Anna Jassem Anna Jassem

Ostatnie japońskie wakacje

Długo zastanawialiśmy się, dokąd wybrać się w naszą ostatnią (przynajmniej w najbliższej przyszłości) japońską podróż. Poza Okinawą cały czas nie wyściubiliśmy nosa poza główną japońską wyspę Honshu. Tymczasem pozostałe trzy wyspy – północna Hokkaido oraz Kyushu i Shikoku na południu – zachwalane są jako istne cuda natury. Nic to – będziemy mieli, po co wracać. Wszak nie możemy wyjechać z Japonii bez pożegnania się z Kioto.

Długo zastanawialiśmy się, dokąd wybrać się w naszą ostatnią (przynajmniej w najbliższej przyszłości) japońską podróż. Poza Okinawą cały czas nie wyściubiliśmy nosa poza główną japońską wyspę Honshu. Tymczasem pozostałe trzy wyspy – północna Hokkaido oraz Kyushu i Shikoku na południu – zachwalane są jako istne cuda natury. Nic to – będziemy mieli, po co wracać. Wszak nie możemy wyjechać z Japonii bez pożegnania się z Kioto.

Ponieważ przy piątce uczestników bilety na shinkansen to już spory wydatek (w Japonii zniżkowe bilety przysługują z jakiegoś powodu tylko zagranicznym turystom), tym razem decydujemy się na podróż samochodem. Ma to tę zaletę, że po drodze możemy zahaczyć o półwysep Izu, gdzie kusi nas niedawno otwarte "obserwatorium sztuki", stworzone przez fotografa i architekta Hiroshi Sugimoto. Bilety kupiliśmy z ponad miesięcznym wyprzedzeniem (jak do wielu japońskich atrakcji, również i tu nie da się wejść z marszu). Pech chce, że akurat w dniu wizyty leje jak z cebra, a dzieci nie są w środku mile widziane. Zamiast planowanego spaceru w pięknych okolicznościach przyrody, kisimy się więc na zmianę w samochodzie z całą trójką. Samo miejsce jest za to absolutnie magiczne. Na porośniętym cytrusowym gajem wzgórzu porozrzucane są „od niechcenia” minimalistyczne konstrukcje z drewna, szkła i metalu. W tle majestatyczny Pacyfik. Do „zwiedzania” nie ma tu wiele. „Unosząca się” na falach szklana scena teatru Noh. Prowadząca prosto do morza galeria w formie tunelu. Kilka morskich pejzaży Sugimoto. Całość sprzyja wyciszeniu i kontemplacji.

 

 

 

 

 

 

 

Dla równowagi bezpośrednio po świątyni piękna odwiedzamy świątynię kiczu i brzydoty, czyli upiorkowy dyskont Don Quijote. W Donki (jak pieszczotliwie zwą ten przybytek Japończycy) dostać można wszystko - od jedzenia i kosmetyków po ubrania, zabawki i elektronikę. Sęk w tym, że znalezienie akurat tego, po co się przyszło graniczy z cudem, no bo jak tu odgadnąć, że klocki lego będą akurat przy zabawkach sado-maso.

Nadal leje, więc popołudnie spędzamy, taplając się w hotelowym „basienie” i „onsienie”, obiecując sobie ambitniejszy grafik na kolejny dzień. Niestesty nazajutrz deszczowi towarzyszy dodatkowo wichura i ziąb. Na plażę Shirahama – znaną z przycupniętej na skale bramy torii – wypuszcza się więc wyłącznie ekspedycja męska. Dla surferów raj, ale chłopcy ledwo trzymają pion.

No nic, może zabierzemy dzieci do oceanarium? Niestey okazuje się, że pokazy odbywają się na swieżym powietrzu. Odpuszczamy również groty, klify i kolejkę linową. Tak naprawdę chcemy tylko coś zjeść (na śniadanie były mini-porcyjki płatków w filiżankach do herbaty). Ruszamy w kierunku najbliższego miasta - położonej na samym krańcu półwyspu Izu Shimody. To tutaj w 1854 r. przybyła amerykańska „czarna flota” pod dowództwem Matthew Perry’ego, zmuszając Japończyków do zakończenia ponad dwustuletniej izolacji i otwarcia się na kontakty handlowe z Zachodem. To tu również zainstalował się pierwszy amerykański konsul, a historia jego związku z lokalną gejszą stanowiła inspirację dla opery „Madame Butterfly”. Przymuszona do romansu dziewczyna po wyjeździe kochanka była podobno dotkliwie prześladowana przez miejscowych, co ostatecznie doprowadziło ją do samobójczej śmierci.

