote-sando, czyli tokijskich Champs-Élysées.

harajuku

Harajuku

Z mekki mody i konsumpcji zaledwie kilkuminutowy spacer wśrod pięknych, starych drzew prowadzi do najważniejszego chramu szintoistycznego w Tokio. Położona na terenie parku Yoyogi, Meiji Jingū została wybudowana w latach dwudziestych XX wieku ku czci ojca współczesnej Japonii - cesarza Meiji i jego małżonki Shoken. Animistyczny szintoizm jest najstarszą religią Japonii, ale od początku harmonijnie współegzystuje z przybyłym z Chin buddyzmem. Podobno nie jest niczym niezwykłym łączenie obu obrzędów (np. ślub według tradycji szintoistycznej, pogrzeb według buddyjskiej). W Meiji Jingū trafiamy akurat na szintoistyczny ślub, a także coroczną ceremonię … pogrzebu zabawek (Japończycy uważają, że lalki i pluszaki też mają “dusze” i nie można ich tak po prostu wyrzucić bez odpowiedniego pożegnania i podziękowania za wspólnie spędzone lata).

Szintoistyczna ceremonia ślubna

Szintoistyczna ceremonia ślubna

Modlitwy pozostawione przez odwiedzających

Modlitwy pozostawione przez odwiedzających

O dziwo, największym minusem tokijskich wakacji jest dla nas chluba Japończyków, czyli tutejsza kuchnia. Po kilku mocno nietrafionych eksperymentach (pozbawione jakiegokolwiek smaku tofu czy tempura, warzywa w sosie typu krochmal) postanawiamy trzymać się sprawdzonych smaków. Ale okazuje się, że po miesiącu nawet rameny i sushi mogą się opatrzyć. Sushi - o zgrozo! - bardziej smakowało nam zresztą w Europie. Tutejsze jest dla nas zbyt "dosłowne" (węgorz ma skórę, krewetki oczy, a ośmiorniczki macki). Nie ma rady - trzeba będzie wrócić do samodzielnego gotowania, zwłaszcza że nasze garnki - wraz resztą dobytku - właśnie dotarły do Tokio. W dodatku niedaleko domu znaleźliśmy całodobowy supermarket przeznaczony głownie dla kucharzy. Produkty w nieatrakcyjnych, standardowych opakowaniach, ale za to ceny znacznie niższe niż w okolicznych spożywczakach, a wielkość porcji bardziej odpowiadająca naszym potrzebom (Ignaś aż jęknął na widok 700-gramowej kostki ukochanego cheddara).

Teraz zakupy robimy tu

Teraz zakupy robimy tu

Read More
Atrakcje turystyczne, Japonia, Zwyczaje Anna Jassem Atrakcje turystyczne, Japonia, Zwyczaje Anna Jassem

Turystyczny srebrny tydzień

Załapujemy się na tzw. srebrny tydzień, czyli drugie największe (po „złotym tygodniu” pod koniec kwietnia/na początku maja) nagromadzenie świąt państwowych. W poniedziałek przypada dzień szacunku dla ludzi starszych (obchodzony zawsze w trzeci poniedziałek września), w środę - jesienne zrównanie dnia z nocą, a wtorek jest bonusem, gdyż zgodnie z japońskim prawem pojedyncze dni między dwoma świętami również są wolne. Mamy szczęście, bo na kolejny 5-dniowy weekend trzeba czekać aż do 2026 r.

thumb_DSC_0086_1024.jpg

Załapujemy się na tzw. srebrny tydzień, czyli drugie największe (po „złotym tygodniu” pod koniec kwietnia/na początku maja) nagromadzenie świąt państwowych. W poniedziałek przypada dzień szacunku dla ludzi starszych (obchodzony zawsze w trzeci poniedziałek września), w środę - jesienne zrównanie dnia z nocą, a wtorek jest bonusem, gdyż zgodnie z japońskim prawem pojedyncze dni między dwoma świętami również są wolne. Mamy szczęście, bo na kolejny 5-dniowy weekend trzeba czekać aż do 2026 r.

Korzystamy na całego i po raz pierwszy wypuszczamy się na miasto we dwójkę. Częściowo pieszo, częściowo metrem ruszamy do dzielnicy Shinjuku. Gigantyczna stacja – na której zbiega się aż 13 linii metra i kolei - jest podobno najbardziej ruchliwym na świecie dworcem kolejowym, obsługującym ponad 3,6 miliona pasażerów dziennie. Na zachód rozpościera się dzielnica drapaczy chmur (w tym znany z „Lost in Translation” hotel Park Hyatt), na wschód – zagłębie rozrywki.