Na zdjęciach znajomych miasteczko zachwycało reklamowymi obrazkami: lazurowa woda, bielusieńkie plaże, tradycyjne elewacje w stylu namako (biała gipsowa „kratka” na czarnym tynku), urocze knajpki przy historycznej uliczce Perry Road. W deszczu wszystko to wygląda szaro i smętnie, a urocze knajpki - mimo lunchowej pory – okazują się zamknięte na cztery spusty. Gdy w końcu, ociekający deszczem, znajdujemy jedyny chyba otwarty przybytek, okazuje się, że kręcą tam akurat materiał do jakiegoś japońskiego programu rozrywkowego. I tak to jako rodzina debiutujemy w japońskiej telewizji. (Ja mam już na koncie występ w dokumencie na temat mieszkających w Japonii obcokrajowców, gdzie zostałam przedstawiona jako gaijinka-dziwaczka, preferujaca pierożki gyoza w wersji wege).

Nasz telewizyjny debiut

Bez większego żalu opuszczamy deszczowy Półwysep Izu i ruszamy w kierunku Kioto. Z każdym kilometrem robi się coraz jaśniej i cieplej. Za to panna Mila wyraźnie daje nam do zrozumienia, że długa jazda samochodem to nie jest coś, co tygrysy lubią najbardziej. Ostatnią godzinę spędza, wijąc się jak piskorz, na moich kolanach. Do Kioto docieramy mocno wymęczeni i z duszą na ramieniu zmierzamy do wynajętego przez Airbnb lokum. Tym razem jesteśmy jednak zaskoczeni in plus – wszystko jak w opisie, a do tego bonus w postaci samonapełniającej się i utrzymającej temperaturę wody wanny.

W Kioto byliśmy już dwa lata temu i zaliczyliśmy większość żelaznych atrakcji, przedzierając się z jednego krańca miasta na drugi zatłoczonymi autobusami (sieć metra jest tu rozwinięta dużo słabiej niż w Tokio). Tym razem przyjeżdzamy więc bez konkretnego planu, nastawiając się na niespieszne chłonięcie atmosfery a nie na odhaczanie kolejnych „must-sees”.

Kioto ma zupełnie inny klimat od Tokio. Miasta te są trochę jak Kraków i Warszawa. To Kioto – które przez ponad tysiąc lat było stolicą Japonii – do dziś uznawane jest przez Japończykow za kulturowo-historyczne serce kraju. To tu ciągną wycieczki szkolne i poszukujący „autentycznej Japonii” turyści. Co ciekawe, Kioto przez zupełny przypadek uniknęło losu Hiroszimy u schyłku II wojny światowej. Choć było celem numer jeden na amerykańskiej liście miast do likwidacji, zostało ocalone dzięki wstawiennictwu … amerykańskiego ministra wojny, który darzył miasto (ponoć miejsce swojej podroży poślubnej) szczególnym sentymentem. Z nową, zaledwie 150-letnią stolicą Japonii los obszedł się mniej litościwie. W samym XX wieku Tokio dwukrotnie powstawało jak feniks z popiołów -  najpierw po wielkim trzęsieniu ziemi i pożarze z 1923 roku, potem po amerykańskich nalotach z 1945 roku – by pod koniec lat siedemdziesiątych stać się największą metropolią świata. Pisarz Junichiro Tanizaki - apologeta Kioto, do którego przeprowadził się po tokijskim trzęsieniu ziemi z 1923 r. – w powieści „Makioka Sisters” zestawia coroczny rytuał podziwiania kwitnących wiśni w kiotyjskiej świątyni Heian miejskiej dżungli Tokio, gdzie jedyną atrakcję stanowią zakupy w nowoczesnych centrach handlowych Ginzy. Tokio to nowoczesność, pieniądz, pędzący salarymani i wyalienowani otaku. Kioto to tradycja, elegancja, stare świątynie (jest ich tu ponad 2 tysiące) i eteryczne gejsze (zwane geiko). Oczywiście to uproszczenia –  bo i w Tokio zdarzają się miejsca (np. nasza ukochana dzielnica Yanaka), gdzie czas jakby zatrzymał się w miejscu, zaś w Kioto poza ścisłą starówką również można trafić na zalew betonu – ale oddają istotę rzeczy.

Poniżej przedstawiamy nasz subiektywny przedwodnik po kiotyjskich must-sees:

Najbardziej klimatyczne

Historyczne dzielnice Higashiyama i Gion

To tu – błądząc bez celu wieczorną porą - najłatwiej poczuć ducha dawnej Japonii. Stara zabudowa w obu dzielnicach przetrwała w niemal nienaruszonym stanie. Labirynt wąskich uliczek. Piękne, drewniane herbaciarnie. Wysmakowane restauracje serwujące japońską haute cuisine, czyli wielodniowe posiłki kaiseki. Jako cudzoziemcy i w dodatku posiadacze trójki dzieci, podglądamy jedynie, co dzieje się wewnątrz przez wiszące w wejściach zasłony noren. Pocieszamy się, że do większości tych przybytków i tak trzeba być wprowadzonym przez stałych bywalców. W czasie poprzedniego pobytu nawet w zupełnie niepozornie wygladajacej „susharni” trafiliśmy na tabliczkę o treści „Foreigners visiting ban – you guys are not so welcome”. Trafia nam się za to kilka ulotnych spotkań „oko w oko” z maiko (gejszami praktykantkami), przemykającymi jak spłoszone łanie w wysokich drewnianych sandałach.

Scieżka filozofów

Dwukilometrowa ścieżka wzdłuż obsadzonego wiśniami kanału była podobno ulubionym miejscem rozmyślań XIX-wiecznego filozofa Kitarō Nishidy, który właśnie tędy zmierzał codziennie do pracy na Uniwesytecie Kiotyjskim. W czasie kwitnienia wiśni miejsce to przeżywa prawdziwe oblężenie, ale poza sezonem jest tu błogo i spokojnie. Gdyby nie trójka milusińskich, można by się faktycznie zadumać nad sensem tego wszystkiego. Więcej turystów odwiedza świątynie znajdujące się na obu krańcach scieżki. Od strony północnej: Srebrny Pawilon – młodszy i skromniejszy (nigdy zresztą nie pokryty srebrem) kuzyn Złotego Pawilonu (o którym poniżej). Od strony południowej: monumentalną świątynię Nanzen-ji, z pozostałościami (zdawałoby się rzymskiego, a w istocie XIX-wiecznego) akweduktu. Ale warto zajrzeć też do mniejszych swiątynek rozsianych wzdłuż trasy. Często to właśnie te pomijane przez tyrystów miejsca mają najwięcej uroku.

Najbardziej oblegane

Złoty Pawilon

Gdybyśmy ze wszystkich kiotyjskich świątyń mieli wybrać tę jedną, byłby to chyba właśnie Złoty Pawilon. Pyszna złota elewacja skrzy się w słońcu i malowniczo odbija w otaczającym budynek stawie. Nad brzegiem niespiesznie przechadzają się czaple. Wokół rozpościera się idealnie wypielęgnowany ogród, w którym żaden kamyk nie jest pozostawiony przypadkowi. Całość zachwyca nie tyle skalą co perfekcyjną harmonią i atmosferą spokoju. I to mimo ścisku tak straszliwego, że po ogrodowych ścieżkach tupta się gęsiego pod okiem specjalnych „kierowniczych ruchu”. Powstały pod koniec XIV wieku budynek wielokrotnie trawiły pożary, po raz ostatni w 1950 roku, kiedy to został celowo podpalony przez niezrównoważonego psychicznie mnicha. W czasie procesu nie grzeszący podobno urodą, jąkający się młodzieniec wyznał, że nie był w stanie znieść piękna świątyni. Wydarzenie to stało się inspiracja dla głośnej powieści „Złoty Pawilon” Yukio Mishimy.  

Jeszcze bez Mili

Jeszcze bez Mili

 

 

 

 

 

 

Kiyomizu-dera

Królujaca nad dzielnicą Higashiyama świątynia jest podobno najbardziej zatłoczoną kiotyjską atrakcją. Prowadzące do niej uliczki pełne są kramów z lokalnym rękodziełem i ratytasami. Nas najbardziej zafrapowały intensywnie złote lody i czarki do herbaty w cenie małego samochodu. W tłumie turystów przeważają wycieczki szkolne (od zabytków zdecydowanie bardziej zainteresowane panną Mila) oraz Chinki i Koreanki w wypożyczonych kimonach (stylizacja na gejszę to jedna z głównych kiotyjskich atrakcji turystycznych). Monumentalna świątynia z „zawieszonym” w powietrzu tarasem widokowym faktycznie zapiera dech, mimo że trafiamy akurat na remont. Aż trudno uwierzyć, że ta kolosalna konstrukcja powstala bez użycia nawet jednego gwoździa. Rozposcierajacy się stąd widok na miasto jest niezwykły, a musi robić jeszcze większe wrażenie wiosną i jesienią, gdy porastające wzgórze wiśnie i klony wybuchają kolorem.