Zmierzamy do osławionego Golden Gai – skupiska ponad 200 barów stłoczonych w kilku ciasnych uliczkach. To jeden z nielicznych przykładów dawnej zabudowy Tokio, która zniknęła niemal całkowicie wraz z powojenną przebudową miasta. Zaglądamy do mikroskopijnych, lekko szemranych knajpeczek. Większość ma jakieś dwa metry szerokości i składa się z kilku stołków przy kontuarze. To podobno mekka tutejszej bohemy, jednak turyści nie są mile widziani. Decydujemy się więc na bardziej mainstreamową miejscówkę, po drodze mijając jeszcze największą w Japonii dzielnicę czerwonych latarni Kabukicho. Hotele miłości kuszą wymyślnymi nazwami, choć pokoje wyglądają dosyć statecznie. W cenniku – oprócz opcji „30-minute rest” i „3-hour rest” - jest również opcja „stay”, która pod względem cenowym zdaje się dobrą alternatywą dla standardowych hoteli. Szokują nas natomiast wiszące przed wejściem do klubów zdjęcia dziewcząt i chłopców „do towarzystwa”. Zwłaszcza ci ostatni (blond chucherka o wydętych usteczkach) zupełnie nie odpowiadają zachodnim kanonom męskiej urody i budzą raczej instynkt rodzicielski. Z rozbawieniem konstatujemy również, że wiele barów czy klubów reklamuje się jako otwarte np. do 27tej (czyli 3ciej rano).

Kolejnego dnia, już w pełnym składzie, odwiedzamy Tokio Tower – młodszą i bardziej krzykliwą siostrę wieży Eiffla. Ukończona w 1958 r. wieża telekomunikacyjna przewyższa pierwowzór o 13 metrów i stanowi symbol powojennego „cudu gospodarczego”. Warto tu dodać, że Japończycy uwielbiają wszystko, co francuskie. Jako „francuska” reklamuje się co druga piekarnia i cukiernia (mimo że obsługa nie mówi słowa w tym języku), a w automatach z napojami wody Evian czy Perrier oznaczone są dumnie francuską flagą.

Popołudnie spędzamy na imprezie belgijskiej w gigantycznym (724,000 metrów kwadratowych), bardzo ciekawym architektonicznie kompleksie handlowo-rozrywkowym Roppongi Hills. Jak to u Belgów, jest wesoło i bez zadęcia (dobra muzyka, piwo i swojskie jadło). Chłopaki rzucają się na frytki i boulettes (klopsiki), a nam kręci się łezka w oku za naszą ‘drugą ojczyzną’.

Pierwszy dzień jesieni witamy na Odaibie, sztucznej wyspie, wybudowanej w latach 90tych. Szerokie ulice, futurystyczna architektura – zupełnie nie przypomina to innych, tłocznych części Tokio. Z nadmorskiego parku rozpościera się imponujący widok na Zatokę Tokijką i łączący wyspę z centrum miasta Rainbow Bridge, którym sunie bezzałogowa kolejka Yurikamome. Jest też 12-metrowa replika Statuy Wolności w Paryżu, wzniesiona na pamiątkę roku francuskiego w Japonii (1998-1999). Chłopaki oczywiście suną prosto na jedyny skrawek plaży - piasek jest brunatny, woda mętna, a my tradycyjnie nie wzięliśmy żadnych ubranek na zmianę, ale radość dzieci bezcenna!