28243939698_cd89b4912c_z.jpg

 

 

 

 

 

Fushimi Inari

Największy z ponad 30 tysięcy japońskich chramów poświęconych shintoistycznemu bóstwu ryżu Inari, położony u podnóża świętego wzgórza. Na szczyt prowadzi sieć ścieżek okolonych 10 tysięcami (!) intensywnie czerwonych bramami torii. Co ciekawe, każdy może taką bramę ufundować, tym samym zapewniając sobie pomyślność w interesach (Inari to również bóstwo płodności, biznesu i ogólnie pojętej pomyślności). Enigmatyczne czarne napisy z tyłu bram to - wbrew pozorom -  żadne mądre sentencje, a nazwy fundatorów właśnie.  Dwa lata temu polegliśmy już na początku trasy, zniechęceni tłumami turystów i koniecznością wciągania jaśkowego wózka po niekończących się schodach. Tym razem niemal czteroletni Jasiek jest już zaprawionym piechurem, a i turystów wieczorem jak na lekarstwo. Bez dzikich hord, miejsce jest jeszcze bardziej magiczne. Suniemy niemal pustymi korytarzami z bram torii, wsłuchując się w odgłosy otaczającego lasu: poruszane wiatrem drzewa, szemrzące strumyki, pohukiwania sowy. Atmosfery dodaje jeszcze przenikające przez szczeliny miedzy bramami światło latarń. Co jakiś czas mijamy mniejsze świątynki, z figurkami lisów (będących wysłannikami bóstwa Inari) i zostawionymi przez pielgrzymów miniaturowymi torii, przypominającymi trochę krzyże wotywne z góry Grabarki czy litewskiej Góry Krzyży. Gdy zatrzymujemy się przy punkcie widokowym, z popłochem stwierdzamy jednak, że to dopiero połowa drogi. Komary tną bez litości, a od taszczenia panny Mili (ja) i 20 kg sprzętu fotograficznego (Wiktor) odpadają nam plecy. W dodatku jest już niemal całkowicie ciemno, a tabliczki wzdłuż trasy ostrzegają przed grasującymi po zmroku dzikami. Strzelamy fotkę i zawracamy – zarządzamy z Wiktorem. Tymczasem nasze chłopaki jednogłośnie odmawiają zejścia. „My chcemy wejść, my chcemy wejść” skandują nie znoszącym sprzeciwu głosem. Nie przekonuje ich nawet obietnica lodów. Radzi nieradzi pniemy się więc za Jaśkiem-latarnikiem (jak zawsze przezorny, zabrał ze sobą latarkę) i Ignasiem-przewodnikiem (na tej trasie ma największe doświadczenie, bo rok temu był tu dodatkowo z Babką i Dziadkiem). Szczyt nie robi wprawdzie większego wrażenia (ot,  kolejna świątynka), ale sam spacer jest absolutnie czarowny. W drodze powrotnej mijamy jakąś międzynarodową grupę turystów. Z politowaniem przyglądają się chłopcom i nie bardzo chcą wierzyć naszym tłumaczeniom, że ta nocna przechadzka to nie do końca nasza inicjatywa.

Z dala od zgiełku miasta

Arashiyama

Położona na zachodnim krańcu Kioto Arashiyama to zielone płuca miasta. Główną atrakcją – przyciagajacą zwłaszcza amatorów fotografii - jest tutejszy bambusowy las. Las czy też raczej gaj jest wprawdzie niewielki, ale mimo to sprawia niemal surrealistycznie wrażenie. Zielone łodygi zdają się zrobione z plastiku, a falując na wietrze, wydają specyficzny szumiąco-skrzypiący dźwięk, który został zresztą wpisany przez japońskie ministerstwo środowiska na listę „stu dźwięków Japonii” (obok letnich koncertów cykad czy bicia buddyjskich dzwonów). W Japonii bambus uważany jest za symbol siły i żywotności (jest to ponoć najszybciej rosnąca roślina na świecie, odporna na złamania i trzęsienia ziemi). Dlatego też przy bambusowych gajach często zakłada się świątynie. Również w Arashiyamie bambusy sąsiadują z buddyjską świątynią. Tenryuji to jedna z pięciu kiotyjskich „wielkich świątyń zen”, szczycaca się bajkowym wprost ogrodem. Ale będac w Arashiyamie warto też zapuścić się w mniej oblegane przez turystów rejony. Nas najbardziej urzekł spacer na północ od głównych turystycznych atrakcji. Trzykilometrowa trasa wiedzie przez wiejskie krajobrazy, upstrzone a to senną świątynką a to rodzinną knajpką. Właśnie w takim mikroskopijnym przybytku – w którym jesteśmy zresztą jedynymi klientami -  trafiamy na godny trzygwiazdkowej restauracji lunch z tofu w roli głównej. Jest też doskonale zachowana drewniana uliczka z zabudową z końca XIX wieku. Najwieksza perełka – świątynia Otagi Nenbutsu-ji  - znajduje się na samym końcu trasy. Błądzimy urzeczeni – i zupełnie sami – wśród 1200 kamiennych uczniów Buddy. Trudno znaleźć dwie takie same postaci: jeden zamyślony, drugi – roześmiany z czarka sake, trzeci - rozgniewany. A to dlatego, że każdą figurkę wykonał inny rzeźbiarz-amator. W latach osiemdziesiątych główny kapłan świątyni – sam będący profesjonalnym rzeźbiarzem – poprosil wiernych o taki właśnie oryginalny wkład w odbudowę swiątyni po niszczycielskim tajfunie z 1950 roku. I pomyśleć, że trafiliśmy tu niemal przez przypadek. Przewodniki wypowiadają się o tym miejscu bez większych zachwytów, a toć to najbardziej pojechana z 2 tysięcy kiotyjskich światyń.