Budynek Fuji TV

Budynek Fuji TV

Tydzień kończymy powrotem do przeszłości, w starej dzielnicy Asakusa. Wąskie uliczki pełne są kramów z japońską cepelią made in China (miecze samurajskie, wachlarze, klapki gejszy), choć zdarzają się i prawdziwe perełki (np. kute ręcznie noże). Tłok jak latem na Monciaku. Fala ludzka niesie nas prosto do buddyjskiej świątyni Sensō-ji, szczycącej się mianem najstarszej świątyni w Tokio (gwoli ścisłości, pierwotny budynek z pierwszej połowy VII w. został niemal całkowicie odbudowany po amerykańskich nalotach z 1945). Gigantyczny kompleks, oprócz głównej świątyni, obejmuje także dwie masywne bramy wejściowe, pięciopiętrowa pagodę i kilka dodatkowych pawilonów. Wszystko lśni jaskrawą czerwienią. Zafascynowani przyglądamy się nieznanym nam rytuałom. Wierni najpierw wachlują na siebie dym z wielkiej kadzielnicy (co zgodnie z wierzeniami ma moc oczyszczającą i uzdrawiającą), następnie obmywają ręce i usta wodą ze specjalnej fontanny, w końcu ustawiają się w kolejce do skrzynki na datki, by po wrzuceniu monety, dwukrotnym głębokim pokłonie, dwukrotnym klaśnięciu w dłonie i ponownym pokłonie, zmówić krótką modlitwę. Dużą popularnością cieszą się też wróżby. Po uiszczeniu 100 jenów (~3 PLN) należy kilkakrotnie potrząsnąć drewnianym pudełkiem, wylosować z niego jeden patyczek, odnaleźć odpowiadający mu numer szufladki, a z tej wyciągnąć karteczkę z przepowiednią. Korzystne wróżby zabiera się do domu, a pechowe można zostawić na specjalnym wieszaku. Moja wróżba okazała się nie tylko niezwykle pomyślna, ale w dodatku zapisana również po angielsku.

Moja wróżba

Moja wróżba

Przy wyjściu ze świątyni trafiamy na niezwykłe widowisko kantō matsuri. Odziani w białe majtasy i dwupalczaste skarpetobutki à la żółwie ninja wykonawcy wnoszą kilkunastometrowe konstrukcje z papierowych lampionów przyczepionych do bambusowej tyczki. Przy akompaniamencie bębnów i okrzykach widzów "dokkoisho, dokkoisho” struktura stawiana jest do pionu, a następnie przekazywana od jednego do drugiego wykonawcy. Artyści balansują chybotliwą konstrukcją na różnych częściach ciała (dłoniach, czole, ramionach, biodrach), stopniowo dodając kolejne przedłużenia do bambusowej tyczki. Całość ma kształt kolosalnego ziarnka ryżu (o długości 12 metrów i wadze 50 kg), a samo widowisko stanowi rodzaj modlitwy o urodzaj.

Read More
Japonia, Polityka Anna Jassem Japonia, Polityka Anna Jassem

Nie wszystko oliwka, co się czarno mieni, czyli feralny tydzień Wiktora

Nasze docelowe mieszkanie już wyremontowane, więc możemy się wprowadzać (wprawdzie cały czas bez mebli, ale mamy już zaprawę w spaniu na podłodze). Gdybyśmy przyjechali bezpośrednio z Brukseli, bylibyśmy pewnie zawiedzeni metrażem i dość lichym wykończeniem. Jednak po trzech tygodniach w mieszkanku z papieru, mamy poczucie absolutnego luksusu, a chłopaki ganiają po pustym livingu, jak spuszczone z lonży źrebaki. W dodatku Wiktor i Ignaś są w minutę odpowiednio w biurze i na przystanku szkolnego autobusu (które zresztą widzą z okien swoich sypialni).

thumb_DSC_0075_1024.jpg

Nasze docelowe mieszkanie już wyremontowane, więc możemy się wprowadzać (wprawdzie cały czas bez mebli, ale mamy już zaprawę w spaniu na podłodze). Gdybyśmy przyjechali bezpośrednio z Brukseli, bylibyśmy pewnie zawiedzeni metrażem i dość lichym wykończeniem. Jednak po trzech tygodniach w mieszkanku z papieru, mamy poczucie absolutnego luksusu, a chłopaki ganiają po pustym livingu, jak spuszczone z lonży źrebaki. W dodatku Wiktor i Ignaś są w minutę odpowiednio w biurze i na przystanku szkolnego autobusu (które zresztą widzą z okien swoich sypialni).

Powoli wypracowujemy codzienną rutynę. Wiktor biedak haruje jak nigdy w Brukseli, ale za to dzisiaj zaczyna 5-dniowy urlop. Jasinek dwie godziny dziennie spędza z nową filipińską nianią, podczas gdy ja chodzę na jogę i uczę się do kolejnej magisterki. Ignaś - wbrew wszelkim obawom - zachwycony szkołą, a szkoła Ignasiem (że zmotywowany, uśmiechnięty i pięknie mówi po francusku). W klasie taka różnorodność etniczna, ze w końcu nie jest postrzegany jako dziecko imigrantów z Polski. W Brukseli zawsze irytowało nas, gdy francuskojęzyczni rodzice na wiadomość, że jesteśmy Polakami reagowali stwierdzeniem ‘O, to jak nasza pani do sprzątania!’ (na co my z uśmiechem odpowiadaliśmy, że mamy belgijską nianię).