Trasa Kurama-Kibune

Trafiamy ty dzięki chłopcom, którzy wobec wyboru zamek czy kolejny (zaledwie dzień po Fushimi Inari) „hike”, ku naszemu zaskoczeniu, wybierają to drugie. I wybór ten okazuje się strzałem w dziesiątkę. Startujemy w miasteczku Kurama, kilkanaście kilometrów na północ od Kioto. To maleńka senna mieścina, gdzie czas zdaje się stać w miejscu. Przy parkingu wita nas gigantyczny posąg o czerwonej twarzy i dłlugaśnym nosie. To niejaki tengu – mityczna istota zamieszkująca góry i lasy, którego król urzęduje właśnie na górze Kurama (Kurama-yama). Sama zaś góra czczona jest przez Japończyków jako obdarzona szczególną energią. To nie przypadek, że właśnie tu narodziła się holistyczna metoda leczenia reiki, mająca usuwać zaburzenia energii Za namową chłopców, pierwszy etap trasy pokonujemy przedpotopową kolejką. Przyzwyczajeni do towarszystwa turystów, ze zdumieniem stwierdzamy, że jesteśmy jedynymi niejapońskimi pasażerami. Dalej pniemy się już na własnych nogach wśród soczyście zielonego lasu. Mijamy buddyjską świątynię Kurama-dera (zaliczaną podobno do skarbów narodowych Japonii) i jakieś mniejsze świątynki i pagody. Na szczycie odpoczywamy chwilę wśród plątaniny ogromnych cedrowych korzeni i ruszamy w dół, w kierunku położonej po przeciwnej stronie góry wioski Kibune. Ostatnie kilkaset metrów jest dość strome, ale widoki zapierają dech. Gigantyczne powalone cedry, piękna panorama okolicznych wzgórz.

Jakby atrakcji było mało, w wiosce trafiamy na japoński letni specjał, czyli „pływajacy” makaron somen. Sadowimy się wygodnie na drewnianej platformie zawieszonej dosłownie kilka centymetrów nad przepływajacą poniżej rzeką i wyławiamy płynące w przeciętej łodydze bambusa cienkie nitki makaronu. Po 15 minutach kolor makaronu zmienia się na różowy – to znak, że uczta zbliża się ku końcowi. Świetna zabawa, a i makaron – mimo że zimy – okazuje się zadziwiająco pyszny.

Dla smakoszy

Targ Nishiki

Zwany kiotyjską spiżarnią, choć wśród odwiedzających przeważają turyści. Dostać tu można wszystko. Stwory morskie o najdziwniejszych formach. Twarde jak drewno kawałki suszonego tuńczyka bonito. Pikle warzywne we wszystkich możliwych kolorach. Tofu świeże, suszone i smażone. Chłopcy po 3 latach w Japonii bezbłędnie rozpoznają większość produktów i chętnie kosztują japońskich specjałów, a to świeżo przygotowanego sushi, a to słodkiego omletu tamagoyaki.