Nowa dzielnica (Hiro-o) bardziej rezydencjalna i „biała” (i przez to mniej dla nas ciekawa) niż Meguro. Masa tu ambasad, a obok tradycyjnych japońskich knajpek i hyaku-en shoopu (bardzo w Japonii popularnego sklepu z tysiącem i jeden drobiazgów, po 100 jenów każdy) jest też piekarnia ‘francuska’ i ‘włoska’ restauracja. Spragniony znajomych smaków Ignaś naciąga nas na wizytę w tej ostatniej. Milimetrowej grubości pizza kosztuje tyle, co trzy najbardziej wypaśne rameny, ale dzieci przeszczęśliwe. Jaśkowi, który próbuje pożreć trzy pizze naraz, ciągle coś wypada z pyszczka. Wiktor - zupełnie nie z swoim stylu (pewnie uznał, ze skoro tyle płacimy, to wszystko musi być zjedzone) - odruchowo dojada jedną z upuszczonych na kanapę oliwek, która okazuje się być …. karaluchem. W końcu jesteśmy w Azji.

W weekend ruszamy do Ikei po materace. Podróż, która samochodem zajęłaby nam 40 minut, dwiema liniami metra i autobusikiem trwa ponad półtorej godzin, w czasie której zwierzaki dają niestety pełen popis „żywotności”. Od przepraszającego kłaniania się w pół bolą nas plecy. Sama Ikea od tej w Gdańsku czy Brukseli różni się tylko szerokością łóżek (maksymalnie 160 cm) i mniejszymi porcjami klopsików. Zaopatrujemy się też w (znacznie tańsze niż w tokijskich supermarketach) parmezan i gorgonzolę.

Tymczasem w Tokio trwają wielotysięczne protesty wobec rządowego projektu ustawy, która zezwalałby japońskiemu wojsku na interwencję poza granicami kraju w przypadku ataku na któregoś z jej sojuszników (a nie wyłącznie w celu samoobrony, jak zakłada powojenna, pacyfistyczna konstytucja). Doszło nawet do przepychanek w parlamencie, gdy opozycyjnie parlamentarzyści (bezskutecznie) próbowali zablokować glosowanie nad spornym projektem (więcej w relacji BBC).

Read More
Dla dzieci, Japonia Anna Jassem Dla dzieci, Japonia Anna Jassem

Nasz pierwszy tajfun i trzęsienie ziemi

wiadomość z pracy, że z powodu warunków pogodowych nie musi stawiać się w biurze (nie korzysta). Tajfun kojarzył nam się zawsze z silnym wiatrem, ten jednak objawia się ‘wyłącznie’ ulewą. Ale za to jaką! Przez bite pięć dni leje nieprzerwanie od rana do nocy. Woda w rzeczce nieopodal domu – wcześniej ledwo zakrywająca kamienie – teraz niemal sięga brzegów. Zaledwie 50 km od Tokio zalane są całe wioski. Według relacji BBC, z powodu powodzi i osuwisk ewakuowano ponad 90 tys. mieszkańców.

Ulewne deszcze trwają w najlepsze. Na ten tydzień zapowiadają tajfun. Wiktor dostaje nawet wiadomość z pracy, że z powodu warunków pogodowych nie musi stawiać się w biurze (nie korzysta). Tajfun kojarzył nam się zawsze z silnym wiatrem, ten jednak objawia się ‘wyłącznie’ ulewą. Ale za to jaką! Przez bite pięć dni leje nieprzerwanie od rana do nocy. Woda w rzeczce nieopodal domu – wcześniej ledwo zakrywająca kamienie – teraz niemal sięga brzegów. Zaledwie 50 km od Tokio zalane są całe wioski. Według relacji BBC, z powodu powodzi i osuwisk ewakuowano ponad 90 tys. mieszkańców.