 

 

 

 

 

Kurs gotowania u Emi-sensei

Emi-sensei poznaliśmy przy okazji poprzedniej wizyty w Tokio i od tego czasu stała się ona po trosze naszą „japońską babcią”. Zgodnie z japońską tradycją, dwukrotnie w ciągu roku wysyłamy sobie życzenia i drobne upominki, a w czasie letnich upałow i zimowych mrozów dopytujemy o zdrowie domowników. Z przyjemnością wracamy do jej przytulnego, drewnianego domu niedaleko ścieżki filozofów. To tu Emi przyjmuje przedstawicieli wszystkich chyba nacji chcących dowiedzieć się więcej o kiotyjskiej kuchni i zwyczajach. Zaczęło się niewinnie. Pewnego dnia 13 lat temu została poproszona o przedstawienie japońskiej kuchni studiującym w Kioto cudzoziemcom. Dwa lata później o jej lekcjach gotowania napisał przewodnik „Lonely Planet”. Dzisiaj Uzuki cooking class jest według Tripadvisor jedną z największych atrakcji w Kioto, a kartki od byłych uczniów zdobią kuchenne ściany. Mimo drobnej postury i nie pierwszej już młodości, energii i optymizmu mogłaby Emi pozazdrościć niejedna nastolatka. Uwija się w kuchni, co jakiś czas wybuchając perlistym śmiechem, a angielskie wypowiedzi ubarwia sobie tylko zrozumiałymi japońskimi wstawkami. Choć na półkach leży masa albumów o europejskiej sztuce i historii, Emi większość życia spędziła w swoim ukochanym Kioto. Z pasją opowiada o wyższosci kuchni kiotyjskiej nad tokijską. Gdy z dumą pokazuję jej zdjęcie - przygotowanych wedle jej przepisu – roladek z yuby (skórki tofu), deliktanie zwraca mi uwagę, że zgodnie z „estetyką kiotyjską” dekoracje z marchewkowych kwiatków powinny być nieco bardziej subtelne. Nasze dzieci stają na wysokości zadania i nie demolują niczego w mikroskopijnym salonie. Chłopcy przygotowują dla Emi-san laurki i bez słowa sprzeciwu pałaszują wegański sorbet z truskawek i pasty ze sfermentowanego ryżu.

 

 

 

 

 

 

 

Pięć dni w Kioto mija w okamgnieniu. Obiecujemy sobie, że jeszcze wrócimy do tego czarownego miasta. W dniu wyjazdu GPS pokazuje, że przed nami ponad 6 godzin jazdy. Chłopaki – chcąc uniknąć towarzystwa panny Mili – jednogłośnie przegłosowują, ze dziewczyny mają wracać pociągiem. Zrobimy wyścig jak w Top Gear! – zarządzają. Decydujemy, że dla wyrównania szans, my z Milą pójdziemy sobie jeszcze na ostatni spacer po mieście. Na odchodne Wiktor – mimo moich protestów, że przecież mam dwie karty kredytowe – wciska mi „na wszelki” wypadek dwa banknoty po 10 tys. jenów. Jedno szczęście! Gdy po dwugodzinnej przechadzce lądujemy w końcu na dworcu, okazuje się, że w plecaku nie mam portfela. „Nic to, w Japonii nigdy nic nie ginie” – myślę sobie bez większej paniki. Wszystkie nasze dotychczasowe zguby zawsze się znajdowały. Gdy zaraz po przyjeździe do Japonii porzuciłam przez nieuwagę pod Starbucksem nowiusieńki rower elektryczny, ten przez trzy dni nie tylko stał sobie spokojnie w tym samym miejscu, ale w dodatku ktoś życzliwy założył mu na przednie koło łańcuch, który miałam w koszyku. Wracamy więc (40 minut) do mieszkania, ale po portfelu ani śladu. Nie widzieli go też w restauracji, gdzie poprzedniego dnia wysypałam całą zawartość plecaka w poszukiwaniu łyżeczki Mili. Nie chcę przegrać wyścigu, więc blokuję czym prędzej karty kredytowe i gnam ponownie na dworzec. 450 km dzielące Kioto od Tokio pokonujemy w niecałe 2,5 godziny i do mieszkania wpadamy jakieś 30 … sekund przed resztą rodziny. Yuppi! W dodatku kolejnego dnia okazuje się, że mój portfel z absolutnie wszystkimi – polskimi, belgijskimi i japońskimi – dokumentami i kartami został  oddany na policję. Znalazca prosił o poinformowanie, czy zguba trafiła do właściciela, ale odmówił przyjęcia jakiejkolwiek rekompensaty. To Japonia właśnie! 

 

 

Read More
Atrakcje turystyczne, Izu, Japonia, Kultura, podroze Anna Jassem Atrakcje turystyczne, Izu, Japonia, Kultura, podroze Anna Jassem

Uciekając przed tajfunami, czyli wypad na półwysep Izu

Dopiero co były wakacje, a tu chłopaki znowu mają 2 tygodnie wolnego (tak, tak - ku naszej rozpaczy, w szkole francuskiej jest więcej dni wolnych niż szkolnych). Żeby się nie pozabijać w domu, postanawiamy spędzić tydzień na malowniczym półwyspie Izu, jakieś 100 km na południe od Tokio. 

38006196531_ea4386ba68_o-e1509289301448.jpg

Dopiero co były wakacje, a tu chłopaki znowu mają 2 tygodnie wolnego (tak, tak - ku naszej rozpaczy, w szkole francuskiej jest więcej dni wolnych niż szkolnych). Żeby się nie pozabijać w domu, postanawiamy spędzić tydzień na malowniczym półwyspie Izu, jakieś 100 km na południe od Tokio. Wyruszamy z jednodniowym opóźnieniem, czekając aż nad Tokio przewali się tajfun. Sceneria zapiera dech w piersiach: wijąca się nad samym oceanem autostrada, schodzące do wody wzgórza, śmigający na falach surferzy. Nie na darmo Izu przyrównuje się do włoskiego wybrzeża Amalfi.

37952527956_09c336636c_o.jpg

Sielanka nie trwa jednak długo. Uroczy domeczek w okolicach Atami - dla niepoznaki nazwany „Beach House” - okazuje się w istocie domkiem dróżnika. Co 10 minut całym lokum rzuca jak przy porządnym trzęsieniu ziemi. Chłopaki zachwycone, my trochę mniej, zwłaszcza że po raz pierwszy od wielu lat zarezerwowaliśmy aż 6 nocy w jednym miejscu.

Braki lokalowe postanawiamy nadrobić pyszną kolacją. Z okien samochodu miasteczko jawiło nam się co najmniej jako japoński Neapol. Przy bliższej inspekcji okazuje się jednak, że jedyne lokalne atrakcje to stacje benzynowe i fastfoody. Chłopaki decydują się na lokalną hamburgerownię, ale – jak to ujmuje Jasiek – „nawet hocek [soczek] jest hydny [ohydny]”. Jak niepyszni ruszamy w drogę powrotną – 2 kilometry nieoświetloną, miejscami niemal pionową drogą. Przezorna Mila włącza syrenę, żebyśmy nie umknęli uwadze mijających nas samochodów. W Tokio nie mamy telewizji, więc resztę wieczoru z zafascynowaniem oglądamy japońskie teleturnieje, poziomem idiotyzmu dorównujące chyba tylko telewizji włoskiej. Po ostatnim pociągu o 23:30 udajemy się do łóżek, ale już punkt 5:00 następuje brutalna pobudka i tym razem wyjątkowo nie jest to nasza „akaczanka” (jak nazywamy pannę Milę, zainspirowani japońskim określeniem niemowlaka - akachan: aka = czerwone, chan – słodziactwo).

Na dworze szaruga i ziąb, ale „nie ma zmiłuj”. Obiecaliśmy chłopakom rejs po jeziorze w nieodległym Hakone – górskim kurorcie, popularnym ze względu na gorące źródła i idealny widok na gorę Fuji (jeszcze się nie załapaliśmy). Bez entuzjazmu ładujemy się na statek, a tu niebo znienacka się przeciera i naszym oczom ukazuje się majestatyczny Fuji-san. Niespodzianka to tym milsza, że przy poprzednich podejściach do świętej góry zawsze trafialiśmy na gęstą mgłę.

37297223284_6e8dc166eb_o.jpg
37257359344_97bc15e9e7_o.jpg

Zimno okropnie, ale nie obejdzie się bez selfie przed słynną „pływającą” bramą torii na brzegu jeziora Ashi. Na zdjęciach „unosząca” się na wodzie brama urzeka niezwykłym spokojem. W rzeczywistości po fotkę trzeba odstać swoje w długiej, wielojęzycznej kolejce. Pniemy się jeszcze do – położonego na wzgórzu - głównego budynku świątyni. Spowite we mgle ogromne cedry nadają miejscu tajemniczości i magii.

26229892789_8e772bda20_o.jpg

Do domku dróżnika nie uśmiecha nam się wracać. W pobliżu Ito – trochę dalej na południe – udaje nam się znaleźć bardzo okazyjny ryokan z onsenem. Problemem okazuje się tylko dostanie się na miejsce. Stroma, nieoświetlona serpentyna w środku lasu, która zaproponował nam nasz pomysłowy GPS, wydaje się zbyt wąska nawet dla jednego samochodu. A tu co chwila trafiamy na pomykające w przeciwnym kierunku furgonetki. Jakimś cudem docieramy jednak na miejsce w nienaruszonym stanie. Dzień kończymy w onsenie i jest cudnie.