W takich to cudownych okolicznościach przyrody codzienne odbieranie Ignasia z autobusu szkolnego (3 km w jedną stronę) staje się nie lada wyzwaniem. Pierwszego dnia próbujemy jechać metrem, jednak po wniesieniu wózka po kilkudziesięciometrowych schodach mam sińce na udach i wszystkiego dość (dwie młode Japonki proponują wprawdzie pomoc, ale są tak delikatnej postury, że nie mam serca skorzystać). Kolejnego dnia testujemy więc autobus. W drodze na przystanek Jasiek wije się jak piskorz, próbując wyrwać mi parasolkę, a w autobusie wskakuje w zabłoconych kaloszkach na siedzenia, budząc popłoch współpasażerów. Trzeciego dnia poddaję się i pokonuję trasę pieszo, brodząc po kostki w wodzie, do której zawodzący Jasiek spuszcza co chwila a to smoka, a to zabaweczki. Tymczasem japońskie mamy – w kusych spódniczkach i sexy kaloszkach - suną w tej ulewie zupełnie nieporuszone. Swoją drogą ich młode to też zupełnie inny sort niż Jasinek i Ignasinek. Niczym żywe lalki, schludne i bezgłośne, ze spokojem obserwują świat ze swoich wózków i nosideł. W muzeum nauki (do którego wybraliśmy się z Ignasiem w weekend) bardziej od robotów i innych cudów techniki fascynują nas właśnie tutejsze maluchy, czekające karnie w długich kolejkach do muzealnych atrakcji.

Jakby deszczu było mało, w sobotę nad ranem budzi nas drganie łóżka i klekot panelowych ścian (jak dowiadujemy się później, wstrząsy miały 5,2 stopni w skali Richtera). Zgarniamy chłopaki, ale zanim udaje nam się wgramolić pod stół, jest już na szczęście po krzyku. Wracamy do łóżek, a gdy budzimy się ponownie, na zewnątrz jest w końcu piękne słońce i 28 stopni. Juppi!! Idziemy na piechotę (6 km) do Parku Yoyogi, tutejszego Central Parku, gdzie spędzamy upojne popołudnie.

Read More
Japonia Anna Jassem Japonia Anna Jassem

Pierwszy tydzień – feeling big in Japan

W naszym mikro mieszkanku à la japonaise (w którym będziemy squatować do końca września) czujemy się jak w papierowym domku dla lalek. Są tu wprawdzie dwa pokoje, ale oba niewiele większe od łóżka (tak więc ubrania nadal trzymamy w walizkach), a tradycyjne ściany z półprzeźroczystego papieru powodują, że budzimy się nawzajem przy każdym zapaleniu światła czy stęknięciu Jaśka.

thumb_IMG_20150902_193050_1024.jpg

Tokio wita nas gorącem i oparem (wilgotność sięga 90%). Ku naszemu zdziwieniu, już koło 18tej zaczyna się ściemniać.

W naszym mikro mieszkanku à la japonaise (w którym będziemy squatować do końca września) czujemy się jak w papierowym domku dla lalek. Są tu wprawdzie dwa pokoje, ale oba niewiele większe od łóżka (tak więc ubrania nadal trzymamy w walizkach), a tradycyjne ściany z półprzeźroczystego papieru powodują, że budzimy się nawzajem przy każdym zapaleniu światła czy stęknięciu Jaśka. Zmyleni zwyczajem pozostawiania parasolek przed wejściem do mieszkania, próbujemy zrobić to samo z jaśkowym wózkiem (i w ten sposób zyskać cenny metr kwadratowy), ale już nazajutrz dostajemy uprzejme lecz stanowcze upomnienie, że „zgodnie z japońską tradycją, przestrzeń wspólna powinna pozostać wolna od rzeczy osobistych”. W ogóle straszni z nas barbarzyńcy. W metrze jesteśmy jedynym źródłem hałasu i zapotu, w supermarketach strącamy produkty w (zbyt ciasnych dla nas) alejkach.

Powoli odkrywamy okolicę. Mieszkamy dwa przystanki od słynnej stacji Shibuya, z ponoć najbardziej ruchliwym na świecie skrzyżowaniem. Krzykliwe neony, huk muzyki, a przede wszystkim kosmicznie poprzebierane indywidua (królują lolitki wszelkiej maści) powodują, że czujemy się jak na marsie. Nasza dzielnica (Meguro) jest na szczęście zdecydowanie mniej przytłaczająca, choć i tu jest masa barów i knajpek, z których ochoczo korzystamy po pięciu latach na brukselskim odludziu. Lokalne jedzenie - sushi, czy makarony z bulionem i dodatkami (ramen, udon) - są przepyszne i dużo tańsze niż w Brukseli. Jednak takie luksusy jak chleb (6 eur), jabłka (2 eur za sztukę), warzywa, sery itp. (czyli wszystko, co normalnie jemy) kosztują fortunę. Rozczulają nas też rozmiary porcji (100 g. mięsa, 1 jajko czy 3 kromki chleba w opakowaniu). Jasinek tutejszy „słoiczek” dla dwulatka uznaje za przystawkę i dopycha kolejnymi dwoma. W nowym mieszkaniu zabieramy się za wypiek chleba i zakładamy warzywniak na balkonie!