26229975639_7ae6c3441f_o.jpg

Budzi nas ulewny deszcz. Niestety miejscowe muzeum sztuki współczesnej – bardzo zachwalane przez przewodniki – akurat w środy nieczynne. Postanawiamy więc wrócić do Atami, którego muzeum sztuki azjatyckiej podobno również warte grzechu. Pniemy się, zdaje się, pionową drogą na sam szczyt królującego nad Atami wzgórza. Kilka razy mamy wrażenie, że samochód fiknie koziołka do tylu. Niestety, gdy w końcu docieramy do celu, na bramie wejściowej trafiamy na informację, że akurat tego dnia odbywa się zmiana wystawy. Hmmm – żeby nie ująć tego dosadniej – 2 godziny w samochodzie na nic... Na osłodę trafia nam się klimatyczna świątynka shinto z drugim najstarszym w Japonii - liczącym ponad 2 tysiące lat – drzewem kamforowym. Kolos ma aż 23 metry średnicy i w dodatku spełnia życzenia.

Highlightem dnia okazuje się jednak – zauważona zupełnie przypadkiem – kafejka Kinowa. Wesołe, jasne wnętrze z kącikiem dla dzieci i mini-onsenem, przesympatyczna rodzina właścicieli, a przede wszystkim najwspanialsze dania z warzyw, jakich zdarzyło nam się doświadczyć w Japonii.

38006068831_de12f2e55c_o.jpg

Kolejnego dnia w końcu wychodzi wspaniałe słońce. Chcemy więc wyruszyć trochę wcześniej niż zwykle. Jednak Ignasia – który na ogół jest w naszej rodzinie największym skowronkiem - nie da się wyciągnąć z łóżka. W trakcie śniadania pokłada się nieżywy na kanapie, a przez resztę dnia marudzi jak przymuszony do wakacji z rodzicami nastolatek. Nic mu się nie podoba. Ani Kawazu Nanadaru – piękny leśny szlak, pełen atrakcji dla małych piechurów - wspaniałych wodospadów,  wiszących mostów, stromych schodów („Łee, 30 metrów to wcale nie tak dużo jak na wodospad”). Ani zapierające dech wybrzeże Jogasaki z ogromnymi falami rozbijającymi się o przybrzeżne skały („A czemu nie można się kapać?”).

37952578516_7c68f91ae4_o.jpg
38006140651_a3a24f0c92_o.jpg

Za to Jasiek maszeruje jak najdzielniejszy chodziarz. Bez jednego mruknięcia pokonuje obie kilkukilometrowe trasy. Również panna Mila spisuje się wzorowo, drzemiąc smacznie w nosidle. Już jakiś czas temu zauważyliśmy ciekawą prawidłowość – gdy jedno z naszych dzieci ma gorszy dzień, pozostałe zachowują się bardziej litościwie, chyba podświadomie czując, ze nie mogą nas całkowicie wykończyć. Kiedy po powrocie do hotelu Ignaś odmawia wizyty w onsenie, zastanawiamy się, czy nie jechać z nim do szpitala. Dopiero gdy rzuca się do ładowania tableta, który poprzedniego wieczora miał jeszcze 50% baterii, odkrywamy że pół nocy spędził wpatrzony w ekran.

37297328964_7c5d12bb5d_o-1.jpg

Rekwirujemy nieszczęsny tablet (odtąd będzie udostępniany jedynie na długie przejazdy samochodowe) i rano odzyskujemy naszego normalnego, radosnego synka. Wyciągiem krzesełkowym wciągamy się na górę Ōmuro – wygasły wulkan w kształcie odwróconej miseczki ryżu. Widok ze szczytu zapiera dech. Pod stopami intensywnie zielony 300-metrowy krater. W tle skrzący się w słońcu ocean i majestatyczne góry, w tym oprószony pierwszym w tym roku śniegiem Fuji-san. Spróbujemy wrócić tu w lutym, gdy obywa się ceremonia yamanaki – podpalenia góry.

37975725332_4d10fbbe53_o.jpg
24154507618_139f9ec6ff_o.jpg

Po południu ponownie próbujemy sił w muzeum w Atami. Tym razem mamy więcej szczęścia. Od samej kolekcji (głownie utensylia do ceremonii herbacianej) większe wrażenie robi na nas architektura muzeum, łącząca minimalizm z elementami iście futurystycznymi. Całość zaliczamy w tempie ekspresowym, bo tym razem opcję mędzenia włączył Jasiek.

37913640036_08619d1d3c_o.jpg

Niestety na weekend znowu zapowiadają tajfun, więc – po kolejnej wizycie w café Kinowa - ruszamy do Tokio.

Wypad krótszy niż planowaliśmy i nie bez drobnych wpadek, ale i tak było super!

Read More