Robimy też postępy w rozmówkach japońskich. Pewne formułki mamy już opanowane: ‘kawaii desu ne!’ - pada najczęściej na widok Jaśka, czyli że słodziak. My przytakujemy, więc następuje pytanie o wiek (‘nan sai desu ka?’). Issai (roczek) - odpowiadamy. Na to rozmówca woła z niedowierzaniem, graniczącym z przerażeniem: ‘okii desu ne!’ (Ooo, ale wielki!). Gorzej w restauracjach, gdzie na moje (płynnie już po tygodniu zadawane) pytanie, czy jest coś bez mięsa, dostaję najczęściej makaron z wody (okraszony wielkim popłochem, że gaijinka kolejne pytanie będzie chciała zadać po angielsku).

Przedszkole Ignasia w zasadzie nie rożni się od tego w Brukseli, oprócz tego, że większość uczniów skośnooka, a na placu zabaw wrzask cykad zakłóca wrzask dzieci. Ogólne wrażenie bardzo pozytywne, a Ignaś, ku naszej radości, zakumplował się już z dwójką dzieci, z którymi jeździ co rano autobusem. Biedaczek jest tak wycieńczony porannym wstawaniem, że drugiego dnia w drodze do domu padł w jaśkowym wózku i obudził się dopiero kolejnego ranka.

Wiktor ma już pracową pieczątkę (która tu zastępuje podpis) i wizytówki w katakanie (jednym z trzech alfabetów japońskich, używanym do zapisywania słów pochodzenia obcego).

Ja zaprzyjaźniam się z Jasinkiem i wspólnie odkrywamy naszą dzielnicę, głównie maleńkie, wypielęgnowane parki czy schowane pomiędzy biurowcami świątynki buddyjskie, do których w czasie lunchu wpadają na szybkie modły okoliczni salarymani.

Read More
Japonia Anna Jassem Japonia Anna Jassem

The final countdown, czyli koczując we własnym domu

Pierwszy tydzień sierpnia - nasz ‘dobytek’ właśnie odpłynął do Tokio. My dołączymy za kolejne trzy tygodnie, a do tego czasu czeka nas koczowanie na podłodze. Początkowo nawet bawi nas powrót do studenckich klimatów, z czterema poobijanymi talerzami i jedzonymi na przemian pitą i pizzą. Nie marnując czasu na szukanie, przekładanie i wgapianie się w rzeczy, mamy go też dużo więcej dla siebie. Jednak po tygodniu mamy już serdecznie dosyć naszego kołchozu, a chłopaki zaczynają bzikować bez zabawek. Największą atrakcją staje się bagażnik naszego samochodu, którego – jak dowiedzieliśmy się dwa (!) dni przed przeprowadzką - nie możemy zabrać do Japonii (oficjalnie nie wolno sprowadzać diesli, ale podejrzewamy, że faktycznie na przeszkodzie stoi koreańska marka).

11822609_10154232911035961_7134733602723495077_n.jpg

Pierwszy tydzień sierpnia - nasz ‘dobytek’ właśnie odpłynął do Tokio. My dołączymy za kolejne trzy tygodnie, a do tego czasu czeka nas koczowanie na podłodze. Początkowo nawet bawi nas powrót do studenckich klimatów, z czterema poobijanymi talerzami i jedzonymi na przemian pitą i pizzą. Nie marnując czasu na szukanie, przekładanie i wgapianie się w rzeczy, mamy go też dużo więcej dla siebie. Jednak po tygodniu mamy już serdecznie dosyć naszego kołchozu, a chłopaki zaczynają bzikować bez zabawek.

Największą atrakcją staje się bagażnik naszego samochodu, którego – jak dowiedzieliśmy się dwa (!) dni przed przeprowadzką - nie możemy zabrać do Japonii (oficjalnie nie wolno sprowadzać diesli, ale podejrzewamy, że faktycznie na przeszkodzie stoi koreańska marka).

Read More